Jeden dzień po końcu świata

Humor i satyra

Łukaszek snuł się feryjnie po peryferiach osiedlach, gdy wpadł na okularnika z trzeciej ławki i Grubego Maćka.
- Dokąd wy... - zaczął Łukaszek, ale Gruby Maciek mu przerwał:
- Biegniemy pod szkołę!
- Przecież są ferie!
- Za długo by było tłumaczyć, biegniemy! - nalegał okularnik, no i pobiegli.
Pod szkołą działa się gigant draka wokół szkolnego autokaru, który przywoził do szkoły Łukaszka dzieci z odległych terenów. Wśród zbulwersowanych i krzyczących ludzi rej wodziła mama Łukaszka.
- Co ty tu robisz? - spytał niezadowolony Łukaszek, bo mało kto jest zadowolony, kiedy odkrywa, że jego rodziciel robi z siebie publicznie pośmiewisko.
- Po pierwsze: nie pośmiewisko! - zaprotestowała oburzona mama Łukaszka. - Bo ja tutaj walczę o poważną sprawę! A po drugie: właśnie wracam ze spotkania, na którym znana działaczka sportowa ogłosiła, że chce zrobić coś dla każdej polskie rodziny i w związku z tym wstępuje w szeregi Ruchu Aborcyjnego!
Pan dyrektor szkoły, który również był wśród uczestników zbiegowiska, złożył na ręce Łukaszka serdeczne wyrazy współczucia.
- Ej, chwileczkę, on chce odjechać! - zawołał ktoś z tłumu i ludzie zablokowali odjazd autokaru. Kierowca, ubrany w koszulkę z napisem "Nie złoszczę się i nie histeryzuję" wysiadł z pojazdu. Był zły.
- Czy wyście powariowali?! - darł się ochrypłym głosem. - Czego?! No ludzie, czego wy ode mnie chcecie?!
- Co tu się właściwie dzieje? - spytał Łukaszek.
- Ach to polskie piekiełko - odpowiedział mu jakiś facet. - Jacyś sfrustrowani nieudacznicy rzygają na kierowcę autokaru swoimi plwocinami!
- A tak konkretnie?
- Tak konkretnie to nie wiem, nie interesuje mnie to - odparł facet i znów zaczął wszystkim opowiadać o polskim piekiełku.
- Tak konkretnie to chodzi o to, co pan kierowca zarabia na siebie tym autokarem - wytłumaczył Łukaszkowi okularnik z trzeciej ławki.
- To jest kłamstwo oświęcimskie! - mamie Łukaszka z gniewu drgały nozdrza. - Przecież on wozi dzieci do szkoły za darmo!
- Pan sobie dorabia w ten sposób, że spuszcza pan paliwo z baku i sprzedaje na lewo! - rzucił ktoś w twarz kierowcy.
- To jest kłamstwo - zaoponował pan dyrektor szkoły.
- Tak, tak, kłamstwo, kłamstwo - kiwał gorliwie głową pan kierowca chowając się za panem dyrektorem.
- Niech pan pokaże faktury zakupu paliwa, tam wpisują przebieg pojazdu, wiemy ile pali autobus i pokażemy im, że się mylą - polecił dyrektor pan kierowcy.
Ale kierowca zrobił coś innego. Upadł na czworaki i zaczął wpychać się pod autobus.
- Gdzie?! Gdzie, pytam się?! - ryczał strasznym głosem. - Gdzie chowam ten kanister, do którego ściągam paliwo!? Ludzie, oszaleliście?!
- I ma rację - powiedziała mama Łukaszka. - To wy mu powinniście udowodnić winę, a nie on ma wam udowadniać swoją niewinność!
- Ale on w czasie, kiedy dzieci są w szkole, dorabia sobie wożąc jakieś towarzystwo tym autokarem! - powiedziała pani z psem.
- Ty hieno cmentarna! - zawołał pan kierowca i podłożył nogę pod koło stojącego autokaru. - Boże, co za nagonka na mnie! Zabić mnie chcą!
- Nie zabić, tylko chcemy, aby rozliczył się pan z przebiegu - oświadczył ktoś.
- A pan jest w stanie rozliczyć się z każdego kilometra? Z tych, którymi jeździ pan na dziwki, też? - spytała ironicznie mama Łukaszka.
- Ja jeżdżę swoim prywatnym autem i sam płacę za paliwo. A pan jeździ pojazdem publicznym!
- Ja mówię, że pan oszukuje i wozi ludzi na lewo publicznym autokarem - powtórzyła pani z psem.
- No wie pani co - odezwała się mama Łukaszka. - Jak można tak szkalować człowieka, który pół życia poświęcił służbie innym! Jeździ za darmo tym autokarem i zawozi dzieci do szkoły i odwozi! Będzie jeździć do końca świata i jeden dzień dłużej! Gdyby nie on, te dzieci zamarzłyby z zimna na przystankach!
- Setki dzieci uratowałem - kierowca wylazł spod autokaru i sięgnął do kabiny po jakieś papiery. - To są listy wdzięczności od rodziców... W dwa tysiące czwartym zabrałem do szkoły Mariusza z Pawełkowic... Umarłby jak nic, bo tego dnia na przystanku autobusowym, gdzie stał było minus osiemnaście stopni w cieniu!
- No i widzi pani - powiedziała zadowolona mama Łukaszka. - Rozumiem, ze jak pani dziecko zobaczy ten autokar, to do niego nie wsiądzie.
- Oczywiście, że wsiądzie, przecież ten autobus jest opłacany z moich pieniędzy! Ale nie zgadzam się, aby wykorzystywać go na lewo po godzinach!
- No i co z tego, że wykorzystuje, ważne jest ile dzieci podwiózł, ile istnień uratował! Niech tam sobie jeździ ile chce!
- Otóż właśnie nie! - pani z psem nie ustępowała. - Ja płacę za jego paliwo!
- I co panią obchodzi gdzie jeździ?
- Obchodzi, bo płacę mu za to, żeby jeździł z dziećmi, a nie załatwiał swoje prywatne rzeczy! Żądam, aby pokazał licznik w autobusie!
Wszyscy spojrzeli na pana kierowcę, który nie pokazał licznika, za to znowu położył się pod autobusem, koło rury wydechowej.
- Cmentarne hieny gazują mnie jak w Auschwitz - załkał rozpaczliwie.
- Nie no, na żądanie byle baby z ulicy ma pokazywać całą papierologię? - mama Łukaszka zmarszczyła nos. - Od kontroli są specjalne instytucje, a nie pierwszy lepszy z ulicy. Jeżeli ma pani do niego jakieś zarzuty, to proszę mu je udowodnić, a nie wymagać, aby on dowodził swojej niewinności.
- Zarzucam mu, że robi lewe kursy - upierała się pani z psem.
- Co za katolicka nienawiść - westchnęła mama Łukaszka.
- Co pan na to? - spytał pan dyrektor. Kierowca oznajmił, że żadnych lewych kursów nie robi, a przebieg ma idealnie rozliczony.
- To niech pan pokaże ten licznik - powiedział pan dyrektor. - Raz na zawsze urwie pan łeb wszelkim plotkom i pomówieniom!
- Pan chyba żartuje - kierowca gwałtownie zbladł.
- Nie. Pokaż pan ten licznik. Sam pan mówił, że potrafi pan się wytłumaczyć z każdego kilometra. No dalej...
A kierowca zrobił znowu coś nieoczekiwanego.
- Rezygnuję. Ze wszystkiego. Tu są kluczyki od autobusu. Tu telefon komórkowy...
- Koniec świata... - wyjąkał ktoś.
- Niechże pan nie rezygnuje, miliony dzieci zamarzną na przystankach! - zawołała mama Łukaszka.
- Kto inny je podwiezie, są przecież tramwaje... - wtrącił się Gruby Maciek.
- Ty chyba nie wiesz jak tramwaje jeżdżą! - mama Łukaszka spiorunowała go wzrokiem.
- No dobrze, zostaję - westchnął kierowca, zabrał swoje rzeczy, wsiadł do autokaru i odjechał.
- Licznika nie pokazał - zauważył Łukaszek.

10
Średnio: 10 (8 votes)

Hmmm...

coś mi się zdaje, że byłem widzem takiego zdarzenia w TV, ale kanister był szklany, a dół kombinezonu czerwony.

W TV

Mowisz i tej malpie w rozowych okularach w czerwonych majtkach? Czy o tym koniu ktory mowil?

10 pkt...

tak jak na FB :-)
====
...
to przyjemne czasami żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...