Niepodległość

portret użytkownika Andrzej Wilczkowski
Marszałek Piłsudski
Kraj

Święto Niepodległości

 

 

Stefan Żeromski tak opowiadał o swojej wizycie w Zakopanem w 1909 roku u Józefa Piłsudskiego: Zastałem go siedzącego przy stole, stawiającego pasjansa. Siedział w kalesonach, bo jedyną parę spodni, jaką posiadał, oddał właśnie krawcowi do zacerowania dziur. – Założyłem sobie, – powiedział gospodarz – że jeśli mi ten pasjans wyjdzie, to będę dyktatorem Polski.

 

Wyznanie to podobno wstrząsnęło pisarzem, któremu się po prostu nie mieścił w głowie sen o dyktaturze w tej ruderze i w sytuacji bez portek.

Otóż, Żeromski prawdopodobnie nie wiedział wówczas, że Piłsudski kilka miesięcy wcześniej dowodził akcją pod Bezdanami (na wileńszczyźnie), w której bojowcy PPS zdobyli powyżej 200.000 rubli wywożonych z kongresówki do Petersburga.

Była to suma zawrotna – ale na spodnie dla ówczesnego przywódcy Związku Walki Czynnej – nie wystarczyło.

 

Cofnijmy się teraz o 201 lat wstecz od chwili, kiedy uwolniony z więzienia w Magdeburgu Piłsudski pojawił się w Warszawie tj. od dnia 10 listopada 1918 roku. Otóż w październiku 1717 król polski August II mocny wysyła do Petersburga posła z żądaniem wycofania wojsk rosyjskich z Polski. Żądanie okazało się bezskuteczne.

 

To straszne, jeśli się weźmie pod uwagę, że jeszcze 34 lata wcześniej do króla polskiego przybyło poselstwo austriackie z błaganiem – żeby ratował Wiedeń – i on to zrobił. Ale początek XVIII wieku to już była czarna noc niedoli zakończona rozbiorami.

 

Właściwie dopiero w latach 70. XVIIIw. znajdować się zaczyna dostateczna liczba Polaków, którzy zaczynają myśleć kategoriami dobra Ojczyzny. Ale jest już za późno. Jest bowiem również dostateczna liczba rodaków o znacznie większych wpływach, za to całkowicie zdeprawowanych i skorumpowanych przez sąsiadujące mocarstwa.

I tak z dużą regularnością – co około 15 lat ponawiane są próby odzyskania niepodległości.

Po powstaniu styczniowym w 1864 naród szlachecki nie jest już w stanie nic zrobić w tej sprawie. Nie potrafi już siebie wygenerować odpowiednich sił w najszerszym tego słowa znaczeniu, które mogłyby skutecznie przeciwstawić się zniewoleniu.

 

Niedobitki myślących kategoriami niepodległości szlachciców szukać zaczynają bazy w innych warstwach społecznych.

 

W rewolucji 1905 roku to właśnie te niedobitki stają na czele rewolucji społecznej.

Spójrzmy na nazwiska ludzi z panteonu tych wydarzeń. Józef Piłsudski, Witold Jodko-Narkiewicz, Tomasz Arciszewski, Walery Sławek, Józef Montwiłł-Mirecki, i jego nauczyciel – baron Kazimierz Kelles-Krauz.

Oczywiście zaraz za nimi albo i wśród tych pierwszych pojawiają się nazwiska ludzi z innych warstw społecznych – ale najważniejsi pośród tych, którzy idee solidaryzmu społecznego łączą z ideą niepodległości to przede wszystkim ogniwa łańcucha pokoleń dawnych irredentystów.

 

Przez cztery lata trwa rewolucyjne wrzenie, strajki, bitwy z policją, zamachy na urzędników rosyjskich…

Wiele akcji które podejmują nie przystoi ludziom ich stanu. Są to napady mające na celu zdobycie pieniędzy na prowadzenie walki. Wprawdzie tłumaczy ich to, że niejako „odkradają” pieniądze zrabowane przez zaborcę w Priwislańskim Kraju, i że nie biorą nic dla siebie, ale na wszelki wypadek nadają tym działaniom bezpieczną nazwę „akcji ekspropriacyjnych” Ekspropriacja – jak nas informuje słownik to przymusowe wywłaszczenie – no więc wywłaszczali władze carskie intensywnie. Rekordzistą był Montwiłł-Mirecki, który przeprowadził ok. 160 napadów zanim został aresztowany i skazany na śmierć. Wyrok wykonano dn. 9 października 1008 roku.

 

Powoli wrzenie rewolucyjne wygasa. Piłsudski niemal w sposób płynny zmienia taktykę. Zaczyna tworzyć wojsko.

W zaborze austriackim powstaje ZWC a potem zaczynają się mnożyć organizacje paramilitarne.

W momencie wybuchu I wojny światowej następuje mobilizacja i w dniu 6 sierpnia 1914 roku pierwsza kompania kadrowa przekracza granice zaboru rosyjskiego aby walczyć z Rosją. Tak powstały Legiony, które w sile trzech brygad walczyły po stronie państw centralnych aż do lipca 1917 roku. Wtedy to Niemcy, którzy przejęli zwierzchnictwo nad Legionami od Austriaków zażądali przysięgi. Piłsudski zalecił – żeby przysięgi nie składano. Legiony zostały rozwiązane, a Komendant osadzony w Magdeburgu.

I właśnie z Magdeburga wrócił 10 listopada 1918.

 

Sytuacja europejska była bardzo korzystna. Monarchia Austrowęgierska się rozpadała, Rosja pilnie zajęta swoją własną rewolucją – była nią niemal całkowicie obezwładniona, Niemcy – w stanie rewolucyjnego wrzenia i u progu kapitulacji wobec państw zachodnich. Nie zmieniało to sytuacji, że armia niemiecka zajmowała większość terytorium dawnego Państwa Polskiego i ogromne połaci Rosji. Armia ta musiała się w akcji ewakuacyjnej przetoczyć przez Polskę.

W kraju – a raczej w trzech zaborach już od kilku tygodni trwają zaawansowane próby odzyskania niepodległości albo uzyskania co najmniej autonomii. No i oczywiście kłótnie – kto zwycięży – lewica, czy prawica. Aresztowano się między sobą i wzajemnie odbierano sobie władzę której nikt nie miał.

 

Taką sytuację zastał Piłsudski kiedy wysiadł z pociągu w Warszawie.

 

Jak udało mu się skupić władzę w swoim ręku? Jak doprowadził do tego, że prawica i lewica –nieprzejednane zresztą – zechciały w ogóle ze sobą rozmawiać, jak scalił przez niecały rok te trzy narody polskie, które powstały przez 123 lata niewoli – na tyle – że wobec nadciągającej pożogi sowieckiej stanęły murem w obronie ojczyzny? Bóg świadkiem – nie wiadomo.

 

Dopiero z odległej perspektywy widać, że gdyby nie ten pośpiech, ta błyskawiczna sekwencja działań, to Polska rozdarta między lewicę i prawicę, rozkawałkowana ciągle na trzy zabory uległaby sowieckiej przemocy, zarówno orężnej jak i agitacyjnej.

 

Nie widzę w tym czasie ani jednej postaci, na którą zgodzili by się – jedni z entuzjazmem, inni z niechęcią – kłótliwi i podzieleni moi rodacy.

 

Sam Piłsudski w przemówieniu na przyjęciu w Bristolu w pięć lat później tak o tym mówi:

 

W listopadzie 1918 roku stał się wypadek bynajmniej nie historyczny, ale taki sobie zwykły. Mianowicie – z dworca wiedeńskiego, jak to się zawsze ze wszystkimi teraz dzieje, przeszedł przez ulicę Marszałkowską itd. na ulicę Moniuszki człowiek, którego będziemy nazywali Józefem Piłsudskim. Szedł w tym mundurze, w jakim mnie obecnie panowie widzicie. /-/

Historia zaczyna się później. /-/ Stała się rzecz niesłychana. Mianowicie w przeciągu kilku dni, bez żadnych z tego ze strony tego człowieka starań, beż żadnego z jego strony gwałtu, bez żadnego podkupu, bez żadnych koncesji, /-/ stał się fakt najzupełniej niezwykły Człowiek ten stał się dyktatorem.

Za jedną rzecz ten człowiek był witany, za jedną rzecz mógł on mieć prawo do zajęcia tego stanowiska, za to, że nosił ten mundur, za to, że był Komendantem I Brygady. Jedyną wartością, jaką ludzie wówczas mieli, jedyną moralną siłą, która ludzi do posłuszeństwa zmuszała, jedyną moralną siłą, która miliony ludzi w ręce mu oddawała był fakt, że był Komendantem I Brygady i wracał z Magdeburga.

 

 

Za każdym wielkim człowiekiem wlecze się cień legendy. Nie jest to zależne od tego czy on sam o to dba, czy nie. Każdy jego czyn, każde wypowiedziane zdanie są zaopatrzone w komentarz, przeniesione z ust do ust przekręcone lub niedopowiedziane. W zależności od tego kto podchwycił temat powstaje czarna lub złota legenda.

 

Złotą legendę Marszałka Piłsudskiego można zawrzeć w zasadzie w jednym zdaniu: Wszystko zawdzięczamy Marszałkowi Piłsudskiemu. Gdyby nie on - nie byłoby Polski. I ta legenda bardzo bliska jest prawdy obiektywnej.

 

Z czarną legendą jest już gorzej. Jest ona wielowątkowa, jej elementy są często wzajemnie sprzeczne. Zaczyna się ona od szkalowania rodziców. Ojciec był nienormalny - bowiem wziął sobie kulawą za żonę, a jaki normalny człowiek żeni się z kulawą.

Sam Józef Piłsudski miał być szpiegiem austriackim, japońskim, a w czasie wojny 1920 roku na dodatek sowieckim. O zachodnie dzielnice Polski w ogóle nie dbał, natomiast nienawiść do wszystkiego co rosyjskie kierowała jego działania jedynie w tamtą stronę.

Jako dyletant w sprawach wojskowych nie mógł wygrać bitwy warszawskiej i z całą pewnością zrobił to za niego ktoś inny. Potem wycofał się do Sulejówka i jak pająk żądny władzy czyhał tylko na moment, w którym powróci zostanie dyktatorem. Koniunktura gospodarcza po 1926 nie miała żadnego związku z jego powrotem do kierownictwa państwowego, za to w pełni odpowiada za kryzys, jaki nastąpił po 1929 roku. O unowocześnienie armii nie dbał, bowiem nie rozumiał takiej konieczności i dopiero po jego śmierci udało się coś niecoś zdziałać.

Chyba dosyć pomyj jak na głowę jednego człowieka.

 

Nie rozprawię się w tym krótkim szkicu ze wszystkimi elementami obu legend. Spróbujmy tylko na trzech przykładach zająć się teraz tymi elementami legendy, które powstawały już po śmierci Komendanta, a więc takimi, na które on sam już żadnego wpływu mieć nie mógł.

Uroczystościom pogrzebowym Marszałka Piłsudskiego towarzyszyła gwałtowna burza i naoczni świadkowie twierdzą, że było w tym coś tak złowieszczego, iż w sercach Polaków zagnieździł się lęk o dalsze losy Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dziś wiemy na ile ten lęk był uzasadniony.

Pójdźmy jeszcze kawałek dalej - do roku 1940. Wbrew tezie rządu emigracyjnego – że odpowiedzialność za klęskę wrześniową ponosi Piłsudski, bowiem nie przygotował armii do odparcia najazdu – byli jednak ludzie, którzy organizowali obchody jego imienin w warunkach znacznie cięższych niż komfort hotelu Lambert. Opowiem jedynie o dwóch takich uroczystościach.

Pierwszą z nich zorganizowali więźniowie Kozielska - oficerowie zawodowi i intelektualiści, którzy włożyli mundury, aby spełnić swoją powinność wobec ojczyzny, a w tym momencie znajdowali się na samym dnie niewoli.

Drugą major Hubal-Dobrzański władca ostatniego skrawka niepodległej ojczyzny.

Pierwszą tak oto opisuje profesor Świaniewicz - jeden z nielicznych uratowanych z kaźni Katyńskiej.

"Dziennik mówiony stał się niemal instytucją obozową. Był odczytywany donośnym głosem z jakiś zakamarków ogromnych chórów cerkiewnych, tak, że policja obozowa nie miała łatwego zadania gdy chodziło o uchwycenie redaktorów. Głównymi redaktorami dziennika byli: ppor. Leonard Korowajczyk oraz por. Janusz Libicki docent ekonomii na Uniwersytecie Poznańskim.

W dniu 19 marca 1940 roku dziennik przeistoczył się w obchód poświęcony pamięci Marszałka Piłsudskiego. Była to jedna z najbardziej wzruszających uroczystości, w których w życiu brałem udział."

W tym czasie oddział majora Hubala był już po częściowej demobilizacji dokonanej w dn. 13 marca przez płk. Okulickiego, a z nastaniem wiosny można się było w każdej chwili spodziewać obławy niemieckiej.

W dzienniku rozkazów oddziału adiutant majora - Ossowski zapisał pod datą 18 marca rozkaz dzienny:

"W dn. 19 marca (tu słowo nieczytelne) Wielkiego Wodza Marszałka Piłsudskiego. Zarządzam uroczyste nabożeństwo o godz. 9.oo. Zbiórka wszystkich wolnych od służby o godz. 8.55 w Hucisku. Dzień jutrzejszy wolny od zajęć. Przy okazji przeżywania wspólnie jako ostatni oddział wojskowy Rzeczpospolitej Polskiej tej uroczystości składam życzenia mojej drogiej garstce by duch tego Wielkiego Polaka był zawsze z nami i w każdej okazji i opresji przypominał nam, Ze jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy"

To było w dniu imienin Marszałka. W piątą rocznicę śmierci ludzie ci nie mogli już zorganizować żadnej uroczystości. Oficerowie z Kozielska leżeli w katyńskim lesie zabici kulami w tył głowy. Major Hubal zaś w nieznanej do dziś mogile zabity strzałami w piersi.

Kim był człowiek, o którym pamiętano w obliczu takich zagrożeń.

Wsłuchajmy się dobrze w dwa teksty Brunona Szulca pisane w 1935 i 36 roku, a więc po śmierci Marszałka i w rocznicę.

A oto pierwszy:

"Piłsudski wyszedł z podziemi historii, z grobów z przeszłości. Był ciężki marzeniami wieszczów, mglisty rojeniami poetów. Ciągnął za sobą przeszłość jak płaszcz ogromny na całą Polskę...

Umierając, odchodząc w wieczność marzy ta twarz wspomnieniami, wędruje przez szereg twarzy coraz bledsza, przestronniejsza i promienniejsza, aż w końcu z nawarstwień tych twarzy układa się i zastyga w maskę ostateczną - oblicze Polski - już na zawsze."

W rok później genialny pisarz odzywa się znowu. W innym czasopiśmie. Nie wygląda na to, aby tekst był na zamówienie. Zresztą takich tekstów nie pisze się na zamówienie.

"Czyn nie był ostateczną rzeczą. Z niechęcią ciężką i nieskorą ręką wypuszczał je spod płaszcza, gdy już inaczej nie można było: czyny egzemplaryczne. Siła moralna, która trwała za czynem była dlań ważniejsza. Ciułał ją w narodzie. Gruntował kapitał żelaznej mocy. Naprzód w sobie. Od tego rósł w oczach wszystkich, brał w siebie wielkość. Lokował ją w sobie, jako najważniejszym miejscu. Budował posąg. W końcu gdy dopełnił swej wielkości odszedł pewnego dnia niepostrzeżenie, bez słowa, jakby to nie było ważne, zostawiając ją zamiast siebie: wielkość noszącą na zawsze jego rysy."

W zasadzie tekst ten należałoby przeczytać kilka razy bo po pierwszej lekturze pozostają jedynie ciarki chodzące po grzbiecie.

W tym tekście każde słowo jest ważne, ale podkreślić należy to zdanie o ciułaniu w narodzie siły moralnej, o gruntowaniu kapitału żelaznej mocy.

Tak, Piłsudski, kiedy tylko mógł rozdmuchiwał w narodzie jego podmiotowość, jak żar spod popiołu. Czyniąc to grał często przeciwko sobie, samemu tworząc elementy czarnej legendy. Wygląda, jakby robił wszystko, aby utrudnić życie swoim apologetom.

 

A oto wymowny przykład.

W latach pięćdziesiątych zelektryzowała historyków rewelacja opublikowana w Stanach Zjednoczonych w czasopiśmie Nowyj Żurnał przez rosyjskiego emigranta Wiktora Czernowa.

Napisał on mianowicie, że na odczycie Piłsudskiego, który odbył się w Paryżu w lutym 1914 roku usłyszał z ust prelegenta, że będzie wojna i że zwycięstwo pójdzie ze wschodu na zachód: tzn., że najpierw państwa centralne pobiją Rosję, a potem same zostaną pobite przez państwa Zachodnie.

Już historycy komunistyczni i endeccy zasiedli zgodnie, aby jakoś podważyć ten dokument dający świadectwo politycznego wizjonerstwa Piłsudskiego i włożyli w tę pracę zaiste wiele wysiłku, kiedy okazało się to zupełnie zbędne.

Wystarczyło sięgnąć do pism zebranych J. Piłsudskiego. W wywiadzie udzielonym ppłk Laudańskiemu w 1924 roku Marszałek stwierdza: "powtarzałem nieraz, lecz jako dowcip, że Rosja najpierw zostanie pobita przez państwa centralne, następnie zaś one same zostaną zwyciężone przez "Ententę"

Bagatela, ładny dowcip - kiedy właśnie tak się stało i jak łatwo zauważyć cała polityka komendanta I Brygady szła tym tropem jak po sznurku.

 

Tak proszę Państwa! Ten pasjans - o którym wspomina Żeromski - układany w 1909 roku w zakopiańskiej chałupie w samych kalesonach musiał widocznie wyjść. Chociaż pisarz o tym nie wspomina.

Andrzej Wilczkowski

10
Średnio: 10 (7 votes)

Andrzej Wilczkowski

Był to bez wątpienia jeden z największych Polaków, któremu wiele zawdzięczamy.
Gdybyż tak teraz taki się znalazł.

Pozdrawiam

Andrzeju

skopiuję sobię ten tekst, dobrze?
Bo tak to może zniknąć, a tak zawsze bębę go mieć w sowich dokumentach.

Dzięki.:D

Pozdrawiam serdecznie.
" Upupa Epops ".

portret użytkownika Andrzej Wilczkowski

Do Iwonki

Iwonko kopiuj co chcesz. To przecież dla piszącego największa radość, kiedy ludzie chcą go mieć.
Serdeczności AW

Andrzej

dzięki, wolałam się zapytać.
Ja to kiedyś synowi dam do przeczytania.

Pozdrawiam serdecznie.:D

Ps. W tamtym komencie, są literówki, bo coś mi chbya klawiatura szwankowała.

" Upupa Epops ".

Uchwycony Duch Czasow

Dzieki za wprowadzenie w Ducha Czasow. Jakbym tam byl. Dysproporcja, a wlasciwie przepasc, pomiedzy kalesonami a dyktatura - jak stad do morza. Pozwoli Pan, ze to kiedys uzyje. A, ze pamiec mam dziurawa, to na Pana sie nie powolam.
PS "Bzdany" prosze koniecznie poprawic, bo to brzmi jak ja "bzdzenie".

Hi,

Tylko z odległej perspektywy widać, że gdyby nie pośpiech, to sekwencja działań szybkich, Polska rozdarta między lewym i prawym, nadal rozkawałkowana trzech sąsiadów byłby sowieckiej przemocy, News Blog | Affililate Marketing | Antiques Collectibles zarówno orężnej i akwizycji.