Nie ma dzieci. Niemal zupełnie.

Kraj

Przeczytałam komentarz polityczny Łukasza Mroza a`propos homofobii Terlikowskiego. Nie znam człowieka, nie mam też zamiaru oglądać filmiku, na którym uwiecznione są miny i gesty wymienionego "homofoba" TT, uważając to za stratę czasu. Zwłaszcza na moim komputerze, poruszającym się z szybkością leniwej krowy.

Notka zainteresowała mnie z zupełnie innego, czyli merytorycznego powodu.

Jest tak: jak niektórym wiadomo, mam szczęście ( lub nieszczęście) zamieszkiwać leśne ostępy, gęsto przyozdobione jeziorami. Tu wychowały się moje i przyjacielskie dzieci, używając ich slangu - "od plemnika". Ale rozpadły się ośrodki, wrzask protestu bił pod niebiosa - i trzeba było kupić ziemię. Dzieci na co dzień mieszały w miastach, w różnych miastach i zupełnie nie mogły sobie wyobrazić, że to kres wszystkiego, nie będzie wakacjowiska, czyli nastąpi koniec świata.

Po czym dorosły.
Nie to, żeby im przeszło: wracają tu w każdej wolnej chwili, z Polski i dalekiej zagranicy, ale to już nie to samo, zarówno dla nich, jak dla mnie.
Na szczęście urodziły się inne dzieci, przynajmniej w mojej bliskiej rodzinie, więc strata jest mniej odczuwalna: przez większość wakacji dzieci w moim domu są.

Ale...jakieś markotne. Oczywiście rozrabiają na kąpielisku, "korzystają" z lasu, bawią się z psami, są nawet małe kocięta, nieustanny powód szczęścia.

Póki były małe - wystarczało. A teraz...Jedno się zaparło: nie przyjedzie w ogóle. Po powrocie z kolonii siedzi w rozpalonym mieście. Drugiemu wciąż jeszcze wystarcza mama, woda i dużo ludzi do kochania.
Trzecie, dwunastoletnie, jest jakoś mało szczęśliwe.

Długo trwało, zanim połapaliśmy się, o co chodzi: dziecku potrzebne do szczęścia są inne dzieci.

A innych dzieci nie ma.
Nie ma - i basta.

Ustaliwszy przyczynę obkolędowaliśmy cztery najbliższe kąpieliska w poszukiwaniu niezbędnych "kontaktów społecznych" - bez rezultatu. Szukać dalej - bez sensu, przecież nie puścimy małej dziewczynki samej do ewentualnie "znalezionego" innego dziecka, mieszkającego gdzieś, gdzie diabeł mówi "dobranoc".
W czerystu, po literkach - CZTERYSTU domkach ( no, plus - minus) osiągalnych dla dwunastolatki - nie ma "odpowiednich" dzieci. Sprawdziliśmy. Domki są rozsiane gęsto, w jednej bliskiej okolicy, bo "Polak potrafi". Omijać ustawy potrafi: żeby dostać pozwolenie na budowę trzeba mieć działkę 1000m.

Ale po co komu aż tyle, jeśli domek wykorzystuje się okazyjnie? W tej okolicy z trudem rodzą się ziemniaki, każdy kwiatek musi być exstra - pielęgnowany. Więc ludzie kupowali te wymagane metry, dzieląc się następnie ( a nielegalnie) z innymi ludźmi - i tak powstawały mini - mini kawałeczki wakacyjnej swobody dla dzieci i "chatki" dla tatusiów - wędkarzy.
Łatwo to oblecieć, choćby łażąc z psami i podglądając zza płotka - są tam jakieś dzieciaki?

Ale dzieci wyrosły. Zupełnie jak moje.

Na kąpieliskach spotkaliśmy:

- jednego dwunastolatka, pętającego się między dorosłymi chłopakami i udającego z konieczności, że również jest wielce dorosły, co polegało na niezdarnych zalotach do znacznie starszych panienek. Cóż, dzieci uczą się przez naśladownictwo...

- rodzinę, która chyba planowała dwójkę dzieciaczków "kiedy już będzie ją stać" - bo rodzice z całą pewnością po trzydziestce. "Chyba" planowanie odnosi się do faktu, że państwo byli w posiadaniu jednego starszego chłopczyka i dwójki prześlicznych bliźniaków.

- dwie rodziny, wyraźnie z "saxsów", z gadżetami nieosiągalnymi w okolicznych sklepach. Dzieci przefajne, ale małe.

Niestety, dwunastolatki to nie urządzało. Ale to wszystko, co było.

Czasem w dzień "stoneczny" ( od stonki oczywiście) pojawiają się rodziny przyjeżdżające na JEDEN dzień, ale jeśli są dzieci - to również małe.

Na kąpieliskach nie ma już brodzików. Nie są potrzebne. Te pojedyncze sztuki z łatwością upilnują rodzice.

Oglądałam to wszystko z opadłą do kolan szczęką, bo w ogólnych biadaniach nad spadkiem urodzin przegapiłam "stan na własnym podwórku". U mnie dzieci są, nawet jeśli nie są to moje własne.

W epoce moich dzieci jezioro roiło się od dziecięcych wariactw, ratownicy wydzierali się do nas ze swoich pomostów, nie mogąc dać sobie rady z gówniarzami, pływającymi od pieluch, którym straszliwie przeszkadzały znienawidzone "sznurki" ogradzające dorosłe kąpieliska. Nasze jeziora to rynny: kawałeczek brodzika i raptowny zjazd dna w dół. Dopóki paskudne bachory wariowały na "dorosłej" części kąpieliska - pół biedy, ale kiedy najbezczelniej dawały nurka i objawiały się na otwartej wodzie - najpierw rozlegał się z ratowniczej "paki" krzyk protestu kierowanego do nas ( ale kto to słyszał w ogólnym bałaganie...), a póżniej następował gwizdek i wypad z wody.Oczywiście także gorąco oprotestowany - i dopiero ta awantura wciągała nas w sprawę - nasze dwunastolatki zdobywały karty pływackie mając sześć lat, zresztą u tych samych ratowników, którzy - póki co - na ogół mało się nimi przejmowali.
Dzieci były zawsze, nawet w czasach "octu i musztardy".

Nie ma dzieci...Na kąpieliskach jest cicho.

Nie do pomyślenia.

Więc podsumuję to tak, jak zwykło się mówić w innej sprawie - "nie jestem antysemitą, ale..."

Nie mam nic przeciwko gejom, ale...dzieci z tego jednak nie będzie. I nie obchodzi mnie, jakie miny robi Terlikowski. Obchodzi mnie przerażający obraz, jaki właśnie dotarł organoleptycznie do moich zmysłów.

Do tej pory idiota stojący z idiotycznym plakatem o nierodzeniu budził we mnie tyko politowanie. Teraz zaczęło mnie to przerażać.

Sprawdziłam statystyki narodzin, co gorąco polecam. Dopasujcie je sobie do "bytów politycznych". Niedługo nie będzie miał kto mówić po polsku.

Nie obiecuję dyżurowania przy komputerze, choć jestem ciekawa opinii o problemie. Jestem gospodynią w moim domu - a w nim, na szczęście, dzieci są. Potrzebują zjeść, w związku z czym udaję się w stosowne miejsce, czyli do kuchni.

Oczywiście zajrzę tu, naprawdę zżera mnie ciekawość - mieszkam w jakiejś tajemniczej, bezdzietnej enklawie?

9.44444
Średnio: 9.4 (9 votes)

Admin, pliiiiz!

Pali mi siE na patelni, popraw tę literówkę w tytule, cooo?

portret użytkownika Max

Re: Admin, pliiiiz!

Zrobione, podklejone też :)

pozdr

Serdeczne

Bóg zapłać.

Mona

Tych bezdzietnych enklaw jest więcej. Mieszkam na warszawskim Nowym Mieście. Kamieniczki są tu niższe niż za Barbakanem, na Rynku Starego Miasta. Moja jest zaledwie jednopiętrowa, ale ponieważ została zbudowana w kształcie litery U, zmieściło się w niej aż 5 osobnych klatek schodowych.
Łącznie jest tutaj ponad 50 mieszkań, a w nich... dwoje dzieci. Oboje w jednym mieszkaniu. Na Starówce w ogóle nie widzi się bawiących się dzieci. Przychodzą na spacery z rodzicami z innych dzielnic Warszawy, albo z wycieczkami szkolnymi. Nie ma tego, co było kiedyś - biegania po staromiejskich zaułkach i dziecięcego gwaru.
Na pewno jednak inaczej jest na osiedlach z blokami, gdzie mieszka dużo więcej młodych rodzin.

portret użytkownika Stanislas_Borovitz

Re: Mona

"...Na pewno jednak inaczej jest na osiedlach z blokami..."

Niekoniecznie. Kilka lat temu, po raz pierwszy od 20 lat, pojechałem na warszawskie osiedle bloków, na którym się wychowałem. Niegdyś wiosną i latem był tam gwar od rana do późnego wieczora, pełno zabawek, trawa wszędzie wytarta a piasek z piaskownicy rozniesiony po całym podwórku. Dziś wszystko ładnie porośnięte, cisza, spokój i… pustynia - puchy. Nie było dzieci, ale nie było też następców charakterystycznych babć i dziadków przesiadujących kiedyś całymi dniami na ławkach. Byłem podobnie zszokowany jak autorka wpisu (oczywiście część dzieciaków pewnie siedziała przed kompem, co jest słabiutkim pocieszeniem).

Przypomina mi się jeszcze blogowy komentarz pewnej Holenderki z wycieczki do Polski sprzed lat - 2 zdjęcia - krzyża na ścianie w wynajmowanym pokoju i dzieci na podwórku oraz podpisy - "Jezus wciąż trzyma się tu mocno" i "mnóstwo dzieciaków biega bez ładu i składu" - ot i egzotyka! Ale gonimy "czołówkę" konsekwentnie!

Stanislas_Borovitz

Myslałam raczej o nowopowstałych osiedlach - tam, gdzie najczęściej młodzi ludzie kupują mieszkania. Starsze osiedla prawdopodobnie "starzeją się" także w sensie wieku zamieszkujących je mieszkańców. Dużo dzieci zdarza mi się na przykład widzieć na Jelonkach i na osiedlach Ursynowskich.
Dla młodych ludzi także często atrakcyjniejsze od samej Warszawy są okolice podmiejskie, bo tam mieszkania są jednak tańsze.

portret użytkownika Stanislas_Borovitz

Re: Stanislas_Borovitz

Możliwe, choć takiego hałasu, jak kiedyś się nie uświadczy również na nowych osiedlach. Tak czy siak, jakby dzieci były, to by były wszędzie. :D

Re: Re: Stanislas_Borovitz

Zgadza się. Sama pamiętam jazgot na podwórkach jeszcze dwadzieścia lat temu :)

Myślę, że tu nakłada sie caly szereg przyczyn, z których brak polityki prorodzinnej i wadliwa polityka fiskalna to tak naprawdę przyczyny priorytetowej wagi. Często mówi się, ze winne jest "równouprawnienie kobiet". A czy to "równouprawnienie" nie jest w przeważającej mierze wymuszone niemoznością utrzymania się rodziny za jedną pensję? Nie zawsze kobieta idzie do pracy, bo ma niepohamowany ped ku karierze. Nie ma już praktycznie mieszkań komunalnych, więc młodzi ludzie muszą mieszkanie kupić. Raczej rzadko oni sami lub ich rodzice mają na to środki. Biorą więc kredyt. A temat kredytów hipotecznych jest tak znany, że nie ma sensu go tu wałkować. Więc jakie wyjście, skoro nawet dwie pensje już przestają wystarczać?
Kupując mieszkanie myśli się o pokoju dla dziecka/dzieci. Potem te dzieci odsuwają sie na coraz dalszy plan.
Kiedyś rodzina z malymi dziećmi była pod ochroną i nie wolno było usunac jej na bruk. Dziś eksmisje nie mają takich ograniczeń. Trudno dziwic się młodym ludziom w tejs sytuacji, że chcą najpierw pewnie stanąć na nogach.

portret użytkownika Stanislas_Borovitz

Re: Re: Re: Stanislas_Borovitz

Zabezpieczenie finansowe rodziny jest b. ważne, ale wydaje mi się, że znaczącą rolę odgrywa tutaj jednak hedonizm i wygodnictwo. Bez cofnięcia pewnych procesów „kulturowych”, nic się nie zmieni na lepsze. Kiedyś była ta jedna pensja (albo nawet dwie skromne), ale jakoś ludzie żyli, bez gadżetów a szczęśliwe. Dziś - pewnie, że system jest dziadowski, ale ludziom też wciąż mało i mało. Nikogo nie potępiam, takie są niestety realia, w takich warunkach przyszło dorastać w ostatnich dekadach - takie były wzorce - sam też jestem tego częścią.

Re: Re: Re: Re: Stanislas_Borovitz

Na pewno czynników jest wiele, a tego wspomnianego przez Pana absolutnie nie nalezy bagatelizować.
To, co napisałam, oparłam na obserwacji moich własnych dzieci, którym niestety nie jestem w stanie pomóc finansowo. Widzę lęk mojej starszej córki przed zwolnieniem z pracy lub niemożnością powrotu do niej po urodzeniu dziecka, w sytuacji gdy kredyt mieszkaniowy pochłania całą jedną pensję.
I widzę jak młodsza patrzy na te zmagania starszej i na razie w ogóle nie spieszy się do zakładania rodziny, mimo że studia ma już za sobą.

Tak, jak napisałam gdzieś niżej - uważam, że miałam łatwiej, choć nie było pieluch jednorazowych, jedzenia dla dzieci w słoiczkach, Milup i całego szeregu udogodnień. Ale po urodzeniu dzieci pracować nie musiałam i nie pracowałam, dopóki nie poszły do szkoły. Pensja męża wystarczała nam na utrzymanie.

Stanisław Borowitz

Właśnie to "nadaje" mi córka: na jej blokowisku dzieci wprawdzie są, ale w ilościach znikomych.

@ ellenai

Moja córka mieszka w blokowisku. Dzieci się - powiedzmy - zdarzają. Właśnie się poinformowałam.Ona jest tam wychowana, też pamięta własne czasy, tłumy dzieciaków, których nie ma.

Mona

Wydaje mi się, że to ogólny trend i trudno z tym dyskutować. Przecież nawet badania demograficzne to potwierdzają. Próbowałam jedynie zastanawiać się, w jakich miejscach dzieci może być nieco więcej, bo gdybym miała uznać, że wszędzie jest tak, jak w mojej okolicy, to prawdziwa groza. Tak, jak napisałam - całymi dniami nie usłyszy sie za oknem dziecięcego głosu. Wyjątkiem są weekendy, bo wtedy rodziny z dziećmi przyjeżdżają tu na spacery.

Re: Nie ma dzieci. Niemal zupełnie.

Nie musisz mi mówić jak serce się kraje i krwią serdeczną bryzga gdy widzi się rodziny z dziećmi :(
Ja mam dwie wnusie ale niestety za morzami więc widzę je góra dwa razy do roku a w kraju mam dwie panny które jakoś nie myślą o dzieciach choć czas na to najwyższy. Nie to co za naszych czasów gdy ślub i dzieci to była normalność.
W tym tygodniu jedna córka poinformowała nas z obawą w głosie że w jej firmie szykują się do zwolnień grupowych i nie wiadomo gdzie te cięcia będą bo pełowski prezes ze swoją świtą mają bardzo dziwną POlitykę kadrową. Od drugiej córki dowiedzieliśmy się że jej firma będzie się łączyć z inną więc prawdopodobnie będą redukcje etatów. U niej też ukończone studia są standardem a wcześniej zwalniali według kodu trudniejszego niż szyfry enigmy.

My z żoną chcemy wnuki bawić a one myślą o zupełnie o czymś innym. Kilkanaście lat temu upierdliwa sąsiadka wściekała się że ciągły harmider na ulicy dzieci robią a dziś dzieciaki na przestrzeni kilometra można na palcach jednej ręki policzyć. Ta cisza jest straszna.

@ alchymista

"Wieś od dawna wypycha kobiety do miast"
U mnie jakoś nie. Wyjeżdżały, razem z mężami, na Śląsk, skąd masowo wracają emeryci.
Tu kobiety chcą żyć "po miejsku", mieć funkcjonalne wyposażenie domu, etc.Mieszkam tu od lat 10. W przychodni ginekologicznej nigdy nie widziałam więcej niż 5 ciężarnych, rozmawiających zresztą o zbliżającej się sesji, zawieszającym się komputerze - ale także p truskawkach, w które musiały wleźć ( chodzi o pole, nie o grządkę).

W pobliżu jest wiejski...no, chyba "dom ludowy". Kiedy spytałam szefową, czemu nie działają u niej n.p. zespoły dzięcięce, odpowiedziała, że w najbliższej okolicy dzieci jest...całych troje. Ewentualna nieliczna reszta przedziera się przez śnieg, przez lasy do gimbusa, potem przedziera się - czasem zimowym wieczorem - do domu.
Mają się przedzierać jeszcze raz - do świetlicy? Oczywiście tu nie ma życia bez samochodu, czasem się je podwozi - jeśli przez las da się przejechać.
Chodzi o kilka gmin, nie o jedną wieś.
Tu też nie ma dzieci.

Wyższe wykształcenie kobie?

Szczerze w to wątpię że sam wierzysz w to co napisałeś. Właśnie ta moja córka która ma dwoje dzieci pierwsza uzyskała wykształcenie na poziomie magisterskim. Tylko że troszkę inaczej sobie ustawiła priorytety. W Irlandii prawie wszystkie znajome Polskie rodziny mają po troje dzieci i ciągle nowe się rodzą ale niewiele z tych rodzin z dziećmi wróci do ojczyzny. Tam z jednej pensji utrzymasz całą rodzinę i jeden albo dwa samochody, wynajmując dom.
Spróbuj u nas wynająć maleńkie mieszkanie i wyżyć z jednym dzieckiem gdy tylko jedna osoba pracuje!

@ alchymista

Eeee... gminy żydowskie też zbierały/ją datki na rzecz ubogich, zwłaszcza "dzietnych".
Nie słyszałam, żeby "światłe" Izraelki rodziły bodaj pięcioro dzieci.

No to ja tym razem optymistycznie:

Na osiedlach-blokowiskach dzieci nie brakuje, kobiety w stanie błogosławionym się mnożą i dumnie po ulicach chodzą, najczęściej ze starszą pociechą za rękę. Tatusiów obarczonych lub otoczonych dziećmi też widuję, jak i całe młode rodziny. Piękny to widok i w realu wcale nie tak rzadki. Powiedziałabym, że wręcz normalny, także w dużych miastach. Jeno propaganda jest inna. Bo w mediach normalnej pięknej rodziny faktycznie prawie nie ma. Chyba że w niemainstreamowych, np. w TRWAM - tam jest. No ale m.in. dlatego jej ma nie być. Się okaże...

______________________________________________

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

Anna

No, masz rację, że optymistyczne. Czyli - zależy.

portret użytkownika Tomasz A.S.

Jak sobie pościelisz....

Niestety, to smutne, bo na co dzień obserwujemy w Polsce model rodziny 4-2-1, czyli
czworo dziadków, dwoje rodziców, jedno wnuczę.

Ale wleję, ze swej strony, nieco optymizmu:
U nas jest 4-5-16. I dodam, że te "szesnaście" na razie tylko z trzech małżeństw. Zachęcam do naśladownictwa! Musi nas być więcej! A lewacy niech wymierają na własne życzenie.

**********************************
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart
[ts@amsint.pl]

@ Tomasz

U mnie: troje dzieci, ożenione jedno, wnuk jeden. Plan wykonują dzieci siostrzane, na szczęście.

A u mnie...

... jedno dziecię i na razie więcej nie planuję. Dlaczego?? Głównie dlatego że choć to dziwnie zabrzmi - nie stać mnie bo ten kraj nie jest przyjazny dzieciom. owszem można jak niektórzy proponują, ze skoro jest jedno dziecko to i inne się wychowają. Pewnie prawda tylko pozostaje pytanie jakim kosztem. To nie problem napłodzić dzieci, a potem patrzeć jak żyją w biedzie, tylko "rozmnażać" się z głową. Prosty przykład. Prywatny żłobek ( bo oczywiście na Państwowy nie można liczyć ) kosztował mnie prawie tysiąc złotych miesięcznie. Żłobek w którym dziecko się nie przyjęło, więc zatrudniłem nianię za 1500 złotych. Jak do tego doszły raty kredytu za mieszkanie i zapłacone rachunki to zdarzało się że koło dwudziestego trzeba się było mocno nakombinować żeby na wszystko starczyło.
Dlatego dopóki Państwo będzie tak "przyjazne", a na babcie z racji podwyższenia wieku emerytalnego jeszcze długo nie będzie można liczyć to potem wygląda ten przyrost naturalny jak wygląda. A póki co żaden rząd po 89 roku mam wrażenie nawet nie spróbował zmierzyć się z tym problemem.

Bartgor

Wszystko byłoby przekonujące, gdybyś nie napisał "ten kraj". Na NP po p[rostu nawet nie wypada tak pisać :)
To nie jest żaden "ten kraj", ale Polska. Twoja Ojczyzna.
A Polska jest przychylna dzieciom i Polacy też.
Nieprzychylny natomiast jest "ten rząd" i tworzona przez niego struktura państwowa, która nie tylko nie chce wesprzeć młodych ludzi, ale robi wszystko, by utrudnić im i tak trudny start w dorosłość. Drogie kredyty i absolutny luzik wobec praktyk bankowych coraz bardziej utrudniających spłatę zaciągniętych kredytów, brak sensownych ulg prorodzinnych, i do tego likwidacja żłobków, przedszkoli i szkół - ja się pytam po co? zawsze przecież było ich za mało. Teraz, w sytuacji niżu demograficznego, może wreszcie by wystarczyło.
Ale nie - trzeba utrzymać sytuację, w której uzyskanie miejsca w przedszkolu jaki się niczym gwiazdka z nieba.

Powiem szczerze - współczuję młodym ludziom i cieszę się, ze przynajmniej te problemy mam już za sobą. Uważam, że miałam łatwiej, choć nie było pieluch jednorazowych, jedzenia dla dzieci w słoiczkach, Milup i całego szeregu udogodnień. Ale pracować nie musiałam i nie pracowałam dopóki dzieci nie poszły do szkoły. Pensja męża wystarczała nam na utrzymanie.

portret użytkownika Tomasz A.S.

W PRL-u było dużo gorzej

No i co? Daliśmy radę?
Takie tłumaczenie dla nas, już ponad siedemdziesięciolatków jest zupełnie niezrozumiałe, nigdy nam się nie przelewało, o żłobkach ani o przedszkolach dla naszych dzieci nigdy nawet nie pomyśleliśmy. Jako bezpartyjni zawsze byliśmy po za możliwością kariery zawodowej, jako wielodzietni [podobnie jak dzieje się i dziś] na każdym kroku dyskryminowani. Moja obecna emerytura 1500 złotych mówi o ówczesnym poziomie moich zarobków. Podatki płacone przez moje dzieci idą obecnie głównie na emerytury byłych esbeków.
Niestety, obecnie polskie społeczeństwo w większości jest nastawione roszczeniowo i konsumpcyjnie. Jak ktoś ma zamiar oddawać dzieci do żłobka, to lepiej niech ich nie będzie miał. Matki powinny wychować najpierw swoje dzieci, zamiast zarabiać 1500 złotych na żłobek - gdzie tu jest jakiś sens???
**********************************
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart
[ts@amsint.pl]

@ bartgor

I o to własnie biega. To nie wyłącznie Ty, to państwo ma zadbać o politykę przyjazną matkom i nowonarodzonym.

Nie zawsze

 jest tak jakby się chciało. U mnie jest dwóch synów a u synów jest tylko jeden. Starszy powyżej 40 raczej już nie przyczyni się do powiększenia stanu a u młodszego pomimo ogromnej chęci żeby mieć ,powyżej 30, pozostaje cierpliwie czekać, opinia lekarza. Odnosząc się do ilości dzieci na podwórkach to istotnie kiedyś było ich widać i słychać od rana do wieczora. Dziś znacznie mniej. Przyczyna najczęściej jednak ekonomiczna a nie w edukacji. Proszę zwrócić uwagę,że w krajach zachodnich od Polskiej granicy też jest mało dzieci ale tylko u autochtonów. Natomiast rodziny z religii islamskiej, Turcy i inni mają często po pięcioro. Gdy wyjdzie się na ulicę to pełno dzieci na placach zabaw ale nie białych. Podobnie jest w szkołach, gdzie w klasie jest od dwóch do czterech dzieci miejscowych a reszta około dwudziestu to Świat w kalejdoskopie ale najczęściej dzieci islamu. Często dopiero w szkole zaczynają naukę języka kraju w którym mieszkają. Pomimo ,że tam na ilość dzieci nie ma bezpośrednio  wpływ ekonomiczny, u rodzimych, to w Polsce w|g mnie właśnie to jest przyczyną małego przyrostu demograficznego.

portret użytkownika PP

Z mojego podwórka

10 mieszkań (w tym jedno biuro) - dwanaścioro dzieci. ;)

PP

W jakim zakątku raju Ty mieszkasz PP?! :))

portret użytkownika PP

Ellenai

W tym, w którym Maryś to Marych. ;-)

Co do raju, to mam zupełnie inną jego wizję... był kiedyś taki serial animowany: "Dżana z dżungli"... :-)

http://www.youtube.com/watch?v=oqfEPf7HfrY

PP

I gdzie Marych snuł swoje blubry? :)

Czyli tam, gdzie urodziły się moje dzieci :)
To gospodarny zakątek. Ludzie potrafią tam sobie dawać radę lepiej niż gdzie indziej :)

portret użytkownika PP

Ellenai

A bo same pyry jedzą. ;-)

PP

Czasem jednak z gzikiem :)))

A wiesz, że to być może?
Od czasu jak wróciłam do Warszawy, niemal nie jem ziemniaków.
Wolę jakieś makarony, kluski, kasze albo ryż. Chyba mi się przejadły :)

Ale takiej pysznej kaczki z pyzami drożdżowymi i modrą kapustą, jak w Poznaniu, to nigdzie nie ma :)

portret użytkownika PP

Ellenai

Ach, bo Ty nie jesteś rodzona... ;-)

Ja nawet gdy wyjechałam zagranicę, kilka razy w tygodniu jadłam ziemniaki, czym wprawiałam w osłupienie moich współlokatorów. ;)

Co drugi dzień pyry, a co drugi tajskie. ;-PP
Oprócz weekendów - wtedy szłam na całość. Lubię sobie poszaleć w kuchni, gdy czas pozwala. :)

A gzik to po prostu idealna oprawa ziemniaczanego diamentu. 200-karatowa. :)))

Skończmy ten temat, bo gdy się rozgadam o jedzeniu, nie mogę przestać! O, już mam uśmiech od ucha do ucha! :)

PP

Jedzenie to całkiem dobry temat, tylko że miało być o dzieciach :) Zatem faktycznie musimy skończyć, zanim nas surowo upomną :)

Nie, ja nie rodzona :) Za to mój mąż krwi poznańskiej z dziada pradziada i stąd znalazłam się kiedyś w Poznaniu.
Zresztą na bardzo długo.

Trzeba chyba pomysleć o jakiejś kulinarnej notce :D

Niech się stanie notka o pyrach!

Bo i ja nie wyobrażam sobie życia bez pyrów (tak się odmienia?), choć nie jestem z Poznania :)

______________________________________________

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

@ Anna

Chyba jednak "pyrów". Ja tak odmieniam "rodzinnie", a rodzina w dużej części z Wielkopolski.

Ponoć w Wielkopolsce

rzeczowniki rodzaju żeńskiego w dopełniaczu liczby mnogiej odmienia się właśnie na 'ów' - np.: tabletków. Taki regionalizm :)

______________________________________________

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

Anna

rzeczowniki rodzaju żeńskiego w dopełniaczu liczby mnogiej odmienia się właśnie na 'ów' - np.: tabletków.

Nie jest to reguła, bo nie odnosi się do wszystkich rzeczowników rodz. żeńskiego, ale faktycznie bardzo często taka odmiana jest używana (np. wsiów, myszów, gazetów), choć w gwarze miejskiej - poznańskiej coraz rzadziej. Prędzej już na wsi. Niemniej jest to zadziwiające, jak dobrze gwara wielkopolska trzyma się także i miastach. Zwykle gwarą posługują się warstwy mniej wykształcone, a w Poznaniu orgomna ilość wyrażeń gwarowych funkcjonuje w języku ludzi wykształconych - ba, używają jej poloniści.

Wszyscy idą do "składu", kupują "szneki", jeżdżą "baną" i "brynczą", jak im się coś nie podoba.
Popularne słowa to fyrtel, gemyla, pener, kejter, gwiazdor, gzik, laczki, ostrzytko, oglajdrany, sznytka, szkieły, pamperek, sznupka, szczun. Nie stosuje się praktycznie ich ogólnopolskich zamienników. No i siostra to zawsze siora, a brat to brachol :)

Z wymienionych słów znam te:

gzik, laczki, sznytka, szczun, siora, brachol.
Mój tata mieszkał swego czasu (jako dziecko, z rodzicami) w Poznańskiem :)

______________________________________________

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

Anna

Jak znasz sznytkę to pewnie i skibkę, a poza tym wiesz, że tzw. piętka, to w Poznaniu "kromka". No i wiesz, że sklep to "skład", a piwnica to "sklep" :))

Tak na marginesie, to bardzo podoba mi się okreslenie "szkieły". Dziś są to policjanci, kiedyś milicjanci.
Przy rozrzucaniu ulotek, albo naklejaniu ich na ścianach domów, okrzyk "szkieły!" oznaczał, że trzeba natychmiast brać nogi za pas :D

Tak,

skibkę też znam. Oraz kromkę, tyle że ta oznacza u nas (w moim domu rodzinnym) każdą kromkę chleba, a piętka (czyli - jak rozumiem - pierwsza i ostatnia kromka) to u nas dupka :))

______________________________________________

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart