Mario Draghi, szef ECB – osoba na właściwym stanowisku?

Gospodarka

„To nasz Włoch w Europejskim Banku Centralnym (EBC)” - jeszcze nie tak dawno temu mówiła o szefie EBC, Włochu, Mario Draghi kanclerz Niemiec, Angela Merkel. Po pełnej dyplomatycznego blichtru kurtuazji nie pozostał ani ślad, Draghi zaś znalazł się w ogniu ostrej krytyki ze strony niemieckich polityków i przedstawicieli Bundesbanku. Zarzucają mu, że w EBC nie kieruje się dobrem strefy euro, bo chroni interes zadłużonych krajów południa Europy, w tym... Republiki Włoskiej. Trudno o zarzuty cięższego kalibru w „Zjednoczonej Europie”!

Co dalej z Euro??

Kiedy pytanie to rozbrzmiewało natarczywie na co dzień w stolicach Europy i świata, kiedy rynki finansowe stawiały pod znakiem zapytania przyszłość euro, to właśnie Draghi, jako szef ECB zapewnił, że zrobi „wszystko” (whatever it takes), aby ratować wspólną walutę. Udzielił bankom strefy na okres trzech lat 1 bilion euro nisko oprocentowanych pożyczek. Ogłosił intencję wykupu obligacji państw strefy bez limitu i wygórowanych warunków, gdyby ich sytuacja finansowa tego wymagała i gdyby stały się celem ataku spekulacyjnego. Od tych wydarzeń mija dwa lata, w ciągu których nie znalazł się odważny, by powątpiewać w deklaracje złożone przez prezesa ECB. Jednak pytanie o przyszłość euro wraca jak zły szeląg. Za sprawą Niemiec – tak - niewątpliwie głównego beneficjenta wspólnej europejskiej waluty! Ale też za sprawą Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BRM) i Białego Domu. W ciągu ostatniego pół roku, te wpływowe instytucje na różne sposoby wyraziły opinie, że polityka luzowania monetarnego nie przyniosła oczekiwanych rezultatów w postaci adekwatnego ożywienia gospodarczego kosztem dodruku pieniądza i wzrostu zadłużenia państw. Przeciwnie spowodowała zwiększenie nierównowagi finansowej na świecie. W przypadku strefy euro między krajami północy, jak Niemcy i południa Europy, jak choćby Włochy. Analitycy BRM wskazują w swoim raporcie, że Bundesbank w czasie kryzysu „dorobił” się potencjalnych roszczeń (claims) wobec innych banków centralnych strefy euro na kwotę przekraczającą 850 miliardów Euro. Ten „deficyt” czy „deficyty” wynikają ze wzajemnych rozliczeń transakcji międzynarodowych i transgranicznych przepływów kapitałowych. Upraszczając nieco, rośną gdy Niemcy w nadmiarze eksportują do Włoch, czy Hiszpanii i malały, gdy n/p depozyty z systemu bankowego Hiszpanii uciekały do niemieckich banków. Prawdziwą, nierozwiązaną dotąd łamigłówkę stanowi zagadnienie, jak rozliczyć owe „deficyty”, gdyby tak n/p Grecja, czy Włochy zdecydowały się wyjść ze strefy euro i powrócić do narodowych walut. ECB okazał się bowiem bankiem centralnym bez państwa. Nie kontroluje również kreacji pieniądza w państwach członkowskich. Przykładowo, włoski Unicredit za pożyczone w ECB pieniądze na jeden procent kupuje obligacje włoskie, których rentowność spadła w przypadku „dziesięciolatek” z blisko 7% do nieco ponad 4 % w ciągu ostatnich dwóch lat. Gdy tymczasem rentowność niemieckich obligacji dziesięcioletnich przeciwnie - wzrosła ostatnio do ponad 2%. Trudno doszukać się finansowego uzasadnienia w sytuacji, gdy włoski dług do PKB osiągnie astronomiczne 133% z końcem 2013 roku, podczas gdy Niemcy odnotują nadwyżkę budżetową za 2013 rok, poza takim, że kapitał jednak ma narodowość i mówiąc nie bez ironii, Włosi przedkładają swoje wina i sery nad niemieckie piwo i orzeszki ziemne. Czy zatem ECB będzie w stanie pogodzić partykularyzmy narodowe i w długiej perspektywie ochroni istnienie euro? Zwłaszcza w sytuacji, gdy bankom we Włoszech nie spieszno do finansowania realnej gospodarki.

Włoskie banki bez kapitału

W krótkim antrakcie między Świętami Bożego Narodzenia, a Nowym Rokiem miało miejsce niezwykle burzliwe Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy (NWZA) najstarszego we Włoszech (niektórzy twierdzą, że na świecie) banku: Monte dei Paschi di Siena SpA. Na jego czele od niedawna stoi znany na polskim rynku z kontrowersyjnych i niekonwencjonalnych projektów Alessandro Profumo, były prezes Banku Unicredit i przez lata przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Pekao SA. Smaczku sprawie dodaje fakt, że włoska prokuratura wniosła przed dwoma laty akt oskarżenia przeciw Profumo, że oto Unicredit za jego prezesury zwykł unikać płacenia zobowiązań podatkowych we Włoszech... Sprawa sądowa trwa. Oczekiwania były jasne. Profumo miał zrehabilitować się w oczach nadzoru finansowego i opinii publicznej. Nie zdołał uciec jednak od niechlubnej przeszłości, bo zmaterializowały się właśnie podobne zarzuty. Włoski nadzór bankowy, CONSOB, twierdzi, że Monte dei Paschi di Siena przedkłada zafałszowane sprawozdania finansowe, które nie odzwierciedlają faktycznej sytuacji finansowej tego banku. Obwinia Profumo i wraz z akcjonariuszami, mimo świątecznej pory, oczekuje jego rychłej dymisji. Akcjonariusze odmówili podniesienia kapitału, które miało zostać przeznaczone na spłatę pożyczki ratunkowej udzielonej Bankowi przez włoskie państwo. Bez podniesienia kapitału i spłaty pożyczki jedno jest pewne: Bank Monte dei Paschi di Siena zostanie znacjonalizowany do końca bieżącego roku. Czy jednak kłopoty te są odosobnione. Moim zdaniem nie. Do kolejnego przesilenie w strefie euro dojdzie, gdy pęknie bańka spekulacyjne na rynku obligacji państwowych, kiedy to ECB ograniczony dodruk pieniądza, czytaj: tanie pożyczki i bezkrytyczne finansowania nadwątlonego systemu bankowego. I nie chodzi tu o małą Grecję, czy Portugalię, a o europejskich potentatów, jak właśnie Włochy. Wystarczy przytoczyć, że w księgach rachunkowych Monte dei Paschi di Siena znajduje się aż 26 miliardów euro w obligacjach rządu włoskiego, podczas gdy Unicredit zakupił za tanie środki z ECB kolejne 46 miliardów euro w tych obligacjach. Oba banki są dziś beneficjentami spadku rentowności i wzrostu wartości włoskich obligacji, na których same same spekulują. Co jednak stanie się gdy bańka na rynku suwerennego długu pęknie(?). Nie trudno przecież przewidzieć. Powtórzy się kryzys „grecki” czy „cypryjski” na bez porównania większą skalę. I właśnie takiego scenariusza boją się panicznie Niemcy.

Pozory Unii Bankowej

Ostatni szczyt przywódców krajów strefy euro nie przyniósł zdrowego kompromisu. Obradowano nad utworzeniem Unii Bankowej w tym przede wszystkim nad procedurami restrukturyzacji i naprawy instytucji finansowych. Mario Draghi i kraje południa, jak Włochy, czy Francja optowały za wspólnym europejskim funduszem ratowania i naprawy europejskich banków. Niemcy nie zgodziły się. Oto uważają, że finansowe brzemię naprawy włoskich banków powinno obciążać włoski fundusz gwarancji bankowych, francuskich francuski fundusz, itd. Co więcej te same Niemcy twardo mówią „NEIN”, jeśli chodzi o bezpośrednie zaangażowanie środków z Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) w ratowanie banków. Chcą, by ewentualna pomoc z EMS obciążała w formie przyszłych zobowiązań konta narodowe, jak miało to miejsce w przypadku Hiszpanii i hiszpańskich banków. Nastąpił też swoisty trójpodział władzy między między Komisję i Parlament Europejski (KE i PE), a ECB i nowo powołaną specjalną agencję ds. restrukturyzacji banków. ECB, który będzie nadzorować na bieżąco kluczowe banki, ma za zadanie poinformować KE i PE, że dany bank nie spełnia wymogów postawionych przez nadzór. Nowa agencja z kolei za przyzwoleniem KE, PE i ECB zajmie się naprawą, restrukturyzacją, bądź też likwidacją banków w kłopotach. Taki zgniły kompromis, doprawdy pozbawiony praktycznego wymiaru, doprowadzi do konfliktów w KE, PE, niekończących się sporów kompetencyjnych między KE, PE i ECB oraz do... kolejnej fali rozrostu bezproduktywnej, unijnej biurokracji. Kto za to zapłaci? Bo nawet niemiecka kołdra wydaje się ze wszech miar przykrótka.

Troska o przyszłość wspólnej waluty i strefy euro nie jest zatem problemem wydumanym przez odosobnionego eurosceptyka, a stawia pod dyskusję realną agendę, z którą nie poradziły sobie ECB, Bundesbank i Unia Europejska na ostatnim szczycie. Stąd też noworoczna prognoza przesilenia w strefie euro, potencjalnego rozpadu, tj wyjście z niej Grecji, Portugalii, czy nawet Włoch w drugiej połowie bieżącego roku, już po nadchodzących wyborach do PE. A moja prognoza brzmi skromnie w porównaniu z wypowiedzią Kanclerz Niemiec, która przestrzegła swoich europejskich partnerów na ostatnim szczycie Unii, że obecna sytuacja w Europie pozwala snuć analogie z rokiem 2014, okolicznościami w przeddzień wybuchu I Wojny Światowej...

Więcej na: http://unicreditshareholders.com/bie%C5%BC%C4%85...

10
Średnio: 10 (3 głosy)