Dwa trzynaste grudnie / Kwestia wierności i służebności

portret użytkownika Ciri
Tusk i Putin przytuleni.jpg
Kraj

Od 1945 roku rządzą w Polsce, z małymi wyjątkami, kolejne ekipy namiestnicze i strach powodowany zaniechaniem, kłamstwem i zbrodnią jest za każdym razem ten sam. Elementami zmiennymi są daty i scenografia.

 

Jednym ze sposobów obrzydzania planowanego na 13 grudnia 2011 Marszu Niepodległości i Suwerenności było i jest podbudowane kpiarskim oburzeniem argumentowanie wmawiające nam, że łączenie 13 grudnia 1981 roku z sytuacją obecną nie ma najmniejszego sensu, oraz że obydwie sytuacje są nieporównywalne. Zgodnie ze sprawdzającą się w każdym przypadku formułą „jeśli tak reagują, to znaczy, że kierunek jest właściwy”, należy z całym zdecydowaniem popierać ten marsz i w miarę możliwości wziąć w nim udział.
 
1. Po pierwsze. Rzeczą oczywistą jest, że to samo skomlenie u drzwi obcych mocarstw, które miało miejsce w wykonaniu wiadomego generała i jego ludzi w 1981 roku odbywa się obecnie.Wspólnym mianownikiem obydwu tych grudni jest strach przed społeczeństwem i stanem kraju, do jakiego doprowadza każda ekipa namiestnicza (ponieważ jej głównym zadaniem nie jest zarządzanie krajem, lecz jego pilnowanie i okradanie). 
 
Drugim równie ważnym powodem owego skamlenia jest chęć ocalenia wpływów i zagrabionego mienia oraz chęć ocalenia terenu między Wisłą a Odrą jako pola wypasu kolejnych ekip, które w normalnym świecie nie dostałyby żadnej pracy. Instynktowne wyczucie mających miejsce większych rozgrywek między mocarstwami za każdym razem każe namiestnikom biec z krzykiem i hołdami do drzwi mocarstw i błagać o przyjęcie pod skrzydła w obliczu własnej niemoty i zdrady. Zarówno w 1981 roku jak i teraz istotną rolę odgrywa czynnik ekonomiczny. Wtedy Związek Radziecki zmuszony był ze względu na stan gospodarki i działania prezydenta Reagana do zainicjowania procesu przejścia z jednej formy mocarstwowości w drugą. Miejscowi namiestnicy przerazili się, że się w tym pogubią i że ewentualnie zostaną porzuceni jako nieprzydatny już balast, oraz że w sytuacji takiego porzucenia ze względu na morze zawinionej przez nich polskiej krwi część z nich mogłaby stanowić wątpliwą ozdobę wielu drzew w Polsce i nie tylko. 
 
Obecnie sytuacja w zasadzie powtarza się, przy czym degrengoladę marnowanego od 1945 roku kraju bije data 10 kwietnia 2010 roku. Kto wie, może miałoby się okazać, że wina wcale nie jest rozłożona na zasadzie 2 do 1, gdzie 2 jest przynależne stronie obcej (i tu wcale nie wiadomo, czy aby na pewno tylko jednemu z sąsiadujących mocarstw), lecz na przykład 2 do 2 albo i jeszcze gorzej. W rozbieganych oczkach przedstawicieli namiestniczych widać tamten sobotni poranek i skutki ewentualnego wyjaśnienia chociażby części prawdy. 
 
Od 1945 roku rządzą w Polsce, z małymi wyjątkami, kolejne ekipy namiestnicze i strach powodowany zaniechaniem, kłamstwem i zbrodnią jest za każdym razem ten sam. Elementami zmiennymi są daty i scenografia. Wtedy skamlenie szło w kierunku Kremla, a teraz drogą okrężną również, tyle że właśnie via Berlin. Proste, żałosne i straszne. Ruch należy do nas. Stąd spora część tego strachu.
 
2. Po drugie. Gdy okazało się, że pomysłodawcą marszu jest ten, który niestety nie wsiadł do samolotu w dniu 10 kwietnia 2010 roku, to uaktywnił się cały system kwestionowania tej idei. Od bezpośrednich kpin namiestniczych, po drwiny i „analizy” pożytecznych medialnych idiotów, aż po krytyczne głosy dziennikarzy niezależnych i prawicowych. Przy czym jedni i drudzy grają do jednej bramki, nawet jeśli nie czynią tego w pełni świadomie. Stanowiska rządzących i ich medialnych piesków nie warto analizować. Po tej stronie patrz punkt 1. Natomiast wszyscy mniej lub bardziej przychylni komentatorzy, którzy przypominają, że przecież Kaczyński chciał Traktatu Lizbońskiego, albo że ugrzązł w swoim myśleniu o polityce, albo że niepotrzebnie łączy tamte wydarzenia z obecnymi (patrz punkt 1), niech usiądą na chwilę i w spokoju wysłuchają, co mam im do zakomunikowania.
 
Nawet jeśli wszystkie zarzuty miałyby jakieś uzasadnienie, to jak to mawiają Anglicy „So What?!” Szanowni Państwo zapomnieli o zdrowym rozsądku i o zasadzie wiernej służebności Polsce? 
A może Jarosław Kaczyński zmienił zdanie na przykład o UE? 
A jeśli tak strasznie po dyktatorsku rządzi w swojej partii, to kto wam zabrania założyć własną i skuteczniejszą? Czy aby na pewno nic nie łączy grudnia 1981 z grudniem 2011? 
A może jednak byt Polaków jest zagrożony? 
A może Moskwa i Berlin realizują zapowiedzi zawarte w przemówieniu Putina z Westerplatte z 2009 roku? 
 
Macie dziesiątki wątpliwości i pytań? Świetnie. Tylko nie mówcie mi, że dorośli, poważni i tak zatroskani o Polskę ludzie nie są w stanie dotrzeć do Jarosława Kaczyńskiego i przedstawić mu swoich wątpliwości i pytań – nie rozśmieszajcie mnie. No więc jak to jest? Marsz odbędzie się 13 grudnia 2011 roku, a wy macie tyle niejasności i krytycznych uwag? 
 
A pamiętacie może, co to znaczy być wiernym i służebnym wobec Polski? Czyli (abstrahując od dotarcia do adresata waszych uwag) schować na chwilę wszelkie wątpliwości i dla dobra wszystkich tych polskich wiosek, miasteczek i miast, i tych wypchniętych za chlebem za granicę po prostu dołączyć do marszu i pokazać, że nawet jeśli pytania są, to kierujecie się wiernością i służebnością wobec Polski. Kto lub co straci na tym, że wbrew wątpliwościom dołączycie do Kaczyńskiego w tym dniu – wasza duma? Wasze poglądy? 
 
Co jest w takim razie gorsze – dołączyć do marszu, czy pojawić się w paru „właściwych” studiach i tam wypłakiwać swoje żale i zastrzeżenia do tego okropnego i niereformowalnego Kaczyńskiego? A może by tak schować dumę i komfort własnej wycyzelowanej i efektownej argumentacji i stanąć w imieniu chociażby hańbionych i opluwanych mundurów pilotów smoleńskich? Dołączyć do innych i pobyć trochę wśród ludzi idących dla sprawy? Dopóki nie zaczniemy w ten sposób myśleć i działać, to po nas i po naszej Polsce. Przeciwników mamy zamożniejszych i cwańszych oraz skuteczniejszych w perorowaniu. Wszyscy oni boją się natomiast śmiertelnie Polskiej Jedności w Wielości, czyli Solidarności. 
 
Zamiast wygłaszać idealne pomysły i mądre komentarze, wstać z ciepłych foteli i zgłosić się do prezesa Kaczyńskiego z pomysłami, może mu tego brakuje? Może i on jest trochę zamknięty w sobie. Dziwicie się? Po takich przejściach. Zapewne, jak każdy z nas, popełnił błędy. Dołączmy do niego i zaofiarujmy mu pomysły na Polskę. Niech uwierzy, że nie wszyscy cenią przysłowiowego grilla bardziej od troski o Ojczyznę. Może okaże się, że da się wiele zmodyfikować i zaproponować konkretne rozwiązania. Jak mimo to odrzuci, to wtedy stworzyć coś własnego, ale nie biegając po terenie skażonym „zaprzyjaźnionych” telewizji i wypłakiwać się „dziennikarzom”. Polskość to służba i wierność. Rezygnacja z „ja” i „moje”. Modlitwa i myślenie dla kraju. 
 
Całokształt życia nad Wisłą nie jest do opisania przez ratingi, giełdowe wykresy czy medialne komentarze. Dla Polski trzeba często wyjść z domu i ofiarnie służyć. Rezygnacja z własnych ambicji i racji boli i kosztuje, ale tylko taka jest nasza droga – na wzór Tamtej Ofiary. Idąc w takim marszu tworzymy obszar zatroskanej polskości. Możemy poznać się wzajemnie, wzmocnić, podyskutować i ustalić dalsze kroki. 
 
Kryzys UE może być rzeczywistych krachem pomysłu Euro. Być może powstanie mocarstwo niemiecko-rosyjskie, a następnie jedynie rosyjskie (w jednej z telewizji spiker pomylił się i zamiast powiedzieć „szczyt europejski” powiedział „szczyt niemiecko-francuski”). Może inne kraje Europy zbuntują się? A może też to być rozgrywką między USA a Rosją. Trup Euro straszy po nocach mieszkańców Kremla, bo nazbierali całe góry tej waluty, żeby zgodnie z odwieczną sowiecką idee fixe odczekać, aż wiele spraw runie w Europie i wtedy wkroczyć niczym wybawiciel z pełną walizką. Euro jako sterta bezwartościowego papieru oznacza zmiany geopolityczne – a gdzie wtedy będziemy my? Zostawmy do czasu zasłużonej kary tych śliniących się z rozbieganymi oczkami i dajmy się zobaczyć – to my jesteśmy Polską!
 
PS: Jeszcze jedno – upadek Euro czy nawet UE to nie jest nasze polskie być albo nie być. Polacy, podobnie jak i inne narody będą nadal żyć, będą potrzebowali żywności, ubrań i mieszkań. To jest warunek być może powrotu do normalnej ekonomii opartej na tym, co rzeczywiście mam i co rzeczywiście mogę wyprodukować. Polskość nie zginie wraz ze zniknięciem setek rodzajów jogurtów, kolorowych czasopism, seriali, nowych modeli laptopów czy innych gadżetów. Ewentualny upadek Euro i brukselskiego, lustrzanego odbicia Kremla to jedno. Europa i mieszkańcy krajów położonych na kontynencie europejskim będą istnieć dalej – to drugie. Nawet, jeśli będzie trudniej, to nie dajmy się zwariować. Polska jest po części nie z tej ziemi. Damy radę, a póki co działajmy!
 
Jamci
10
Średnio: 10 (5 votes)