Na podbój Europy - Rozdział III

cracovia.jpg
Blog

Nie samą polityką człowiek żyje, warto zatem sięgnąć pamięcią wstecz.

       Cracovia była jedynym klubem w Polsce, który w tym okresie wyjeżdżał poza granicę kraju i równocześnie pierwszą drużyną polską, która została zaproszona do Paryża, na urządzany tam z okazji jubileuszu klubu paryskiego Red Star, turniej piłkarski. W turnieju tym oprócz Cracovii wzięły udział drużyny Servette ze Szwajcarii i wicemistrz Francji – Racing Club de Paris.

Zapraszam do przeczytania kolejnego rozdziału książki, która ( mam nadzieję ) zostanie wydana w tym roku. Autorem wspomnień jest przedwojenny piłkarz Cracovi i Reprezentant Polski - Zygmunt Chruściński, dziadek mojego przyjaciela Jacka Chruścińskiego z którego opowiadaniami mieliście się okazję zapoznać. To piękny kawałek naszej historii.

       Z mistrzem Szwajcarii zremisowaliśmy 1 : 1, zaś z Red Starem przegraliśmy po wyrównanej grze 3 : 5, co dla nas było rezultatem zaszczytnym, zważywszy że gospodarze grali z czterema internacjonałami w swym składzie i że grali niezwykle ostro. Przy czym bramkarza naszego – Popiela, wepchnięto dwukrotnie z piłką do bramki. W Paryżu – jak w ogóle wszędzie na zachodzie nie obchodzono się z bramkarzami zbyt łagodnie – tak jak się to u nas dzieje. Napastnicy francuscy szli na bramkarza niezwykle ostro, tak że tek wolał częstokroć wyrzucić piłkę na korner, aniżeli wdawać się z nimi w pojedynek.

     Po zawodach Popiel zapytał sędziego prowadzącego mecz, dlaczego pozwala na atakowanie bramkarza, narażając go w te sposób na kopniecie w ręce. Otrzymał wówczas taką odpowiedź :

Jeśli napastnik czy też pomocnik, który gra nogami, może być atakowany przez przeciwnika w chwili kiedy trzyma piłkę przy nodze, to dlaczego nie może być atakowany bramkarz trzymający piłkę w rękach? Bramkarz ma nie tylko nogi do gry ale także i ręce. Trzeba pozbyć się szybko piłki a wtedy bramkarz nie będzie atakowany.

    Słusznie! To tylko u nas, w Polsce, sędziowie zaprowadzili ten nigdzie nie spotykany zwyczaj, że bramkarz jest nietykalny. Bramkarz u nas może się  rzucić na piłkę i leżeć dość długo na ziemi i tknąć go nie wolno. Jeśli znajdzie się śmiałek, który by próbował wydobyć spod niego piłkę nogą – miałby się z pyszna! Nie tylko sędzia odgwiżdże faul, lecz i publiczność wygwiżdże takiego napastnika. Ja należałem do napastników, którzy obrzydzali życie bramkarzom i nie pozwalają trzymać piłki w objęciach. Nie mało bramkarzy wpadło do bramki wraz z piłką wepchniętych przeze nie – zwłaszcza gdy wróciliśmy z Hiszpanii.

    Będąc w Paryżu – oprowadzani byliśmy przez sekretarza Towarzystwa Polsko – Francuskiego, Polaka przebywającego stale w tym mieście. Pokazywał on nam wszystkie cuda Paryża, miedzy innymi Trocadero i wieżę Eiffla, na której byliśmy wszyscy. Tłumaczył, objaśniał i pokazywał nam obiekty godne widzenia, jak również charakterystyczne cechy pewnych zjawisk – w konkretnym przypadku wieży Eiffla, jej konstrukcji i roku budowy itp. Oprowadzający nas sekretarz, po zejściu z wieży Eiffla wyjaśnił nam, że jest ona tak skonstruowana iż w najwyższym swoim punkcie ma 8 cm odchylenia, co przy jej wysokości jest rzeczą zupełnie zrozumiałą. Jak powiedziałem, na wieży byliśmy wszyscy, miedzy innymi i nasz lewy łącznik, zawsze czupurny i zawsze wszystko lepiej wiedzący od innych. Posłyszawszy objaśnienia sekretarza, nasz lewy łącznik wtrącił swoje trzy grosze i rzekł z uśmiechem pobłażania :

Ależ proszę pana, ja wiem na pewno, że ma ona nie osiem lecz 80 centymetrów odchylenia!

    Skonsternowani i zażenowani, zaczęliśmy z lekka pokaszliwać, chcąc jakoś zatuszować niewłaściwe odezwanie się naszego zawodnika. Sytuację rozstrzygnął definitywnie Ludwik Gintel, który nachyliwszy się do ucha Koguta szepnął mu kilka soczystych słów. Kogut odskoczył jak oparzony i długo jeszcze krzywo patrzył na Gintla – zaś cała paczka nasza nabierała w drodze powrotnej bezlitośnie Koguta, wymawiając mu przy każdej sposobności owe 80 centymetrów...

     Wszystko to jednak działo się w sposób żartobliwy a równocześnie miły i pozbawiony złośliwości. Dużą uciechę mieli nasi nabieracze na przyjęciu u ambasadora Polski. Do stołu podano – miedzy innymi – raki. Przy każdym biesiadniku postawiono w kryształowych naczyniach wodę do obmycia palców. Nasz lewy łącznik, zaciekawiony stojącym obok naczyniem z wodą, zwrócił się z zapytaniem do obok siedzącego Gintla szeptem :

Ludwiś, na cóż ta woda?

Do picia, na cóż by była – pada odpowiedź Gintla.

    Kogut, który był w danej chwili spragniony, wychylił wodę do dna. Stłumione śmiechy i ironiczne spojrzenia kolegów, wyjaśniły mu popełnioną gaffę. Zarumieniony ze wstydu, nie mają nic innego do zrobienia, zaczął ze złością zajadać dalej. Swój zły humor chciał Kogut wyładować przynajmniej na lokaju przy opuszczaniu apartamentów ambasady. Przy podawaniu nam płaszczy, każdy z nas położył bodaj franka na tacy leżącej na stoliku. Kogut wyciągnął z kieszeni, będący wówczas u nas w obiegu banknot jednomarkowy i rzekł po polsku do lokaja :

Masz sługo znaj pana!

Dziękuję bardzo za hojny datek – odrzekł  lokaj. 

     Był on oczywiście także Polakiem, o czym Kogut niestety nie wiedział, a posłyszawszy jego odpowiedź zbiegł szybko po schodach, jeszcze bardziej speszony niż dotychczas.



Toast jubileuszowy.

 

Nie masz to jak piłka nożna!

Tylko w niej się wyżyć można.

Bo to szkoła jest tężyzny

dla mężczyzny.

 

Hip hip hurra!

 


 

Footbal – to ocean zdrowia.

Niech nam żyje klub Cracovia!

Niech żyje sekcja piłkarska,

młodzież dziarska!

 

Hip hip hurra!


 

Niechaj wiecznie trwa wiek młody,

Niech żyją sportowe zawody!

I nasi goście niech żyją!

Na nasze zdrowie niech piją!

 

Hip hip hurra!

                      

Stanisław Mielech

  Większego jednak pecha od Koguta miał w Paryżu nasz prawy pomocnik – Styczeń – popularnie zwany „Zulu-Kafer”, za jego niezwykłe podobieństwo do mieszkańców południowo-zachodniej Afryki. Zwykle gładko wygolony (golił również i głowę), z lekko wysuniętą w przód dolną szczęką i szerokim uśmiechem odsłaniającym niezwykle białe i duże uzębienie, był rzeczywiście nieco podobny do czarnych obywateli znad Kongo. „Zulu” był bardzo lubiany w naszej drużynie. Prawie zawsze uśmiechnięty, wesołego usposobienia, drwił ze wszystkiego i nic go nie przejmowało zbytnio. Lubił dobrze zjeść i nie stronił od wesołego, najlepiej damskiego towarzystwa.

    Tak się złożyło, że pobyt nasz w Paryżu przeciągnął się do pierwszego stycznia, w którym to dniu graliśmy nasz ostatni mecz. W przeddzień meczu, to jest w Sylwestra, zaproszeni zostaliśmy przez gospodarzy do modnego wówczas kabaretu nocnego „Folies Bergeres”. Styczeń, który w czasie programu gdzieś się zawieruszył, został odkryty w zacisznej loży w towarzystwie jakiejś uroczej, ciemnowłosej „mademoiselle”. Gdy po zakończonym programie, tuż po noworocznej godzinie – opuszczaliśmy lokal, natknęliśmy się na „Zula” stojącego przy wejściu z bardzo skwaszoną miną, który zwrócił się do kierownika wycieczki, dra Lustgartena, z prośbą o pożyczenie mu paręset franków, na zapłacenie rachunku.

    Z krótkich i złych odpowiedzi „Zula” zdołaliśmy się dowiedzieć, że urocza jego towarzyszka, zdołała go naciągnąć na dwie flaszki szampana, a po ich wypiciu – znikła jak kamfora, mimo zaklęć i zapewnień o miłości od pierwszego spojrzenia... Klnąc w duchu Francuzeczkę, która jak się okazało, była emigrantką z Brodów, powrócił „Zulu” razem z nami do hotelu, narzekając, że właśnie w dniu pierwszego stycznia nabrano tak szpetnie Stycznia! Złość swą wyładował jednak na Kogucie, przypominając mu wieżę Eiffla i wodę przy rakach, ten zaś znowu prześladował go „francuską rodaczką”...

     Do bardzo miłych wyjazdów za granicę, należał nasz wyjazd do Danii i Szwecji. Dojście do skutku tego wyjazdu zawdzięczamy zarządowi klubu, który w ten sposób chciał nas wynagrodzić za zdobycie tytułu mistrza Polski w piłce nożnej.

W Danii graliśmy dwa mecze w portowym mieście Aarchus, położonym w północno-wschodniej Danii. Przeciwnikiem naszym była drużyna FC Aarchus, która dwa tygodnie przed naszym przyjazdem, uległa mistrzowi Węgier MTK w stosunku 2 : 4. Aarchus, jak wszystkie zresztą miasta duńskie, czyściutkie i schludne, o wielkich placach i szerokich ulicach, zamieszkane jest także przez dużą ilość Polaków, których wielu tam spotkaliśmy. W tejże Danii, zetknęliśmy się po raz pierwszy z wrodzoną w tym kraju uczciwością i poszanowaniem cudzej własności. Z okien hotelu, które wychodziły na szeroki plac, mogliśmy obserwować zajeżdżające przed piękny kościół, liczne odkryte auta, w których pasażerowie zostawiali swe wierzchnie okrycia, a nawet srebrne lisy i damskie torebki – udając się do świątyni. Zaciekawieni obserwowaliśmy z okien co się też z tymi pozostawionymi w autach przedmiotami stanie. Dla nas – stała się rzecz dziwna! Nikt, ale to dosłownie nikt, nawet nie spojrzał na te przedmioty, przechodząc obojętnie obok. Od kilkuset lat – jak nam opowiadano – cudza własność jest w Danii rzeczą świętą. Nie dlatego, że przed wiekami karano za kradzież ucięciem prawej dłoni, lecz dlatego, że każdy Duńczyk jest z natury uczciwy. To samo zresztą jest w Szwecji.

    W Aarchus spotkaliśmy się również z zupełnie inną kuchnią. Na śniadanie podawani nam surowe mleko w dużej ilości, bardzo dużo masła ze specjalnym chlebem duńskim przypominającym żydowską macę oraz różne sery, a na zakończenie kompot z jabłek. Można sobie wyobrazić jak takie „urozmaicone śniadanie” podziałało na niektóre słabsze żołądki naszych zawodników. Pierwszy mecz przegraliśmy w stosunku 2 : 4, gdyż prawie połowa zawodników cierpiała na bóle żołądka. Postanowiliśmy (oczywiście kierownictwo, a nie my) nie jeść na drugi dzień nic aż do meczu – za wyjątkiem herbaty i sucharków. Tak też się stało i choć byliśmy troszkę głodni, wyszło nam to na dobre.

   Na stadion na którym miał się odbyć mecz, jechałem taksówką razem z moim serdecznym przyjacielem Jasiem Reymanem. Obaj patrzyliśmy na taksometr, który właśnie wykazywał dwie korony z drobnymi. Powiedzieliśmy sobie wówczas, że o ile taksówka dojedzie do stadionu a taksometr nie wybije trzech koron – wygramy. O ile zaś wybije bodaj trzy korony – mecz przegramy. Do stadionu nie było zbyt daleko, ale dziesięcioörówki wyskakiwały co pewien czas. Nie widzieliśmy jeszcze bram stadionu, gdy taksometr wybił 2.80. Niedługo zaś potem 2.90. Struchleliśmy! W tym jednak momencie auto skręciło w boczną uliczkę i oczom naszym ukazał się stadion, za chwilę zaś taksówka stanęła u wejścia. Łomocące dwa serca uspokoiły się i pełni najlepszych myśli weszliśmy na stadion.

    Muszę tu zaznaczyć, iż wielu spośród footbalistów jest zabobonnych – ja na przykład przed ważniejszym meczem ubierałem zawsze lewą pończochę na lewą stronę i za skarby  świata nie ubrałbym jej inaczej. Uwierzyliśmy więc, że i w tym wypadku historia z taksometrem przyniesie nam szczęście. Tak się też stało! Spotkanie z Duńczykami wygraliśmy wysoko bo 6 : 1, oczywiście nie na skutek zabobonu lecz dzięki doskonałej grze całej drużyny. Na środku ataku w drużynie duńskiej grał – jak to szumnie podały gazety duński – najlepszy napastnik z Kopenhagi, który jednak doskonale pilnowany przez Stasia Cikowskiego, mało kiedy dotknął piłkę do przerwy. Co prawda jednak, to jedyna bramka strzelona nam, była właśnie jego dziełem.

    Tam w Danii po raz pierwszy zetknąłem się z najlepszymi boiskami jakie widziałem i na jakich grałem. Tak idealnie równych i tak pięknie zatrawionych boisk jak w Danii i w Szwecji nie widziałem potem nigdzie, aż ... w Krakowie na naszym boisku! Dr Lustgarten – ten najlepszy kierownik drużyny i najlepszy znawca piłkarzy jakiego poznałem – potrafił tak zainteresować zarząd klubu, że ten w rok później przebudował nawierzchnię naszego boiska, które po tym zabiegu było najlepsze w Polsce.

     Przyjęcie jakiego doznaliśmy ze strony Duńczyków, było niezwykle serdeczne i można je było porównać jedynie z późniejszą gościną jaką zgotowali nam Szwedzi w Helsingborgu, Malmö i Göteborgu.

    W pamięci wszystkich uczestników tej wyprawy z pewnością utkwił przejazd statkiem z Danii do Szwecji, ściślej mówiąc z Helsingör do Helsingborgu. Podróż nasza trwała niespełna dwie godziny a odbywała się w godzinach wieczornych. Z brzegów duńskich widzieliśmy przepięknie oświetlone wybrzeże szwedzkie z Helsingborgiem pośrodku. Panorama wspaniała! Oczarowani roztaczającym się widokiem przy akompaniamencie gitary, śpiewaliśmy nastrojowe piosenki, którym z przyjemnością przysłuchiwali się licznie zgromadzeni na dziobie pasażerowie, nagradzając nasz śpiew oklaskami.

    W Szwecji spotkaliśmy się – jak już wspominałem – z nadzwyczajnym przyjęciem. Na każdym niemal kroku prześcigano się w uprzejmościach. Mieszkaliśmy w najlepszych hotelach. W czasie wolnym od rozgrywek, gospodarze starali się wypełnić nam program bądź wycieczkami, bądź też oprowadzali nas po muzeach i miejscach godnych widzenia. Wszystko to robili serdecznie, uprzejmie i za nic nie pozwalali nam płacić. Cóż to zresztą znaczył dla Szwedów ten minimalny wydatek, gdy ich „koronki” warte już były dziesiątki milionów naszych marek!

     W Helsingborgu przegraliśmy w pierwszym spotkaniu z drużyną H.I.F. w stosunku 1 : 2. Rozpoczęliśmy grę późnym popołudniem – graliśmy bowiem w powszedni dzień, tak że mecz ze względu na zakończenie pracy biurowej i fabrycznej mógł się rozpocząć gdzieś koło godziny szóstej wieczorem. Ostatnie minuty grane były prawie po ciemku, tak że Popiel głośno wołał o latarnie do bramki, gdyż zupełnie nie widział piłki. W trzy dni później, a było to w dzień świąteczny – graliśmy z reprezentacją miasta Helsingborgu, którą pokonaliśmy w stosunku 2 : 0. strzelcami bramek byli Janek Reyman i ja.

    W Malmö, ulegliśmy tamtejszej drużynie w stosunku 1 : 2, mimo iż długo prowadziliśmy 1 : 0. Po przerwie jednak zerwał się tak silny wiatr wiejący w stronę naszej bramki, że Jędruś Przeworski, grający wówczas w bramce, przy wykopie piłki, nie mógł posłać jej w pole, gdyż silny wiatr posyłał ją z powrotem na korner. Szwedzi uzyskali zwycięskie bramki dopiero pod koniec meczu.

   Nie od rzeczy będzie tu wspomnieć o szwedzkiej kuchni, którą zaliczyć wypada do jednej z najlepszych na świecie. Nie pomnę w tej chwili z ilu dań składa się „lunch” (Szwedzi jadają trzy razy dziennie lecz dobrze i bardzo obficie), ale wiem, że samymi przystawkami najadali się nasi chłopcy do tego stopnia, iż niejeden odsuwał talerze z innymi daniami. Przystawki zaś składały się z przeróżnych ryb, rybek i rybeczek, podanych tak lub inaczej, przyrządzonych w ten lub inny sposób. Dalsze dania stanowiła szynka, ozory wędzone, majonezy itd. Później dopiero następowały właściwe dania mięsne, wszystkie zaś podlane były specjalnym szwedzkim ponczem, na zimno lub na gorąco, jak kto woli. Były więc wypadki, że niektórzy z naszych chłopców chorowali dzień lub nawet dwa z przejedzenia. Nigdy jednak nie chorował nasz medyk – Stasio Cikowski – będący na trzecim roku medycyny, który regularnie mawiał :

Wszystko można zjeść tylko pomaleńku...

    On też jeden i niezapomnianej pamięci prezes klubu, dr Edward Cetnarowski, mimo że lubili zjeść obficie – nie chorowali nigdy z przejedzenia.

   Do Danii jechaliśmy przez Szlezwig-Holsztyn. Do Szwecji zaś udaliśmy się z Danii przez cieśninę morską łączącą oba te kraje, przy dobrej pogodzie i spokojnym morzu. Droga powrotna do kraju ze Szwecji wypadła przez pełna morze, które w tym czasie było bardzo wzburzone. Trzeba było widzieć wtedy niektórych z nas! Ja przynajmniej kilkanaście razy zamiast do kraju jechałem do ... Rygi!

    Pierwszy raz, kiedy zrobiło mi się słabo – bojąc się ewentualnego wypadku na pokładzie statku, czym prędzej zbiegłem z górnego pokładu aż na sam dół i tam oddałem zawartość mego żołądka w ofierze Neptunowi. Gdy historia jednak powtórzyła się po raz trzeci, czwarty itd. – nie byłem już w stanie schodzić na dół – jeżąc na leżaku, odwracałem tylko głowę na lewo czy prawo i ... cały świat wraz ze wszystkimi pasażerami statku był  mi najzupełniej obojętny. Obsługa statku, przyzwyczajona do takich pasażerów jak ja i mnie podobni, sprzątała podłogę bez szemrania. Niewielką pociechę stanowił dla mnie fakt, że inni jak Sperling, Ciszewski, Przeworski i Janek Reyman znajdowali się w podobnym stanie. Wyjątek stanowiły wilki morskie – jak się sami nazwali – Synowiec i Kałuża, którzy nawet przy największym kołysaniu statku, zajadali spokojnie podawane przez służbę przekąski i napoje.

   Stanąwszy jednak nogą na stałym lądzie, uczułem się momentalnie zdrowym a przede wszystkim przeraźliwie głodnym. Cały zapas sera szwajcarskiego, znajdujący się w kufrze prowiantowym dra Lustgartena, zjedliśmy razem z Jędrusiem Przeworskim. Przysięgałem sobie wtedy, że nigdy w życiu już nie pojadę okrętem, chociażby to miała być najcudowniejsza podróż. Oczywista, że przyrzeczenia tego nie dotrzymałem, gdyż jeździłem potem wielokrotnie do Szwecji, Finlandii, Turcji – wszędzie jednak niestety przez ... Rygę. Dziś jeszcze, na samo wspomnienie, jest mi mdło! Nigdy jednak nie żałowałem tego chwilowego cierpienia. Piękne kraje, które zwiedziłem, chwile które spędziłem w towarzystwie najmilszych kolegów, niezapomniane przeżycia jakich wówczas doznawałem – radości z odnoszonych zwycięstw na zagranicznych stadionach – stokrotnie wynagrodziły te krótkie, niemiłe chwile morskiej choroby.

   Najciężej jednak chorowaliśmy wszyscy – z wyjątkiem Kałuży i Synowca – w powrotnej drodze z Helsingforsu, po meczu z Finlandią – do Tallina w Estonii. Po dość sutym śniadaniu, w czasie którego zjedliśmy spore ilości dżemu i marmolady – wsiedliśmy na statek „Ebba Munk”. Już w porcie widzieliśmy grzywy na falach, a dość silny wietrzyk zawiewał od północy. Złośliwe uśmiechy fińskich zawodników, którzy odprowadzili nas aż na pokład statku, nie przestraszyły na wcale, gdyż – mimo, że dusze mieliśmy na ramieniu, wierzyliśmy  iż nic nam nie będzie, tym bardziej, że Munio Sperling dodawał nam otuchy mówiąc :

Co? My stare wilki morskie, które przejechały Bałtyk tam i z powrotem

mamy się bać? Nie bójta się wiara! „Choć burza huczy wkoło nas...”

    Biedny Munio, sam nie wierzył w słowa, którymi nas pocieszał. Wreszcie wyjechaliśmy. Już Helsingfors i brzegi Finlandii znikły nam z oczu, gdy burza rozszalała się na dobre. „Ebba Munkiem” zaczęło porządnie huśtać. Munio chcąc zagłuszyć nieprzyjemne mdłości u siebie i u innych – zaproponował śpiewanie piosenek. Wszyscy ochoczo zgodziliśmy się na to, gdyż coś trzeba było robić z tymi przykrymi nudnościami. Na pierwszy ogień poszła właśnie piosenka „Choć burza huczy wkoło nas”. Nie dokończyliśmy jeszcze dobrze pierwszej zwrotki – byliśmy właśnie przy słowach „bo silną przecież mamy dłoń” – gdy poderwany nagłym ściśnięciem żołądka, przyskoczyłem do burty z gardłowym okrzykiem :

Aaaa, uuuppp!

I stało się. Munio Sperling, który mnie bacznie obserwował, krzyknął wówczas przestraszony :

Rany Boskie! Krwią!!!

Nie była to jednak krew, ale dżem malinowy i marmolada. Za mną „pojechał” Munio a po nim po kolei : Gintel, Domański, Słonecki itd. Nie chorowali tylko Synowiec, Kałuża i Kazek Seichter. Nawet prezes, dr Edward Cetnarowski, który przecież był przez 10 lat lekarzem okrętowym na linii Hamburg – Ameryka, rozchorował się i leżał przez dłuższy czas razem ze mną w kabinie. Nie mogłem jednak długo wyleżeć, wyszedłem wiec chorować na pokład.

    Przypominam sobie jak dziś taką sytuację. Do ledwie żywego na skutek morskiej choroby – gdyż w takim stanie byłem – przyłączył się Jóźku Słonecki z lwowskiej Pogoni i opowiada:

Ta, frajerze – ściśnij się paskiem przez pół a zaraz będzie ci lepij!

    Zaledwie jednak zastosowałem jego mądry sposób pozbycia się nudności i zacisnąłem pasek na brzuchu, choroba pogorszyła się w dwójnasób. Do naszej grupy cierpiących, przystąpił w pewnym momencie marynarz estoński z flaszką koniaku, proponując nam po niemiecku wypicie na rozgrzewkę.

Trinken Się – powiada – gut Koniak!

Odczep się bo cię o....gam – słabym głosem odpowiada Słonecki.

Aber, trinken Sie – prosi uparcie marynarz podsuwając butelkę z koniakiem pod sam nos Słoneckiemu.

Odczep się  draniu, bo cię naprawdę o...gam – broni się tenże, odpychając wyciągniętą rękę z koniakiem.

    Marynarz jednak nie dał się zbić z tropu a chcąc rzeczywiście pomóc choremu Słoneckiemu, wepchnął mu butelkę z koniakiem do ręki zmusił do wypicia. Słonecki przechyliwszy w tył głowę pociągnął parę sporych łyków, gdy wtem ... Usłyszałem charkot i cała zawartość ust i żołądka chorego Słoneckiego, wylądowała na piersiach uczynnego marynarza.

A mówiłem ci idioto, że cię o...gam! – wybełkotał jeszcze Słonecki i osunął się na leżak.

  Ale nie tylko Jóźku chorował. W podobnym stanie znajdował się twardy Gintel, który pod koniec podróży dosłownie leżał jak długi na pokładzie, gdyż – jak twierdził – było mu tak wygodniej i przynosiło ulgę. W pewnej chwili, podszedł do niego prezes Cetnarowski i rzecze :

Ludwiś, wstawaj! Już widać ziemię.

Utopmy się raczej wszyscy, a ja nie wstanę bo umieram – odpowiada Gintel, nie podniósłszy nawet głowy od pokładu.

W imię Ojca i Syna! – żegnając się obruszył się prezes – cóż ty wygadujesz w złą godzinę chłopie!?

Wolę utonąć niż tak dalej się męczyć – słychać było cierpiący głos Gintla.

     Ale jakoś szczęśliwie i cało dobrnęliśmy do portu. Nie wiedzieliśmy jednak o tym, że sytuacja była wówczas bardzo poważna – jak nam to później opowiadał kapitan statku. Podróż, która miała trwać zaledwie cztery godziny, trwała drugie tyle, a w czasie rejsu zapytywany kapitan – kiedy dojedziemy na miejsce – odpowiadał, że jeden Bóg tylko wie, gdyż jego wiadomości i umiejętności wobec takiego sztormu, zupełnie zawiodły.

Inne rozdziały - linki.

WSPOMNIENIA STAREGO PIŁKARZA - Jak to się zaczęło.

Koszulka z Orłem Białym - Rozdział VIII

10
Średnio: 10 (14 votes)

Witaj,
dziadek Jacka był innym "piłkarzem" niż obecni. Bo nawet do kopania trzeba mieć głowę, nie tylko na karku.Pełną nie samej trawy, kiwki i taktyki oraz wizji kasy z kontraktu. Dobra polska rodzina i szkoła. Po zakończeniu kariery między innymi uprawiał dziennikarstwo sportowe, jakże odmienne od większości przypadków klinicznych obecnego.

Jacek ma gadane i talent pisarski, zapewne po dziadku.

Sport kiedyś, nie bez wad, był ważną cząstka patriotyzmu i edukacji.

Pozdrawiam Serdecznie

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

JWP

"Sport kiedyś, nie bez wad, był ważną cząstka patriotyzmu i edukacji."

Sport dziś, nie bez wad, jest ważną cząstką patriotyzmu i edukacji. Dlatego zerwano orła z koszulek, dlatego kibice są dyskryminowani. Dlatego tradycje sportowe nie są pielęgnowane, a w ministerstwie mogą srać muchy...
Pozdrawiam.
contessa

_______________
"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być".
Lech Kaczyński
_______________
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten aldd meg a Magyart

"Urodziłem się w Polsce" - Złe Psy :
http://www.youtube.com

Contessa

Witaj,
rzecz oczywista, że jest i dalej winien pełnić ważną rolę.
Ponadto dopełnia harmonię ducha i ciał.

Lecz "unym" przeszkadza kibic i odrodzenie tej formy patriotyzmu, choćby lokalnego.

I na Muchę przyjdzie packa.

Pozdrawiam Serdecznie

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Re: Na podbój Europy - Rozdział III

Świetne! Poproszę o info gdy książka sie ukaże.
Pozdrawiam:)

Re: Na podbój Europy - Rozdział III

Świetne! Poproszę o info gdy książka sie ukaże.
Pozdrawiam:)

Zuberegg

Witam,
dufam, że w tym roku. W niej wiele zdjęć i może jeszcze replika przedwojennej koszulki, sznurowanej.

Pozdrawiam Serdecznie

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

witaj JWP :)

gość z drogi

Dawno Cię nie było :) już martwiłam się ...Ja też czekam na tą książkę...ktorej fragmenty czyta się wspaniale...

serdeczne pozdrowienia z nocną 10 -tką :)

Gośc z Drogi

Witaj Drogi Gościu,
w sposób, że tak powiem "pisany", owszem mnie nie było chwilę. Czytany często.
Czasem waga wskazuje sprawy nie cierpiące zwłoki i tym się trza zająć.

Może nie tak często, jak dawniej, ale będę coś tam skrobał lub nie tylko swoje teksty publikował.

Andrzej Zaucha
W złotych kroplach deszczu

Woła nas deszcz,
Śmieje się do nas,
Nim obejrzysz się,
Trzymasz go w ramionach.

Deszcz za kołnierz - kap, kap, kap -
- Przytul się do mnie!
Nie bądź smutna, nie bądź zła,
Spróbuj przy mnie uciec do wspomnień,
Spróbuj zapomnieć.

Świat za chmurami
Chowa przed nami twarz -
- Poczekamy, mamy czas!

Dobrze nam jest,
Lepiej nie trzeba,
Mamy przecież deszcz
I ten skrawek nieba.

Przemokniemy - no to co?
Zmierzch nas ogrzeje!
I nim w oczy zajrzy noc,
Odnajdziemy w sobie nadzieję,
Dobrą nadzieję.

Świat za chmurami,
Deszcz nad głowami...

Świat za chmurami,
Deszcz nad głowami...
Po co nam słońce,
My mamy swój deszcz,
W nim przynajmniej
Nie czuje się łez -
- Tak potrzebny nam był ten deszcz!

Pozdrawiam, nie mniej serdecznie.

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

@JWP :) wiem ,że masz wiele na głowie... :)

gość z drogi

 i na sercu :) trzymam kciuki  :)

serdeczności  z głębi serca :)

dzięki za "W złotych kroplach deszczu ":)))

pozdrowienia dla Twoich Bliskich :)

i dziesiątka :)

 

Gośc z Drogi

Dzięki za pozdrowienia, szczególnie dla "Bliskich".

Spokojnej Nocy i niech "Rozbłyśnie świt na nami wszystkimi".


Podrawiam

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Piękny kawałek tak bliskiej mi sportowej historii...

... pozdrawia stary ełkaesiak!

Ł-H.

Witaj,
dzięki za wizytę i równie serdecznie pozdrawiam kibica szacownego klubu.

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Drużyna której kibicował nasz Papież

Za nią zmówił też pacierz
Kiedyś piłkarze to byli ludzie
Dzisiaj rzadkość , zapominają o trudzie
Sport też jest jakiś komercyjny
A sędzia niejeden bywa tendencyjny
Pozdrawiam

Jacek Mruk

Witaj Jacku,
dzięki za te strofy oddające sedno sprawy, w całym sporcie.

Serdecznie Pozdrawiam

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

1906 Vive la Cracovia

jeden z najstarszych klubow pilkarskich na Ziemi Polskiej.
Dziek za wpis, ciekawie sie czyta marynarskie/ nieboiskowe przygody Krakusow.
pozdr autora

Emir

Witaj,
Ty wiesz, ja wiem, ale trzeba prawdę głosić.

Pozdrawiam

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Do moich przyjaciół, blogerek i blogerów oraz gości

Tą drogą chciałem się pożegnać.

Nie wiem jeszcze, czy na zawsze, czy też na pewien czas.


Nie będą się tłumaczył, nie też cyrku robił.

Ot, życie.

Nie znaczy to jednak, że w Realu ( nie mylić z marketem ) się poddaję.

Bywajcie z Bogiem

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

@ Drogi JWP...

...sadness came over me, my dear Friend.
pozdrawiam,
Marek
ps.
A zresztą, Ty doskonale wiesz, że :
One of these days,
Things gonna change
One of these days....

jwp - dla Ciebie z pozdrowieniami :)


----------------------------------------------
*Reszta nie jest milczeniem, ale należy do mnie.*
*Ale miejcie nadzieję; bo nadzieja przejdzie z was do przyszłych pokoleń i ożywi je; ale jeśli w was umrze, to przyszłe pokolenia będą z ludzi martwych.*

Pwrócisz TU,zatęsknisz za Nami i tym miejscem :)

gość z drogi

JWP ,powrócisz TU ...:)))

same serdeczności :)

Gość z Drogi

Jak tylko słoneczko zaświeci...


Pozdrawiam Serdecznie

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Dzięki i słoneczko zaświeciło :)

gość z drogi

serdeczne pozdrowienia

Smok Goryncz

Dzięki Smoku

I dla Ciebie z pozdrowieniami


jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Maruś

Witaj Przyjacielu,
życie, to wybory, prawdziwe, a nie przy urnie.
Na dzisiaj jest...


Pozdrawiam Serdecznie

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

~JWP, mówi : życie, to wybory....

....tia... ale mimo to nie mogę wyjść z szoku, Why ?
OK!, jeśli musisz iść w te Senatory, to proszę... niech ONA
zostanie , no bo kto nas będzie sadzał na tej ławeczce :-)))
Wiesz "J", dla tej Twojej, Jedynej - do posłuchania.
- Niech Wie, jak bardzo jest lubiana :
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

If I can reach the stars,
Pull one down for you,
Shine it on my heart
So you could see the truth:
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Bardzo mocno Was pozdrawiam,
Marek

portret użytkownika Szary kot

JWP

Nie poddawaj się! I wracaj, gdy tylko się da...
Serdecznie pozdrawiam!
...............................................
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, aldd meg a Magyart Ps.33,5

Szary Kot

Witaj,
ależ ja się nie poddaję.

"Wycofuję się na z góry upatrzone pozycje".


Pozdrawiam nie mniej serdecznie

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

siadz na laweczce

"siądź na ławeczce pod lipa
a odpocznij sobie
nie dojdzie Cie tam słońce
przyrzekam ja tobie"

i ....Szklanice miodu do pary
pozdr

Emir

Witaj,
myślę, że należy mi się chwila spokoju i zadumy na ławeczce.
A szklanica miodu tym bardziej.

Pozdrawiam

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Wspomnienia starego pilkarza...

czytam - z glebokim wzruszeniem.
Ale przy okazji dunskie miasto to Aarhus - nie Aarchus (wym. Orhus). Rzeczywiscie - nowoczesne, piekne miasto!
A Jozku Slonecki z lwowskiej Pogoni... Odzyly dziecinne wspomnienia ze Lwowa - profesor Slonecki, biolog, starszy kolega, przyjaciel mego Tatka. Po wojnie - uczyl biologii w liceum Olawie. Mial dwoje dzieci - syna i corke. W 1939 "poszli" do Armii Podziemnej. Nigdy nie wrocili, choc rodzice czekali latami. To chyba rodzina owego Jozka...

katarzyna.tarnawska

Witam,
dziękuję za uwagę w sprawie literówki oraz za osobisty komentarz.

Pozdrawiam

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.