Krakowskie, grudniowe migawki - 1981 (2)

Historia

Po wprowadzeniu stanu wojennego mieszkańcy Krakowa borykali się nie tylko z represjami władz komunistycznych, ale także z niemniej uciążliwymi kłopotami życia codziennego.

W każdym numerze „Gazety Krakowskiej” listy poszukiwanych działaczy „S” za organizowanie strajków perfidnie przemieszane były z listami recydywistów. „Organa porządkowe – wskazywano – przede wszystkim Milicja Obywatelska zdecydowanie nasiliły działania skierowane przeciwko różnym formom łamania prawa, norm moralnych i obyczajowych, jednak w określonej, znanej przecież atmosferze ogólnego rozprężenia, środki te okazały się niewystarczające. Działań tych nie ułatwia również sytuacja, w której interwencje milicyjne, nawet przy pospolitych przestępstwach, traktowane były często jako pretekst do oskarżeń służb porządkowych o naruszanie podstawowych swobód obywatelskich. Wiadomo dziś dobrze, o co chodziło ludziom, którzy upowszechniali takie poglądy, próbowali oni skłonić milicję ze społeczeństwem”.
Prasa komunistyczna zapewniała Polaków, że dzięki stanowi wojennemu udało się powstrzymać przestępczość i przywrócić porządek i poczucie bezpieczeństwa. Przykładem tego miało być uporządkowanie okolic krakowskiego Dworca Głównego, gdzie choć „wydawało się, ba, było nawet prawie pewne, że są nie do zdarcia, nie do zniszczenia. Nie ma mocnych, odporni są na wszelkie sposoby i przedsiębrane środki. Ostatnio byli coraz bardziej natarczywi, nachalni, bezczelni. Nie bali się nikogo i niczego. Ci, którym przyszło wsiadać do wieczornych pociągów (…) przemykali przed nimi pod ścianami, niczym nieproszeni goście. Mowa oczywiście o krakowskich lumpach, którzy z wielką lubością gromadzili się na naszym dworcu. Od niedzieli jak by rękę odjął…. Zapadli się pod ziemię (…), nie ma już tam meliniarzy, prostytutek, sutenerów, paserów, włóczęgów i złodziejaszków. O 8 wieczorem robi się tak cicho i spokojnie, że nie można tego miejsca wprost rozpoznać”.
Propaganda komunistyczna starała się z jednej strony zastraszyć wszelkich przeciwników „władzy ludowej”, z drugiej uspokoić nastroje. „Gazeta Krakowska” podkreślała, iż miasto „widziane oczyma przechodniów, z okien tramwajów czy autobusów sprawiało wrażenie żyjącego normalnym, powszechnym rytmem”, „komunikacja miejska, handel, zaopatrzenie funkcjonują normalnie”, a „występujące początkowo kłopoty z dostawami pieczywa zostały zlikwidowane”. Z tym ostatnim poradzono sobie bardzo prosto, o czym jednak gazeta nie informowała , wprowadzono zasadę sprzedaży jedynie po jednym bochenku chleba dla każdego nabywcy. Jednocześnie prasa z dumą informowała, iż „nie pogorszyły się dostawy podstawowych artykułów żywnościowych, na niektórych odcinkach daje się nawet zauważyć pewną poprawę. Mleko dostarczane jest na rynek w ilościach o ok. 2% wyższych niż w analogicznych dniach ubiegłego tygodnia”.
Oprócz kłopotów, przejściowych – oczywiście, z chlebem, drugim „palącym problemem” był brak benzyny i oleju napędowego (w związku z gigantycznym ich zużyciem przez wojsko i milicja – np. dostawy benzyny dla Krakowa zmniejszono o ponad 50%) , który utrudniał „producentom rolnym” dowóz towarów do miasta. Został więc powołany Operacyjny Sztab Antykryzysowy, który wydał zarządzenie wstrzymujące sprzedaż paliwa dla prywatnych pojazdów, a tzw. przedsiębiorstwom uspołecznionym zmniejszono przydziały. Wśród „uprzywilejowanych działów gospodarki” znalazły się: „spółdzielczość mleczarska, transport żywnościowy w mieście i na wsi, w tym dowóz paczek żywnościowych, dostarczanych przez pocztę, pogotowia sanitarne i techniczne, komunikacja publiczna w miastach, PKS i samochody uczestniczące w akcji odśnieżania”.
Paliwo sprzedawano także rolnikom – „właścicielom dużych i średnich gospodarstw towarowych, zaopatrujących rynek w mięso, jaja, warzywa itp.”, na podstawie zaświadczenia, że dostarczają żywność „własnym transportem mechanicznym”. Raz w tygodniu zatankować mogli swoje samochody inwalidzi wojenni „z poważnymi uszkodzeniami narządów ruchu”, po przedstawieniu indywidualnego zaświadczenia, wydanego przez Wojewódzki Szpital Zespolony im. Gabriela Narutowicza przy ul. Batorego.
Prywatni kierowcy mogli kupić paliwo dopiero od 1 lutego 1982 roku. Ustalono jednocześnie bardzo niewielki przydział paliwa – np. dla Fiata 126p wynosił 30 litrów miesięcznie.
Oprócz oporu społecznego, przeciwko władzy stanu wojennego wystąpiła także pogoda. Obfite opady śniegu oraz silne mrozy paraliżowały komunikację, handel oraz przemysł. W nocy z 19 na 20 grudnia 1981 roku w Krakowie spadło 40 cm śniegu, wiał silny wiatr, a później pojawił się silny mróz, co spowodowało bardzo poważne zakłócenia w ruchu drogowych i kolejowym. Zima jak zwykle zaskoczyła drogowców, tak więc systematyczną akcję oczyszczania miasta z zasp podjęto dopiero następnego dnia, zaczynając od najważniejszych arterii komunikacyjnych. Jeszcze większe trudności mieli mieszkańcy podkrakowskich miejscowości. Całkowicie odcięte od świata zostały m.in.: Jerzmanowice, Krzeszowice, Trzyciąż, Proszkowice.
Kolejne dni nie przynosiły poprawy pogody, wręcz przeciwnie – „wystąpiły trudności w przemieszczaniu się obywateli” – enigmatycznie informowała prasa. Odwołano niektóre pociągi, a jednego dnia przyjechały do Krakowa 73 pociągi, które łącznie miały 93 godziny spóźnienia. I tak np. pociąg ze Szczecina przyjechał 6 godzin później.
Atak zimy spowodował prawdziwe oblężenie aptek. W niektórych zaczęło brakować podstawowych leków: polopiryny, witaminy C, syropów, środków przeciwbólowych, opatrunkowych czy higienicznych, a wszystko dlatego – jak sugerowały władze – że „ci bardziej zapobiegliwi zrobili zapasy na całą zimę”.
Pomimo obietnicy poprawy zaopatrzenia sklepów, zniknęły z ich wszystkie nieomal artykuły. Wedle władz winnymi byli oczywiście konsumenci, bo wszystko wykupywali i „mimo ciągłych dostaw handel nie był w stanie w takim tempie uzupełnić braków”.
Wzięłam urlop specjalnie z myślą o zakupie wędlin. – wspominała jedna z krakowianek – Rano koło siódmej obleciałam sklepy mięsne. W dwóch wpisałam się na listę kolejkową. W jednym byłam pięćdziesiąta piąta, w drugim sto siódma. O dziesiątej otwierają sklep, więc poszłam na warowanie. I tak od dziesiątej do osiemnastej przestałam w sklepie, trochę siedziałam na parapecie okna w tym zaduchu. Tak czekało około stu osób. I tak w ogóle nie dostarczono szlachetnej wędliny. Wyć się chciało, zmęczenie, czas stracony bezpowrotnie. I do domu wraca się z niczym”.
W tej sytuacji mieszkańcy Krakowa zmuszeni byli zaopatrywać się na targowiskach: na Rynku Kleparskim, Nowym Kleparzu i placu przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie jednak ceny były 2-3 krotnie wyższe.
Doszło do rozkwitu dowcipów politycznych. Jeden z mężczyzn krzyczy: „Pan chyba nie wie, kim jak jestem! Jestem kierownikiem sklepu mięsnego! Stojąca obok kobieta zwraca się do koleżanki: Znam go, to profesor uniwersytetu, ale widzę, że ostatnio cierpi na manię wielkości…”
Powstała także parafraza „Lokomotywy” Tuwina:
„Stoi na placu oddział milicji
Silny i zwarty, pełen ambicji
- Bój się milicji
Stoi i sapie, dyszy i chrzęści
Wśród łbów zakutych pały i pięści
W łeb anarchistę, w łeb ekstremistę, w łeb syjonistę
Już ledwo myślą, już ledwo czują
Lecz oni nigdy nie zastrajkują”
Jak co roku o północy w Katedrze Krakowskiej na Wawelu odprawiona została Pasterka, której rozpoczęcie poprzedziły uderzenia dzwonu Zygmunta. Mszę celebrował arcybiskup metropolita krakowski ksiądz kardynał Franciszek Macharski, które wystąpienie – wedle prasy – „tchnęło spokojem i rozwagą, zawierało wezwanie do pogłębionej zgody i miłości rodaków”.
Kolejne miesiące udowodniły antykomunistyczny charakter Krakowa. Mieszkańcy byłej stolicy Polski podjęli zarówno opór bierny jak i czynny. Opór bierny przejawiał się w bojkotowaniu oficjalnej prasy czy wieczornego dziennika zakłamujących rzeczywistość, malowaniu różnych haseł na budynkach, tworzeniu i kolportażu nielegalnych ulotek i prasy. Jednocześnie w Krakowie od wiosny 1982 roku organizowano liczne manifestacje patriotyczne i demonstracje, które niejednokrotnie kończyły się wielogodzinnymi walkami ulicznymi z milicją i ZOMO.
 
Kraków pozostał miastem niepokornym do końca rządów komunistycznych.
 
Wybrana literatura:
13 grudnia. Stan wojenny w Małopolsce w relacjach świadków
Stan wojenny: wspomnienia i oceny
Świadectwa stanu wojennego
M. Głowiński – Mowa w stanie oblężenia 1982-1985
W. Zabłocki – Stan wojenny w Małopolsce
10
Średnio: 10 (3 głosy)

Kartki zamiast towarów potrzebnych

Zyskały symbol rakiet podniebnych
Można było latać z nimi daleko
Jednak towary nie płynęły rzeką
Pozostały często w sferze marzeń
Z wyjątkiem sprawców wojennych zdarzeń
Pozdrawiam

@Jacek Mruk

Rząd się wyżywi - jak mawiał Goebbels-Urban, a Polakom pozostało jeść kartki.

Pozdrawiam

Godziemba