Bronisław Wildstein i obrońcy krzyża

Kultura

Skuszony dobrymi opiniami części znajomych postanowiłem przeczytać „Ukrytego”, czyli najnowszą książkę Bronisława Wildsteina.

Książka napisana dobrze i wciągająco – zacząłem wieczorem i nie poszedłem spać, póki nie skończyłem. Nie będę jednak ukrywał, że mam z nią duży problem. Polega on zaś na tym, że ja, w odróżnieniu od pisarza i publicysty pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu spędziłem w sierpniu 2010 roku dużo czasu. Gdy czytam część kryminalną książki, wszystko jest w porządku. Gdy czytam Wildsteinowe projekcje pseudolewicowych dyskusji czy artystycznych prowokacji bawię się całkiem dobrze. Ale gdy pojawiają się w książce sceny, które autor umieszcza pod krzyżem pod pałacem prezydenckim, w noc demonstracji Dominika Tarasa czy w kilka innych nocy, mam ochotę sparafrazować Frasyniuka i powiedzieć „Bronek, p...sz, nie było Cię tam”.

Wildstein bowiem z jednej strony opisuje wydarzenia spod krzyża jak jeszcze jedną imprezkę, uważając, że musi ją ubarwić, uatrakcyjnić dla czytelnika. Zwykła, dla nas upiorna, specyfika tamtych nocy na Krakowskim Przedmieściu, Wildsteinowi nie wystarcza. Prawda nie jest wystarczająco ciekawa, dlatego trzeba kilka najbardziej spektakularnych prowokacji i bluźnierstw pomnożyć tak, by starczyło na każdą noc. Obraz, jaki przedstawia pisarz, nie jest obrazem wydarzeń, a powtórzeniem relacji jego kolegów, którzy pofatygowali się na miejsce raz ( w noc demonstracji Tarasa) lub ewentualnie kilka razy, gdy coś się działo. Tworzy nie opis, a karykaturę wydarzeń. Być może dla czytelnika jest to ciekawe i wiarygodne. Mnie, uczestnika tamtych wydarzeń, razi sztucznością. Co więcej – w zasadzie czuję, ze pewne, jakby to nie brzmiało patetycznie, formacyjne dla mnie doświadczenie, zostało tu po prostu przemielone i wystawione na sprzedaż.

Co więcej – w „Ukrytym” w zasadzie nie pojawiają się w ogóle osoby, określane skrótowo jako „obrońcy krzyża”. Określenie to zresztą jest sporym skrótem myślowym, ponieważ, co trzeba przypominać, na Krakowskim Przedmieściu funkcjonowało wówczas kilka grup. Część ludzi modliła się, część pilnowała krzyża, ale byli też ludzie, którzy przychodzili tam, by odpierać ataki pijanej czy też naćpanej hołoty na tych pierwszych. Ja sam początkowo byłem tam powodowany raczej sprzeciwem wobec przemocy, z jaką spotykali się ci ludzie, stopniowo odkrywając dla siebie również religijny wymiar całej tej sytuacji. A przecież można było tam spotkać też ludzi niewierzących, zwyczajnie nie godzących się na ten festiwal pogardy. A noc demonstracji, gdy uniemożliwiono Tarasowi zabranie krzyża spod pałacu, gdy w opozycji do sterowanej przez media pseudowesołej, a faktycznie przerażającej imprezy doszło do mobilizacji tak wielu ludzi? Tego nie ma, jest tylko wielki sukces grupy cyników. Tymczasem „Ukryty” w zasadzie utrwala stereotyp słabych, napadanych staruszek jako jedynych przeciwników bojówki, sterowanej z „Przekąsek-Zakąsek”. O ile atakująca krzyż i modlących się młodzież jest dla Wildsteina mięsem armatnim sprytnych speców od kreowania wizerunku, o tyle „obrońcy krzyża” są już tylko kręglami, przez tę młodzież przewracanymi.

„Ukryty”, podobnie jak „Dolina Nicości” mówi nam sporo o Polsce i jej elitach i mechanizmach. Jest całkiem zgrabnym i wciągającym kryminałem, w którym sprytnie wykorzystane zostały wątki ze znanej sprawy morderstwa w domu Karoliny Wajdy. Natomiast, niestety, z tej książki nie dowiecie się tego, co działo się latem 2010 roku na Krakowskim Przedmieściu. Dowiecie się tego, jak w domowym zaciszu wyobrażał to sobie Bronisław Wildstein, pisarz i publicysta. „Ukryty” bowiem całkowicie oddaje pole tym, którzy wówczas wcale tej bitwy nie wygrali. Ludziom, nad którymi w swoim mniemaniu zapewne autor pochyla się z troską, robi tą książką większą krzywdę, niż zrobili jacykolwiek bojownicy Tarasa czy Palikota. W imię większego wstrząśnięcia czytelnikiem? Co jest tego przyczyną? Czy Wildstein, rozumiejąc mechanizmy funkcjonowania III RP, nie rozumie zarazem duchowości strony, z którą jakoś tam się przecież identyfikuje? Dlaczego potrafi uczynić wiarę przyczyną duchowego rozdarcia kilku swoich bohaterów, a zarazem nie dostrzega w niej źródła siły tych, którzy w jego książce są tylko słabymi, przegranymi ofiarami?

9.18182
Średnio: 9.2 (11 votes)

Santiago Z

Santiago

Z zainteresowaniem przeczytałam recenzję z powieści, po którą jeszcze nie zdążyłam sięgnąć. I już nie jestem pewna czy to zrobię.
Przy okazji - wielka szkoda a także moje zdumienie, że dotąd nigdzie na Niepoprawnych nie pojawiła się żadna wzmianka o powieści "Oszołomy" Martyny Ochnik. Mam wrażenie, że tam właśnie znalazłyby się wątki i obrazy, których według Pana zabrakło w książce Wildsteina. Kompletne zamilczenie "Oszołomów" w tym miejscu zdumiewa tym bardziej, że jest to portal, na którym problem smoleńskiej tragedii i jej następstw poruszany był wielokrotnie przez blogerów.
Pozdrawiam

.

[Właściwy komentarz jest niżej, na właściwym miejscu].

______________________________________________

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

Re: .

Tak, myślałem o "Oszołomach" w kontekście Wildsteina. Mi się wydaje, że faktycznie tamta książka, choć napisana warsztatowo gorzej i też mająca kilka minusów, była uczciwsza w opisie sytuacji. A czy celowe zamilczenie? Tu żadnej odgórnej strategii na pewno nie ma, a że nikt się nie zebrał, by o tej książce coś napisać, faktycznie zaskakujące. Ale czy na pewno nic nie było?
Pozdrawiam

portret użytkownika ro

Na Jowisza i jego sowiooką córkę!

A mnie właśnie ta recenzja zachęciła, choć początkowo wahałem się ze względu na wulgaryzmy, których nie znoszę w słowie potocznym, a co dopiero w literaturze.

Opieranie się na spostrzeżeniach (a co dopiero na wrażeniach!) jednego świadka sprawiłoby z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem, że byłby to obraz fałszywy. Opieranie się na wrażeniach wszystkich uczestników (technicznie niemożliwe) skreśliłoby słowo "niemal". Z całym szacunkiem, ale każdy świadek, a co dopiero uczestnik, widzi rzecz inaczej. Na stu świadków może jeden przypadkowo opisuje wiernie wydarzenie (ale i tak nie wiadomo, który).

Więc lepiej, że Wildstein nie usiłuje przekonać (w powieści!), że jest dokumentalistą, pozostawiając nie-świadkom wydarzeń przestrzeń dla wyobraźni.

Ciekawe, co by na to powiedział p. Bronisław Wildstein.

Może jest jakieś forum, na którym można by go zapytać...

______________________________________________

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

portret użytkownika ro

Wątpię, czy by odpowiedział!

ONI - ci "oddychający rozrzedzonym powietrzem" (kopyrajt Harlan Coben) niesłychanie rzadko zniżają swój głos do szeptu dla maluczkuch.
Na pytanie zadane na piśmie - praktycznie nie odpowiadają nigdy. Chyba, że pytanie zada inny "oddychający tym powietrzem", albo... sam odpowiadający.

portret użytkownika Andrzej Tatkowski

3 gr.

Dziękuję !

Pogłębiona recenzja "Ukrytego" pozwoliła mi zrozumieć motywy intuicyjnego oporu przed zarekomendowaniem na "Niepoprawnych" książki, nad którą popłakałem się jak dziecko, i za którą jestem Bronisławowi Wildsteinowi serdecznie wdzięczny.

Jestem przekonany że adresował ją do czytelników o odmiennej wrażliwości; mam nadzieję że zaspokoi ich podstawowe potrzeby i zdoła zaniepokoić na tyle, by zaczęli odczuwać więcej.

Może, zrządzeniem losu, znajdzie się wśród nich czy to pan prokurator generalny, czy pan minister sprawiedliwości, czy jakiś inny ważny obywatel, który swemu zaniepokojeniu nada formę mniej artystyczną a skuteczniejszą ?

Nie ma powodu by niepokoić wszystkich; wystarczy, jeśli poczują niepokój niektórzy - właściwi.

Choćby ci z najnowszego katalogu Wildsteina.

Pozdrawiam pięknie - AT

Powiem wkrótce:

Nie wierzę Wildsteinowi.
Oraz Wildsteinom.
Wilk zawsze patrzy do lasu.

Jakub Wołyński