Przygoda w stanie wojennym z zakamarków pamięci wiernie spisana

Blog

Ślub zaplanowaliśmy na 9 stycznia 1982 roku. Odpowiednio wcześnie ustaliliśmy terminy, listę gości, zamówiliśmy zaproszenia i fotografa - jednym słowem - karuzela ruszyła !

W czarną niedzielę 13 grudnia jeszcze nie wiedzieliśmy jak się poruszać w nowych okolicznościach. Wkrótce poinformowano społeczeństwo o przepustkach, potwierdzonych telegramach do zamiejscowej rodziny i znajomych, o zgłoszeniu przyjęcia weselnego a więc zgromadzenia(sic!). Nie wiedzieliśmy jak długo potrwa ten koszmar, więc postanowiliśmy mimo wszystko doprowadzić sprawy do końca. Wszak za okupacji czy podczas Powstania Warszawskiego też zawierano małżeństwa, więc taki WRON-i "stanik" nas nie powstrzymał. W kącie stał przydział wódki (15 butelek) + te kartkowe, mieliśmy talon na zakup obrączek(!), dodatkowe kartki na garnitur i buty, żona na bieliznę(!) i takie tam. Zgłosiliśmy też zgromadzenie weselne na posterunku. Rozpoczęliśmy zapraszanie krewnych i znajomych.

2 stycznia po południu poszliśmy z narzeczoną zaprosić ciotkę i wujka. Podjęli nas obiadem, a potem był jakiś sowiecki szampan i kilka butelek samogonu. Ostro napici około 21 ruszyliśmy w drogę powrotną. Prawie pół godziny czekaliśmy na autobus, a i ten który przyjechał, przewiózł nas zaledwie kilka przystanków, bo zjeżdżał z trasy. Godzina milicyjna była tuż tuż, a my z 5 km od domu ! Wtem patrzę jedzie taxi, macham, zatrzymuje się. - Możemy? -Jasne - mówi taryfiarz. W środku był jakiś pasażer, ale to nie ważne, istotne że jedziemy, może nie zatrzymają. Wtem w połowie drogi (było już po 22) zajeżdża nam drogę gazik WSW, wyskakuje trzech z kałachami, jeden pyta skąd to po godzinie milicyjnej ? Wysiadłem z taxi, aby wytłumaczyć, ale jak jeden przeładował broń to mimo wypitego alkoholu zrobiło się niewesoło. Jedyny plus że adrenalina powoduje chwilowe otrzeźwienie. W pobliżu przejeżdżał radiowóz MO, zwolnił i zatrzymał się nieopodal. Jeden z tych z WSW pyta taryfiarza - Pił pan ? TAK! - odpowiada kierowca, więc rozdzielają nas z narzeczoną , ja wsiadam wraz z sałaciarzem do gazika, a żona zostaje w taxi. Dokąd jedziemy? - pytam. - Na wytrzeźwiałkę, potem areszt, a w poniedziałek sąd - pada poważna odpowiedź. Niedobrze, pomyślałem, bo narzeczona i ja mieliśmy inwentaryzacje w swoich firmach, a przyszła żona w dodatku wiozła premie dla pracowników (oczywiście zakisiła pieniądze w torebce!). I jeszcze ten radiowóz nie dawał mi spokoju, bo ruszył za nami, a nikt z niego podczas zatrzymania nie wysiadał.

Na wytrzeźwiałce była kolejka, więc usiedliśmy w oczekiwaniu, narzeczoną zabrano na piętro do "sypialni" pań. WSW gdzieś znikło,a w drzwiach pojawili się milicjanci. Wtedy zrozumiałem. Nie do końca, ale uwierzyłem, że będzie dobrze.

Na moim podwórku mieszkali urzędnicy, milicjanci, pocztowcy i złodzieje. Naszych rodziców łączył przydział mieszań z klucza, nas - dzieciaki swoisty podwórkowy kodeks honorowy. Dziś to rzecz niewyobrażalna, zanika nawet w subkulturach. I było spokojnie, mogłeś przejść w nocy z jednego kąta miasta w drugi bez większych kłopotów. Niewielki problem był, gdy odprowadzałeś dziewczynę z innej dzielnicy. W jedną stronę przechadzka była przyjemna, niestety w drugą (gdy nikogo z ich ośki nie znałeś) mogłeś zaliczyć kilka kujawiaków, przedtem oldskulowo pytano czy wytarłeś nogi przed wejściem na ich teren. Potem lekkie mordobicie i wszystko. Żadnych noży, kijów bejsbolowych, maczet.

Do pokoju w wytrzeźwialce wszedł Zbyszek (jego ojciec był pułkownikiem MO, więc i syna wsadził do służby na siłę. Zbyszek nie chciał, nie cierpiał gliniarzy, wolał służyć w wojsku(jako profos), ale z woja go wywalili, gdy aresztantów z ancla wysłał po zakup kilku butelek wina do miasta   Zbyszek powiedział, ze jesteśmy podejrzani o jakieś włamanie i musi nas zabrać na przesłuchanie. Potem poszło z górki, odwieźli nas do domu, ja pobiegłem do domu po litra, jednego pół litra wypiliśmy w nysce, drugiego dałem za fatygę.
btw. Zbyszek gdy mnie zauważył. postanowił bezwzględnie pomóc. Potem miał jakieś kłopoty, ciągano go do wyjaśnień, ale że WSW nie zabrało nam dokumentów, nasze akta "zawieruszyły się". Zbyszka za niecały rok wywalono z MO za notoryczne pijaństwo, odmówił pomocy ojca (sekretarza POP w Komendzie Wojewódzkiej)

W zasadzie to koniec tej opowieści, ale byłaby niepełna bez kilku śmiesznych wydarzeń:

- Gdzie są pieniądze ? pyta narzeczona. Nie wiem - może wyciągnęli na matysiakach ? Wtedy sobie przypomniała, że z obawy przed kradzieżą włożyła za podszewkę torebki. Aleś ty naiwna - tam są tacy fachowcy, że zawsze znajdą.
- Porwałeś bransoletę od zegarka ! Nie porwałem, bo zegarek mam na ręku. Okazało się że narzeczona zauważyła na siedzeniu taxi zegarek, więc pomyślała, że to mój. Podobny zegarek kosztował wówczas około 2 tys(sporo kasy), więc jak dobry dureń powlokłem się na izdebkę i pytam spaślaków sanitariuszy czy mieli dyżur w sobotę? Mieli. A czy pamiętają mnie, taryfiarza i resztę przywiezionych przez WSW. Zajrzeli w rejestr. Odpowiedź była jednoznaczna - Pan się myli - u nas TAKIEGO ZDARZENIA NIE BYŁO. Tak oto stałem się mało dumnym posiadaczem drugiego czasomierza z 7 melodyjkami

9 stycznia kolejna rocznica ślubu - i jak powiedział pewien doświadczony małżonek:

Możesz zapomnieć imion dzieci, możesz zapomnieć numery buta, koszuli, możesz zapomnieć daty imienin, urodzin. ale na miłość boską NIE WOLNO CI ZAPOMNIEĆ ROCZNICY ŚLUBU! NIGDY, PRZENIGDY ! Jest to najważniejsza data u zamężnych kobiet, pamiętaj o tym !

W świecie komórek i elektronicznych kalendarzy jest to łatwe (Na wszelki wypadek alarm mam ustawiony na przeddzień

10
Średnio: 10 (7 votes)
portret użytkownika matka trzech córek

Piękne świadectwo tamtych czasów

Rzadko zdarza mi się czytać coś na głos swojej familii, ten tekst jednak, zaprezentowałam głośno i dobitnie:)
Młodzież nie wie,nie rozumie, jak wtedy było.
W krótkim opowiadaniu pokazałeś to, co tylko Bareja potrafił - komediodramat, do którego scenariusz napisało samo życie:)

Wspaniała jest ta dygresja o relacjach pomiędzy "ośkami":))

Pozdrawiam oboje Małżonków, których narzeczeństwo doświadczono dodatkowymi emocjami.

wiesz m3c - wszyscy żyliśmy w barejowskim świecie,

byliśmy aktorami, statystami, a niektórzy nadzorcami i reżyserami widowiska tamtych czasami dziwnych i śmiesznych czasów. I gdyby nie stan wojenny i inne siłowe rozstrzygnięcia i mnóstwo bezsensownych ofiar, zapewne cieplej wspominalibyśmy tamte chwile.
Nam się udało, dzięki zbiegowi okoliczności(pomoc Zbyszka), jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że to mogło się inaczej zakończyć. Nawet tragicznie.

btw. przypominał mi się dowcip z tamtych czasów:

Zomowiec zabija przechodnia, a kolega pyta" "Za co go zastrzeliłeś? przecież do godziny milicyjnej jeszcze 15 minut!".
Oprawca odpowiada:"Ja go znam, on mieszka w moim bloku a nawet w mojej klatce - to daleko stąd i tak by nie zdążył!"

Do moich przyjaciół z dwojgiem małych dzieci, weszli 12.przed 24

po wywalonych drzwiach, pana domu nie zastali, żonie dali gazem po oczach /dziś jest niewidoma/, kilkuletni syn dostał pałką, bo rzucił się z pięściami /właciwie z piąstkami/ do milicjanta. Rewizja, przyjaciółka pobiegła w nocy do miejsca, żeby uprzedzić męża.
Ja wieczorem wywiozłam moją 3-letnią córkę do rodziców /w kołderce córki miałam zawinięty jej nocniczek i jedzonko na zapas/. Było bardzo zimno.Z rana w pracy dyrektor Kazimierz Świokło wręczył mi wypowiedzenie z powodu "likwidacji etatu".