Ciesząc się z zabitej ryby po strzale do beczki pełnej śledzi

Gospodarka

Forbes, głosem swego komentatora Johna Tamny, pastwi się bez litości nad byłym szefem FED, Benem Bernanke, ironizując, że to jakby cieszyć się z ustrzelonej ryby po przestrzeleniu beczki pełnej śledzi. Zarzuca Bernanke niedojrzałość, brak zrozumienia pojęcia inflacji, praw ekonomii i tak dalej i tak bez końca. Wszystko co najgorsze. Wskazuje, że złoto kosztowało 480 dolarów za uncje, gdy Bernanke obejmował swoją funkcję (2005 rok), by zostać wywindowane do 1250 dolarów, co daje miarę utraty wartości amerykańskiej waluty.

The Wall Street Journal, chyba z racji wielce dostojnej nazwy, pozostaje dyplomatyczny, wskazując, że rolę Bernanke i jego metodę „luzowania ilościowego” zastosowaną w drugiej fazie kryzysu finansowego oceni historia...

Umarł król, niech żyje królowa - Janet Yellen, bo to ona właśnie od pierwszego lutego rządzi amerykańską Rezerwą Federalną. Osoba niepozornej postury, o gołębim nastawieniu w polityce pieniężnej, jak mówią. W domyśle, należy przyjąć, że ewentualna kolejna faza „luzowania ilościowego” przyjdzie jak z płatka, jeśli tylko zajdzie tego potrzeba.

Czy warto jednak czekać z szacunkiem ceny, jaką zapłacimy za dodruk pieniądza przez FED, a za jego przykładem, przez inne banki centralne na świecie. Bo zapowiedź tego co nas czeka już jest. FED, bowiem w styczniu ograniczył dodruk pieniądza o 10 miliardów z 85 do 75 miliardów dolarów miesięcznie. W lutym przykręci kurek o kolejne 10 do 65 miliardów dolarów miesięcznie. Efekt: dwa tygodnie spadków na światowych giełdach i ucieczka kapitału z rynku długu gospodarek wschodzących. Można wręcz mówić efekcie domina. Kolejne kraje popadają w kłopoty finansowe. Pierw Argentyna ze swym peso, które straciło prawie 20%. Następnie Turcja, której bank centralny podniósł z dnia na dzień stopy procentowe o ponad 4%! Ale też RPA, Brazylia, Indonezja, Indie, a w ostatni piątek Rosja... Reakcja łańcuchowa dotknęła i Polski. Złoty okazał się jedną z dziesięciu walut na świecie, które najbardziej ucierpiały w minionym tygodniu.

Oczywiście, perturbacje finansowe źle wróżą rozwojowi wypadków w miejscach zapalnych, jak Ukraina. W Genewie, politycy mieli rozstrzygać o Syrii, gdy nieoczekiwanie przybyło tematów... Bo Iran. Bo może coś za coś. Nadchodzący tydzień, uwieńczony otwarciem Igrzysk Olimpijskich, da wiele odpowiedzi na na nurtujące pytania.

Złe wiadomości mogą nadejść z rynku pracy w USA, gdzie już grudzień okazał się rozczarowujący. Poza sektorem rolniczym stworzono jedynie 74 tys. nowych miejsc pracy, najgorszy wynik od trzech lat. Styczeń może być równie kiepski z powodu ataków zimy w całych USA, od Nowego Jorku po Nowy Orlean. Chiny, niestety, kolejny raz nie przeciągną przez kryzys światowej gospodarki, bo właśnie doświadczają największego od kilkunastu lat spowolnienia. Wskaźniki PMI opublikowane w niedzielę wskazują na kurczenie się produkcji i wręcz utratę miejsc pracy w przemyśle. W tej sytuacji nie dziwi, że azjatyckie rynki rozpoczęły kolejny tydzień na minusach

Jednak, co niepokoi najbardziej, to bezrozumna polityka Rosji w stosunku do Ukrainy, buńczuczne wypowiedzi ministra Ławrowa w Genewie, alarmujące wręcz naciski na rządy w Gruzji i Mołdawii oraz rozwój sytuacji na Kaukazie, nie tak znów daleko od Soczi.

Czy najdroższe igrzyska w historii nie okażą się imprezą, która zamiast stanowić rozprężający antrakt w duchu olimpijskim, przysporzy więcej napięć, jakby biedy i strapienia było ciągle na świecie za mało? Czy igrzyska zaspokoją oczekiwania Rosjan? Czy może właśnie te igrzyska staną się niechlubnym przykładem wybujałych ambicji, wyrzuconych na marne pieniędzy i wszech światowego rekordu w korupcji? No, tak, ale jakoś tak głupio cieszyć z „upolowanej” ryby za przykładem Forbes, gdy strzela się do beczki pełnej śledzi.

Więcej na: http://unicreditshareholders.com/bie%C5%BC%C4%85...

10
Średnio: 10 (1 głos)