WOJCIECH ŹRÓDLAK KUSTOSZ "HISTORYCZNY" CZ. II

KA DZIECKA
Kraj

Kronika Miasta Łodzi – kwartalnik cz. II

Redaktor naczelny
Gustaw Romanowski
Łódź, ul. Piotrkowska 113 (prawa oficyna)
tel. +48 042 638-44-39
kronika@uml.lodz.pl

Wydawca
Urząd Miasta Łodzi
Szanowny Panie Redaktorze,

Również w 1944 roku śmiałej ucieczki dokonało dwóch chłopców, którzy zatrudnieni byli przy wycinaniu wikliny. Pracowali na plantacji przy ul. Zgierskiej w pobliżu cegielni w Radogoszczu. Ktoś jednak musiał udzielić im pomocy, ponieważ ubrani byli w ubrania obozowe, w których daleko uciec nie mogli. Wspominają o tym byli więźniowie i zatrudnieni tam Polacy.

Jan Sierpień: „Ucieczka była prawie zupełnie niemożliwa. Pamiętam jednak jak kilku chłopców zbiegło. Byli oni zatrudnieni przy wycinaniu wikliny”.

Teodor Wysocki podaje: „Byli to Kazimierz Wierzycki i Ignacy Rutkowski. Ucieczka powiodła się dzięki pomocy Teodora Wysockiego i jednego z Polaków, którzy przygotowali i ułatwili ucieczkę, a później mylili pogoń. Dalsze losy uciekinierów nie są znane. Nie zostali jednak ujęci, bo wróciliby z powrotem do obozu.

Zbiegł również jeden z więźniów zatrudniony w gmachu policji kryminalnej przy ul. Kilińskiego 152, gdzie nosił piasek do zabezpieczenia przeciwpożarowego. W ciągu całego okresu funkcjonowania obozu tylko jeden wypadek ucieczki miał miejsce z terenu obozu, pozostałe z poza obozu.

Wspomina o tym m.in. Marian Miśkiewicz: „Kiedyś przywieziono chłopca około 16 - letniego ze Stutthofu. Pochodził z Gdańska. Był najpierw w areszcie obozowym, a po zwolnieniu z aresztu został skierowany do pracy w warsztacie szewskim. Pracował tylko jeden dzień. Pamiętam, że przymierzał jedną parę butów, które położył na boku. Nie przywiązywałem wówczas do tego żadnej wagi, ale na drugi dzień dowiedziałem się, że chłopiec zbiegł, znikły też buty.

Mimo obławy policji żydowskiej chłopca nie ujęto. Była to jedyna ucieczka z obozu, jaką pamiętam. Żydowska policja razem niemieckim komando i SS przetrząsnęła wszystkie zakamarki obozu, getta i cmentarza żydowskiego. Chłopca nie znaleziono. Również w filii obozu w Dzierżązni miały miejsce udane ucieczki.

Zapoczątkowała je Maria Delebis z Łodzi, która 17 kwietnia 1944 roku dokonała śmiałej ucieczki. Następną która zbiegła 28 czerwca 1944 roku była Halina Szturma z Łodzi. Prowadzono poszukiwania, ale nie zostały ujęte. To dodawało odwagi innym. 9 lipca 1944 roku zbiegło jednocześnie pięć dziewczynek: Jadwiga Ciach, Leokadia Kaczmarek, Lucyna Lisik, Zofia Jencz i Eugenia Szmidt.

Jedna pochodziła z Warszawy, pozostałe z Poznania. Później zbiegły jeszcze dwie dziewczynki, których nazwisk nie ustalono. Ostatnia ucieczka miała miejsce na folwarku w Dzierżązni 4 września 1944 roku. Zbiegła wówczas Leokadia Dziedzic. Prowadzono intensywne poszukiwania przez SS i policję żydowską, ogłoszono alarm w całej okolicy. Zawiadomiono policję łódzką i żandarmerię, a także wojsko, ale obława nie dała rezultatu.

Fuge i załoga niemiecka pienili się ze złości. Podejrzewano, że ucieczki miały miejsce nie bez pomocy zatrudnionych tam Polaków. Fuge zagroził, że jeżeli powtórzy się jeszcze jakakolwiek próba ucieczki, Polka Halina Biederman zostanie zesłana do obozu koncentracyjnego. To, a może szybko zbliżający się front i nadzieja na bliskie już wyzwolenie powstrzymywały dalsze ucieczki.
Również Jan Krakowski podaje w nadesłanych wspomnieniach, że w roku 1944 zbiegł z obozu. Wykorzystał wyjazd do łaźni i odwszalni w mieście, tam się ukrył w kotle i zbiegł. Przy pomocy kolejarza polskiego dostał się do Warszawy, gdzie ukrywał się do wyzwolenia. Ucieczki z filii obozu w Dzierżązni zostały odnotowane w kartotekach obozowych dziewczynek.

Kazimierz Bernaś: „Wydostałem się z obozu, ale nie wiedziałem, że oprócz ogrodzenia obozu jest również strzeżone ogrodzenie getta. W dzień nie mogłem się wydostać, więc postanowiłem czekać do wieczora. Ukryłem się na cmentarzu żydowskim w grobowcu. Na wieczornym apelu zorientowali się, że mnie nie ma i zaczęli mnie szukać. Kiedy mnie znaleźli, myślałem, że to już ze mną koniec. Bili mnie do nieprzytomności, zanieśli na wartownię, gdzie polewali mnie wodą i znowu bili. Związali mi ręce sznurkiem i wrzucili do karceru. Od sznura puchły mi ręce.
Szóstego dnia przynieśli i wrzucili do mnie do celi chłopca. Zacząłem do niego mówić, ale on się nie odzywał. Pomyślałem, że jest nieprzytomny i też się nie odzywałem. Rano okazało się, że on nie żyje.
Został zastrzelony podczas próby ucieczki i miał wyrwaną pierś. Miał może z 9 lat. Po wyjściu z aresztu dostałem się na blok karny i tam przebywałem do końca. Na apelu prowadzili mnie przed frontem wszystkich, a oni musieli na mnie pluć”.

Ludwik Szymański: „Przystawiłem drabinę do muru i już byłem na drugiej stronie. Nie wiedziałem jednak gdzie iść. Złapał mnie policjant żydowski, dostałem od niego kilkakrotnie pałką w łeb, potem zawlókł mnie na komisariat policji. Miałem ostrzyżone włosy i domyślił się skąd jestem. Po biciu zaprowadzono mnie do aresztu, gdzie siedziałem dwa tygodnie o chlebie i wodzie. Później dostałem się na blok karny i tam siedziałem aż do końca”.

Stanisław Stępniak: „W obozie miało miejsce wiele prób ucieczek. Dwie z nich zapamiętałem najbardziej. Pewnego dnia (daty nie pamiętam) miała miejsce ucieczka dwóch więźniów. Urządzono nam wówczas całonocny apel. Na drugi dzień więźniów przyprowadzili policjanci żydowscy, którzy ujęli ich gdzieś w getcie. Policjanci dostali w nagrodę po bochenku chleba obozowego. Uciekinierów najpierw pałkami bili policjanci żydowscy na wartowni, później esesman August przywiązał ich drutem kolczastym do owocowego drzewa na placu w pobliżu bloku karnego, baraków i wartowni.

Twarzami byli zwróceni do siebie, stali w pozycji na baczność i razem okręceni byli drutem kolczastym od stóp aż po głowę. Podczas tej ceremonii esesmani bili ich kijami i batami. Później urządzono apel pobliskich bloków, a może całego obozu i na oczach wszystkich bili ich kijami i batami esesmani i czterej polscy „wychowawcy”, których nazwisk nie pamiętam.

Jednego z nich rozpoznaję na przedstawionym zdjęciu, jest to ten z wąsikiem w butach z cholewami stojący na tle muru obozu dziewczęcego ( rozpoznanym jest Józef Borkowski). Zdjęcie w posiadaniu Józefa Witkowskiego. Co się stało z tymi więźniami nic mi nie wiadomo, bo nam urządzono karne ćwiczenia, a ich chyba zabrano. Pamiętam, że nie dawali znaku życia, zwisali z opuszczonymi głowami, byli zakrwawieni od drutu kolczastego i bicia. Pamiętam gdy jeden z esesmanów powiedział „kaputt”, machnął ręką, splunął i odszedł”.

Jerzy Grenda: „Potem był jeszcze wstrząsający apel, musieliśmy oglądać zastrzelonego chłopca, był to przykład, że i nas to czeka na wypadek próby ucieczki”.

Bohdan Kończak: „Pamiętam jak jeden z więźniów próbował ucieczki, jednak nie udało mu się i został zastrzelony przez wachmana. Chłopca tego wozili później na taczkach przed frontem całego obozu”.

Emilia Kaminska - Mocek: „Raz chłopcy wykopali dół pod płotem i chcieli uciec. Policjanci żydowscy złapali ich i przyprowadzili do obozu. Dostali w nagrodę bochenek chleba, a chłopcy po 25 batów. Biciu musieliśmy się przyglądać wszyscy”.
Zbyszek Lewandowski: „Trzech kolegów próbujących ucieczki zostało zastrzelonych przez wachmanów. Jeden został zastrzelony obok łaźni w obozie dziewczęcym, drugi w rogu niedaleko wartowni, trzeci na murze między obozem, a cmentarzem żydowskim, ten ostatni został na drutach”.

Jan Krakowski: „Nadszedł dzień planowanej ucieczki. Był to ciepły kwietniowy wieczór w 1944 roku. Gdy miałem już wejść do getta, usłyszałem histeryczny krzyk dziewczynki, która wołała swoja mamę. Wachman zaświecił reflektor i uchwycił mnie w snop światła. Przybiegło trzech wachmanów i zabrali mnie na wartownię. Esesman wsadził mi palec w otwór marmurowego kałamarza i tak długo kręcił, aż mi złamał palec. Na spodniach namalowano mi lampasy, znak, że jestem z karnego bloku. Esesman zawołał mnie, wyjął pistolet i uderzył mnie rozcinając mi brodę i wybijając dwa zęby ( do dzisiaj noszę protezę).

Wśród odnalezionych 77 zgłoszeń zgonów dzieci zastrzelonych przy próbach ucieczek, tylko w wypadku Edmunda Agacińskiego podano, że zmarł 15 lipca 1944 roku na skutek strzału w krtań w czasie ucieczki.

Ta kolaboracja części Żydów z Niemcami była tym bardziej szokująca i wstydliwa ze względu na społeczny charakter jej uczestników. W przeciwieństwie bowiem do Polaków, wśród których z Niemcami godzili się na ogół kolaborować głównie ludzie z marginesu społecznego, męty, wśród Żydów na kolaborację poszła duża część elit z tzw. Judenratów (rad żydowskich).
Z ostrym potępieniem tej kolaboracji wystąpiła najsłynniejsza żydowska myślicielka XX wieku Hannah Arendt w książce "Eichmann w Jerozolimie" (Kraków 1987).
Napisała tam m.in. (s. 151):

"Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej historii…

…uległość Judenratów wobec nazistów oznaczała skrajną kompromitację żydowskich elit w państwach okupowanych przez III Rzeszę”.

Arend stwierdziła wprost:
"O ile jednak członkowie rządów typu quislingowskiego pochodzili zazwyczaj z partii opozycyjnych, członkami rad żydowskich byli z reguły cieszący się uznaniem miejscowi przywódcy żydowscy, którym niemieccy naziści nadawali ogromną władzę do chwili, gdy ich także deportowano" (tamże, s. 151).
Arendt pisała, że bez pomocy Judenratów w zarejestrowaniu Żydów, zebraniu ich w gettach, a potem pomocy w skierowaniu do obozów zagłady zginęłoby dużo mniej Żydów. Niemcy mieliby bowiem dużo więcej kłopotów ze spisaniem i wyszukaniem Żydów.
W różnych krajach okupowanej Europy powtarzał się ten sam perfidny schemat:
„Funkcjonariusze żydowscy sporządzali wykazy imienne wraz z informacjami o majątku Żydów, zapewniali Niemcom pomoc w chwytaniu Żydów i ładowaniu ich do pociągów, które wiozły ich do niemieckich obozów zagłady”.

Także w Polsce doszło do potwornego skompromitowania dużej części żydowskich elit poprzez ich uczestnictwo w Judenratach i posłuszne wykonywanie niemieckich rozkazów godzących w ich współrodaków.
O tym wszystkim Jan Tomasz Gross milczy w swoich książkach pełnych tak wielu oszczerczych tyrad oskarżycielskich przeciwko Polakom ( „Sąsiedzi”, „Strach”. „Złote żniwa”).

Milczy o tej zbrodniczej kolaboracji również Żydowski Instytut Historyczny, ze swoim dyrektorem Pawłem Śpiewakiem i innymi pracownikami naukowymi tej placówki – Aliną Całą - oskarżających Polaków o dokonanie mordów na 3 milionach Żydów, państwowa placówka naukowa finansowana przez polskich podatników, podległa Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego Należy więc odświeżyć pamięć o sprawach kolaboracji z Gestapo przez Judenraty i żydowską policję, od lat tak gorliwie przemilczanej - wbrew prawdzie historycznej - przez różne wpływowe dziś w Polsce media i wydawnictwa.

Żydowski autor Baruch Milch tak pisał w przejmującej relacji o losach Żydów na byłych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i tarnopolskie):
"W każdym razie Judenrat stał się narzędziem w rękach Gestapo do niszczenia Żydów, a jak sami członkowie później się wyrażali, są „Gestapo na żydowskiej ulicy”.

Powołano Ordnungsdienst (służbę porządkową) jako organ wykonawczy składający się z najgorszych elementów (...).
W gruncie rzeczy Judenrat zaczął prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni, by tymi pieniędzmi przekupić władze i Gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu swoich i najbliższej rodziny.

„Nie znam ani jednego wypadku, żeby Judenrat bezinteresownie pomógł któremuś Żydowi (...). Do wykonania swoich niecnych czynów, jak ściąganie ogromnych podatków i nałożonych kontrybucji, łapania do łagrów i napadów na domy żydowskie, Judenraty używały swojej Ordnungsdienst, której dawali procent z łupu, a ci ludzie w liczbie dziesięciu-piętnastu napadali na ludzi, bijąc w okrutny sposób, niszcząc i rabując, cokolwiek się dało, i to ze straszną bezwzględnością". (Por. Baruch Milch: „Testament", Warszawa 2001, s. 106-107).

Pytanie, dlaczego Jan Tomasz Gross nawet jednym zdaniem nie wspomniał w swej przeznaczonej dla
Amerykanów ponad 300-stronicowej książce o rabunkach na Żydach dokonywanych przez żydowską
policję na zlecenie Judenratu? Czyż to kolejne przemilczenie nie jest jaskrawym dowodem braku u Grossa nawet cienia elementarnej uczciwości ?

W tejże książce Milcha czytamy na s. 126-127:

"(...) Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (...)”.

Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (...).

Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (...)".
Szczególnie haniebną rolę w wysyłaniu własnych żydowskich rodaków na śmierć odegrał Chaim Rumkowski, prezes Rady Żydowskiej w Łodzi, „król" getta łódzkiego na usługach Niemców.
Był on absolutnym władcą getta, w którym kursowały specjalne pieniądze „chaimki" i „rumki" oraz znaczki pocztowe z jego podobizną.

Rumkowski urządził sobie harem w jednej willi i wciąż sprowadzał nowe piękne kobiety. W zamian za przyzwolenie Niemców na jego tyranię nad mieszkańcami getta gorliwie wykonywał wszystkie niemieckie rozkazy i wyekspediował olbrzymią większość swych żydowskich umęczonych poddanych do obozów zagłady.

W końcu jednak i jego Niemcy wysłali do Oświęcimia. Podobno natychmiast padł ofiarą swych żydowskich współwięźniów, którzy nie zwlekając ani chwili, natychmiast po przywiezieniu go do obozu spalili go żywcem w obozowym piecu (Por. E. Reicher: „W ostrym świetle dnia. Dziennik żydowskiego lekarza 1939-1945", oprac. R. Jabłońska, Londyn 1989, s. 29).

Najsłynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum (dzisiejszy patron Żydowskiego Instytutu Historycznego) tak pisał: „Żydowscy policjanci byli okrutniejsi od Niemców.
Dzieci wydawały na śmierć rodziców, rodzice dzieci”.

Nader bezwzględne świadectwo na temat poczynań żydowskiej policji w Warszawie dostarczył Baruch Goldstein, przed wojną współorganizator bojówek Bundu. Wspominając lata wojny, Goldstein pisał bez ogródek: "Z poczuciem bólu i wstrętu wspominam żydowską policję, tę hańbę dla pół miliona nieszczęśliwych Żydów w warszawskim getcie (...)”.

Żydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i żandarmów, spadała na getto jak banda dzikich zwierząt. Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał siedem osób, by je poświęcić na ołtarzu eksterminacji.

Przyprowadzał ze sobą kogokolwiek mógł schwytać - przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą" (Por. B. Goldstein: „The Star Bear Witness", New York 1949, s. 66, 106, 129).

Klara Mirska, Żydówka, która opuściła Polskę w 1968 roku, nie miała w swych wspomnieniach dość złych słów dla odmalowania niegodziwości niektórych przedstawicieli środowisk żydowskich w czasie wojny. Opisała następującą historię:

"Syn przewodniczącego Judenratu jednego z gett został skazany przez Niemców na śmierć. Przyprowadził go na egzekucję jego ojciec. On miał go powiesić w ciągu kilku minut. Gdyby tego nie uczynił, miał sam zostać powieszony. Taki niesamowity żart wymyślili Niemcy. Ojciec, któremu chęć pozostania przy życiu przysłoniła wszelkie uczucia miłości rodzicielskiej, zaczął poganiać syna.
Czynił to na oczach rozbawionych Niemców i stojących w milczeniu przy tej scenie Żydów:
„No, prędko rozbieraj buty! No, pośpiesz się, i tak ci nic nie pomoże" (Wg K. Mirska: „W cieniu wielkiego strachu", Paryż 1980, s. 447).

W sierpniu 1942 r. żydowski policjant Calel Perechodnik w getcie w Otwocku wyciągnął z bezpiecznej kryjówki swoją żonę i córeczkę i odprowadził je do transportu śmierci. (Calek Perechodnik „Spowiedź” wyd. Karta Warszawa 2004).

I wydanie książki „Calek Perechodnik” zostało sfałszowane przez Żydowski Instytut Historyczny. Fałszerstwo odkrył prof. David Engel mieszkający w USA, badacz stosunków polsko-żydowskich- (czasopismo „Polin” nr 12, 1999 r. ) oraz wstęp wydawcy „Calek Perechodnik” Spowiedź (wydawca Ośrodek Karta Warszawa 2004).

Dlaczego o takich przypadkach zezwierzęcenia niektórych Żydów i fałszerstwach publicystycznych nie informuje Amerykanów Jan Tomasz Gross , tak gorliwie rozpisujący się na temat sadyzmu Polaków?

Dokumenty, źródła, cytaty:

http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=c... HOŁD ABP JĘDZREJEWSKIEGO

https://www.google.pl/search?hl=pl&source=hp&biw... pomnik w tym szkoła nr 81 w łodzi ul. Emilii Plater 28/32

http://wiadomosci.onet.pl/lodz/obchody-70-roczni...

http://www.solidarni2010-krakow.pl/

http://forumdlazycia.wordpress.com/2013/06/05/mo...
http://wpolityce.pl/wydarzenia/55003-samotny-hol...
http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=c...
http://blogopinia24.pl/polityka/810-ryszard-boci...
http://blogopinia24.pl/polityka/811-mord-polskic...
http://www.krakowniezalezny.pl/niemiecki-mord-po...
http://solidarni2010.pl/14083-dzien-dziecka-niei...
http://mikro-makro.neon24.pl/post/95046,aleksand... „Getto łódzkie”,
-„ Martyrologia dzieci polskich w systemie hitlerowskim”,
- „Hitlerowska eksterminacja dzieci polskich”,

- „W obozie łódzkim na Przemysłowej”,

- „Dzieci Polskie w systemie hitlerowskim”,

- „Więźniowie obozu łódzkiego”,

- Józef Witkowski – Piotr Michalczewski „Martyrologia Dzieci Polskich w systemie hitlerowskim 1939 – 1945 r ”.

Polski Związek Byłych Więźniów Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych O/Kraków J.R. oraz K. K. byli więźniowie obozu łódzkiego. JR to Józef Rosołowski przewodniczący Związku,

K.K. to Karol Kowalski, były więzień obozu dla polskich dzieci w sercu łódzkiego getta, członek powyżej podanego związku.

(Dokumentacja w moim posiadaniu)

10
Średnio: 10 (1 głos)