JERZY BOROWCZAK – FUNKCJONARIUSZ KŁAMSTWA

portret użytkownika WZZW
Historia

JAK DOSZŁO DO SIERPNIOWEGO STRAJKU CZYLI ODDZIELMY PRAWDĘ OD KŁAMSTWA [3]

Osoba Jerzego Borowczaka pojawia się w moich wspomnieniach wielokrotnie. Mimo tego, że pisanie o tym człowieku pozostawia nieprzyjemny niesmak, to jest to konieczne dla wykazania anatomii historycznego kłamstwa, którego jest on integralną częścią. Jest on, obok Lecha Wałęsy i Bogdana Borusewicza, dopełnieniem tercetu kłamstwa i manipulacji historyczną prawdą.

Borowczak wdarł się w naszą historię, a właściwie został w nią wepchnięty przez tych, którzy dali mu „kombatancki” życiorys wraz z jasno określonym zadaniem do wykonania. Poświadczyć zakłamany życiorys Wałęsy, którego nie chcieli potwierdzić znający go działacze Wolnych Związków. Wałęsa i jego twór Borowczak, żyją od czasu sierpniowego strajku w symbiozie kłamstwa, które jednakowo służy im obojgu.

Z pomocą Borusewicza stworzyli sytuację wręcz absurdalną, w której Wałęsa, agent komunistycznej bezpieki i patologiczny kłamca, potwierdza autentyczność całkowicie fałszywego „kombatanctwa” Borowczaka, aby ten z kolei mógł być koronnym świadkiem waleczności „wielkiego wodza”.

Kariera Jerzego Borowczaka jest karykaturalną miniaturą kariery jego idola Lecha Wałęsy. Jest jednak nie mniej szkodliwa. Podobnie jak życiorys Wałęsy tak i prawda o Borowczaku jest powszechnie mało znana. Prawdopodobnie dlatego, że odrzuciwszy to co jest w jego życiorysie zwykłym kłamstwem lub to czym on sam woli się nie chwalić, to zostajemy z jednorazowym wydarzeniem związanym z rozpoczęciem sierpniowego strajku. A i to pozostawia nas z wieloma pytaniami dotyczącymi intencji jego działania.

Poza historią politycznej „kariery” Borowczaka, Encyklopedia Wikipedii podaje tylko dwa fakty z jego życia: „ Należał do aktywnych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża” oraz „Wraz z Bogdanem Felskim, Ludwikiem Prądzyńskim i Bogdanem Borusewiczem zainicjował strajk w Stoczni Gdańskiej”. Nawet z tych dwóch zdań tylko jedno jest prawdziwe, gdyż Borowczak nigdy nie był aktywnym działaczem WZZW. Wikipedia dorzuca jeszcze jedno zdanie, które jest prawdopodobnie esencją całej jego kariery: „Od tego czasu należy do bliskich współpracowników Lecha Wałęsy”.
Nie wiem czy to właśnie fakt tej bliskiej współpracy z równie bliskim i wieloletnim współpracownikiem komunistycznej bezpieki spowodował, że Borowczak jest dziś stawiany jako przykład polskim dzieciom. Mało kto jednak wie, że uczniowie klas szóstych uczą się dziś „życiorysu” tego człowieka.

On sam, w wielu chętnie udzielanych wywiadach, stworzył tak wiele wersji swych rzekomych dokonań, że jak na kłamcę przystało zaprzecza sobie w każdym możliwym momencie. I było by to zupełnie nieistotne, gdyby chodziło tylko o jego raczej marną postać. Rzecz w tym, że został on wyznaczony do spełnienia roli świadka jednego z najważniejszych fragmentów naszej najnowszej historii.

Historia według Jerzego Borowczaka

Zaczyna się już od niezmiernie intrygującego opisu jego rzekomej drogi do wybrzeżowych WZZów. Wyruszyć w nią miał z dalekiego Egiptu. Pod koniec lat siedemdziesiątych Jerzy Borowczak jako poborowy żołnierz wyjeżdża do Egiptu na tak zwaną misję pokojową. Inne źródła, jak np. Encyklopedia Solidarności podają, że stacjonował na Wzgórzach Golan, co wydaje się bardziej prawdopodobne. Nie wchodzę jednak w te geograficzne szczegóły, gdyż nie ma to większego znaczenia dla omawianego tematu.
Młodszym czytelnikom należy się tu pewne wyjaśnienie. Otóż, w tamtych czasach poborowi jakim był Borowczak, trafiali do komunistycznego wojska w ramach przymusowego naboru. Tak zwana służba wojskowa była w czasach PRLu dwuletnim okresem marksistowskiej indoktrynacji, przerywanej niewolniczym wyzyskiem darmowej siły roboczej. Żołnierzy używano do remontów torów kolejowych, przeładunku węgla na kolejowych bocznicach, ziemniaczanych wykopków, czy jakichkolwiek innych mało atrakcyjnych prac. Większość młodych ludzi uważała ten czas za bezpowrotnie stracony.
Inaczej było w przypadku Borowczaka. Ten załapał się na wyjazd do Egiptu w ramach tak zwanej misji ONZ. Była to, jak na tamte czasy, prawdziwie wyjątkowa fucha. Wyjeżdżający tam żołnierze nie tylko nie wykonywali brudnej niewolniczej pracy, ale za swój pobyt w ciepłym klimacie dostawali pensję. Jak na tamte czasy niezwykle atrakcyjną i do tego płaconą w dewizach. Nie każdy mógł jednak się na taką atrakcyjną formę „służby” załapać. Trzeba było być zakwalifikowanym na podstawie właściwej opinii dowództwa. A to jak wiemy uwarunkowane było przynależnością do właściwych organizacji i wykazaniem odpowiedniego stopnia lojalności. Borowczak najwyraźniej te warunki spełnił, gdyż pod koniec lat siedemdziesiątych, w czasie kiedy jego rówieśnicy zaganiani byli do remontu torów gdzieś pod Pasłękiem, czy kopania rowów pod Lublinem, on sam znalazł się pod piramidami w charakterze kierowcy wojskowej karetki. Ciekawić może, jakie szczególne kwalifikacje zdecydowały o zakwalifikowaniu Borowczaka do tej wyprawy, bo raczej trudno założyć, że była to jego wcześniejsza krótka kariera traktorzysty w rolniczej spółdzielni produkcyjnej.

Opisując ten swój wyjazd, obok zachwytów nad finansową atrakcyjnością tej fuchy, przywołuje on takie oto wspomnienie: „Jak byłem w wojsku, pojechałem na bliski wschód i poznałem tam oficerów z niebieskich beretów z Gdańska, którzy opowiadali o grudniu 1970 roku, że Skotami jeździli po ulicach, mając przed sobą stoczniowców. Wtedy podjąłem decyzję, że po wyjściu z wojska pojadę do Stoczni Gdańskiej”.

Zanim odniosę się do końcowej deklaracji Borowczaka, muszę zwrócić uwagę na bardzo zastanawiający i bardzo wymowny język jaki używa on do opisania działań swoich oficerów w wydarzeniach grudnia 1970. Przypomnę więc, że Skoty były wojskowymi pojazdami opancerzonymi używanymi miedzy innymi do ulicznych walk przeciwko demonstrującym robotnikom. Wielu z nas pamięta te pojazdy z czasu późniejszego stanu wojennego. Wspomniani oficerowie w komunistycznej armii byli żołnierzami zawodowymi. To co Borowczak w swej arogancji określa jako „jeździli po ulicach, mając przed sobą stoczniowców” oznacza nic innego jak to, że byli załogą opancerzonych pojazdów tłumiących robotniczy protest. Jest zupełnie prawdopodobne, że mogli wówczas do tychże robotników strzelać i że mają na swych rękach ich krew. Dla Borowczaka jest to jednak zwykłe „jeżdżenie po ulicach”, zupełnie tak jak rodzinne zwiedzanie Gdańska, świeżo umytym „maluchem”. Jeżeli dorzucimy do tego końcowe słowa tego stwierdzenia: „...mając przed sobą stoczniowców” to obraz w naszych oczach zmienia się zasadniczo.

Zaledwie kilka dni po tych wynurzeniach nasz „bohater” udzielił innego wywiadu, w którym w swej bezrozumności przechodzi samego siebie pisząc: „To właśnie w Egipcie od lekarzy i podoficerów po raz pierwszy usłyszałem o Wolnych Związkach Zawodowych w Stoczni Gdańskiej. I wtedy podjąłem decyzję, że po wyjściu z wojska pojadę do Stoczni Gdańskiej". Myślę że jest to jeden z największych przykładów nie tylko głupoty, ale przede wszystkim obrazy inteligencji Polaków. Borowczak każe nam wierzyć, że wyselekcjonowani wojskowi lekarze i oficerowie komunistycznej armii, ci sami którzy w grudniu ’70 „jeździli Skotami, mając przed sobą stoczniowców”, biegali teraz do poborowego Jerzego Borowczaka, aby go poinformować o istnieniu gdańskiej opozycji(?!) To wyznanie przekracza wszelkie granice obłąkania. Można by oczywiście zadać kilka dodatkowych pytań, jak choćby - dlaczego mowa jest o WZZach w Stoczni Gdańskiej, skoro ta grupa nie była w żadnym wypadku organizacją stoczniową? Skąd też zawodowi komunistyczni żołnierze mieliby wiedzieć co dzieje się w Stoczni Gdańskiej? Myślę jednak, że wchodzenie w takie szczegóły nie ma większego sensu.

Wydaje się jednak bardzo interesującym wyznanie, że decyzję o zatrudnieniu w stoczni i rzekomym zamiarze dotarcia do WZZów, podjął on właśnie wówczas w otoczeniu tychże komunistycznych oficerów wojskowych. W tej sytuacji szczególnej wymowy nabiera pewna informacja zawarta w książce byłego szefa bezpieki jak również służb wojskowych gen.Kiszczaka. W książce pod tytułem „General Kiszczak mówi... prawie wszystko” wydanej w 1991 roku, znajdujemy ciekawą informację: „ Powód dla którego międzynarodowe misje pokojowe podlegały akurat wywiadowi jest jasny. Mówi jeden z szefów - jednostki 2000 - gen. Olgierd Darzynkiewicz: - Każdy żołnierz, który przebywał za granicą musiał coś tam dla wywiadu zrobić (!)”.
Zwracam uwagę na słowa „każdy” i „musiał”. Myślę że Jerzy Borowczak, powinien wszelkie opowieści adresowane do Polaków, rozpocząć od wyjaśnienia co on sam dla tego wywiadu zrobił i czy pojawienie się w stoczni, czy w pobliżu Borusewicza, a w konsekwencji na sierpniowym strajku, nastąpiło w ramach tej działalności? Takie pytanie wydaje się przecież całkowicie zasadne.

Dalsze opowieści naszego „bohatera” są tak samo „spójne”. I tak po wcześniejszych zapewnieniach, że o Wolnych Związkach dowiedział się w dalekim Egipcie już w innym wywiadzie stwierdza, że - o WZZW dowiedział się z ulotki otrzymanej w trójmiejskiej kolejce w 1979 roku.
Po powrocie z wojska zatrudnił się co prawda w Stoczni Gdańskiej, ale na działaczy WZZów jakoś tam nie trafił. Mimo tego, że byli tam: Anna Walentynowicz, Andrzej Kołodziej, Andrzej Bulc, Kazimierz Szołoch, Bogdan Felski, Ludwik Prądzyński i kilku innych.
Swoje doświadczenie ze wspomnianą ulotką Borowczak opisuje raczej konkretnie: „Pewnego dnia, w kolejce z Sopotu do Gdańska, ktoś wręczył mu ulotkę. Przeczytał, że partyjna nomenklatura to złodzieje, oraz nazwisko i adres autora tych słów: Borusewicz, Sopot, ulica 23 Września i numer mieszkania”.
Po tej lekturze Borowczak miał udać się pod wskazany adres. Jest to dość ciekawe stwierdzenie, gdyż Borusewicz nie wydawał ulotek wyłącznie pod własnym nazwiskiem. Tak więc były tam nazwiska rożnych działaczy WZZów. Zastanawiać może więc to, że mimo wcześniejszych postanowień, powziętych rzekomo jeszcze w Egipcie, że będzie poszukiwał kontaktów z WZZami w Stoczni Gdańskiej, nie poszedł do zatrudnionej tam Anny Walentynowicz, do której miał dużo bliżej, a wybrał niepracującego nigdzie Bogdana Borusewicza. Jest to pytanie retoryczne, gdyż każde następne świadectwo Borowczaka jest zaprzeczeniem poprzedniego i zbyt dogłębne analizy mogą tylko przyprawić czytelnika o solidny ból głowy.
Tak więc kontynuuje on swą opowieść o spotkaniu z Borusewiczem: „Zastałem go za drugim razem. Przyjął mnie z rezerwą. Pytał kogo znam? Powiedział że się ze mną skontaktuje”.
I dalej w tym samym wywiadzie czytamy: „Na początku listopada 1979 przed oknem stancji Borowczaka przy ulicy Pogodnej zjawia się Borusewicz. Kilka dni później, 11 listopada po mszy w Bazylice Mariackiej rusza duża manifestacja pod pomnik Sobieskiego. Borowczak rzuca ulotki”.
I znów jedno kłamstwo pogania drugie. Już w innym wywiadzie opowiada tą samą sytuację nieco inaczej: „Przyjął mnie z dużą rezerwą. Wypytywał co robię i kogo znam? Potem dał mi zadanie. Miałem rozrzucić ulotki w stoczni”.
Nie ma oczywiście znaczenia, że Borowczak nie wie gdzie miał rzucać swoje pierwsze ulotki, gdyż w rzeczywistości nie robił tego ani pod pomnikiem, ani w stoczni.

Jakby tych wersji drogi do Wolnych Związków było jeszcze mało, to w udzielonym w 2005 roku wywiadzie dorzuca następną mówiąc: „W 1979 roku, gdy już pracowałem w stoczni, usłyszałem w Wolnej Europie o Alinie Pienkowskiej i Andrzeju Gwieździe. Na początku wzięli mnie za ubeka, myśleli, że jestem nasłany. Dopiero po sprawdzeniu mnie, zostałem dopuszczony do bibuły...”
W tym krótkim stwierdzeniu Borowczak jak zwykle potrafi zawrzeć kilka kłamstw jednocześnie.
Przede wszystkim Borowczak nigdy przed strajkiem nie poznał Andrzeja Gwiazdy i nigdy przed strajkiem nie był w jego mieszkaniu(!)
Opowieść o rzekomym sprawdzaniu jest również wytworem chorej wyobraźni Borowczaka. Oto co Andrzej Gwiazda pisze na ten temat w swej książce Gwiazdozbiór w Solidarności: „Każdego kto do nas dołączał, kogo poznawaliśmy traktowaliśmy jako godnego zaufania, ponieważ i tak nie mieliśmy praktycznie żadnych możliwości sprawdzenia człowieka i jego intencji”.
Równie wiarygodnie też brzmi jego twierdzenie o rzekomym dopuszczeniu do bibuły. Przecież w poprzednich wywiadach mówił jasno, że ulotki kazał mu rozrzucać Borusewicz. Całe świadectwo tego „koronnego świadka” historii wygląda tak samo spójnie.

Borowczak nie zapomina oczywiście o sprawie dla niego najważniejszej, czyli swojej rzekomej zażyłej i wieloletniej znajomości z Wałęsą. W jednym z wywiadów stwierdza: „To mój przyjaciel od ’79 roku, razem przygotowywaliśmy strajk, razem robiliśmy wiele, wiele rzeczy”.
I znów kilka kłamstw w jednym zaledwie zdaniu. Chętnie bym się dowiedział, jakich to wiele, wiele rzeczy zrobił z Wałęsą, Borowczak. Chociażby dlatego, że jak już wcześniej pisałem sam Wałęsa niewiele w WZZach zrobił. Ważniejsze jest jednak to, że wbrew absurdalnemu kłamstwu Borowczaka, Lech Wałęsa nie przygotowywał strajku(!) On sam nigdy nie odważyłby się na takie stwierdzenie chociażby dlatego, że nie mógł by powiedzieć co dokładnie miał by w tych przygotowaniach robić?

Równie ciekawe jest twierdzenie, że Borowczak jest przyjacielem Wałęsy od 1979 roku. W Tygodniku Powszechnym z 2005 roku w informacji o Borowczaku dowiadujemy się: „16 grudnia, w rocznicę masakry sprzed 9 lat, pod murem stoczni po raz pierwszy widzi przemawiającego Wałęsę”.
Jeżeli więc na dwa tygodnie przed końcem dekady lat siedemdziesiątych Borowczak w ogóle nie znał jeszcze Wałęsy, to musiałby się bardzo spieszyć, aby jeszcze w ciągu tych dwóch ostatnich tygodni lat siedemdziesiątych zdążyć się z nim tak serdecznie zaprzyjaźnić.
Kilka zdań dalej dowiadujemy się również, że: „Gdzieś w tłumie stoi też Prądzyński. Obaj są kontaktami Borusewicza w Stoczni, ale jeszcze się nie znają”
Przy tych faktach szczególnie żałośnie brzmi inne kłamstwo Borowczaka. Próbując pokazać się jako przodujący gdański opozycjonista, w jednym z wywiadów mówi: „Kiedy w latach siedemdziesiątych(?) chciałem dowiedzieć się od młodych, kto prowadził spotkanie, to pytałem tylko: Który? Jak z wąsami to wiadomo Wałęsa. Jak z brodą to Andrzej Gwiazda”.
To stwierdzenie jest najlepszym przykładem jak bezczelnym jest kłamstwo Jerzego Borowczaka i dowodem na to, że ten człowiek nie jest w stanie, lub raczej zwyczajnie nie chce mówić prawdy. Trzeba przy tym przyznać, że chociaż kłamcą jest nieudolnym, to jest w tym zakresie hurtownikiem. W tej trzy zdaniowej wypowiedzi zawarł co najmniej cztery absolutne kłamstwa:
1. Jeszcze na dwa tygodnie przed końcem ostatniego roku lat siedemdziesiątych Borowczak nie znał w WZZach nikogo i nie był działaczem żadnej, jakiejkolwiek grupy opozycyjnej.
2. Tak więc skoro nie był działaczem żadnej opozycyjnej grupy, a WZZów w szczególności, to nie mógł też spotykać i przepytywać wspomnianych już tajemniczych „młodych”.
3. Borowczak nie może oczywiście o tym wiedzieć, ale faktem jest absolutnie niepodważalnym, że Lech Wałęsa czy to z broda czy z wąsami czy zupełnie bez niczego, nigdy nie prowadził żadnego WZZowskiego spotkania(!)
4. Borowczak nigdy przed strajkiem nie poznał Andrzeja Gwiazdy, a ten dowiedział się o jego istnieniu właśnie podczas wspomnianego strajku.

Bardzo charakterystycznie bezczelnym kłamstwem jest inne stwierdzenie Borowczaka. Pytany o podejrzenia działaczy Wolnych Związków wobec Wałęsy mówi: „Tyle spotkań odbyliśmy z Andrzejem Gwiazdą, Lechem Kaczyńskim, Bogdanem Borusewiczem. Nigdy żaden z nich nawet cieniem, grymasem twarzy nie zdradził żadnych pretensji do Lecha Wałęsy”.
Oczywiście, dzisiaj kiedy już nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości co do agenturalnej działalności Wałęsy, Borowczak ciągle pozostaje z ręką w przysłowiowym nocniku. Jest to jednak część jego służby i nie wydaje się aby mu to przeszkadzało. Jednak powyższa wypowiedź jest następnym przykładem perfidnego kłamstwa.
Jak już wspomniałem Borowczak nie poznał Andrzeja Gwiazdy osobiście więc nie mógł mieć z nim żadnych spotkań. Nie może również wiedzieć, że Wałęsa przez wiele miesięcy nie miał wstępu do mieszkania Joanny i Andrzeja Gwiazdy właśnie z powodu braku zaufania. Nie wie też, że Wałęsa został praktycznie z WZZów usunięty na dwa miesiące przed strajkiem, właśnie za sprawą decyzji Gwiazdów.
Nie wiem ile razy Borowczak spotykał się w roku 1980 z Borusewiczem. Niemniej gdyby był tak wtajemniczony w opinie Borsuka, to wiedziałby, że ten zamierzał wraz z Kuroniem już kilka dni po strajku publicznie ogłosić Wałęsę agentem bezpieki, a przynajmniej użyć taką groźbę, aby zmusić go do ustąpienia z pełnionej funkcji.
Najbardziej brudne jest jednak jego powoływanie się na spotkania ze śp. Lechem Kaczyńskim, o którym Borowczak przez całe lata z arogancją opowiadał, że nigdy nic w opozycji nie znaczył i tak naprawdę praktycznie w niej nie był. Kiedy jednak przyszło bronić najbardziej znanego polskiego kapusia i donosiciela bezpieki, Borowczak nie miał żadnych skrupułów, aby się na tego samego Lecha Kaczyńskiego powoływać. Jedyny kontakt Borowczaka z Lechem Kaczyńskim polegał na jego, Borowczaka obecności na jednym lub dwóch wykładach prowadzonych przez przyszłego prezydenta. Ani Andrzej Gwiazda, ani Lech Kaczyński, nie miał powodu spotykania się z nieznajomym Borowczakiem, a tym bardziej informowania go o ich opinii na temat Wałęsy. Ta wypowiedź Borowczaka jest bardzo dobrym przykładem słownej manipulacji i tworzenia całkowicie nieprawdziwych historii.

Jerzy Borowczak nie był nigdy uczestnikiem żadnych WZZowskich spotkań. W takich spotkaniach brali udział tylko aktywni działacze Wolnych Związków i były to spotkania w grupach. Pośród kilkudziesięciu działaczy nie ma ani jednej osoby, która mogłaby potwierdzić obecność Borowczaka na jakimkolwiek spotkaniu! Co więcej, nie ma chyba osoby, pośród tych, którzy na takich spotkaniach bywali, która w tamtym czasie wiedziała o istnieniu Borowczaka. On sam nie mógłby podać ani jednego nazwiska spośród tych osób, którą on sam rzekomo znał, a już tym bardziej, z którą miałby prowadzić jakąkolwiek działalność.
Specjalnością Borowczaka jest posługiwanie się pustymi hasełkami, które niezorientowanym mają dawać wrażenie oczywistości przywoływanych „faktów”. Jedyny kontakt z jakimikolwiek WZZowskimi zgromadzeniami jaki Borowczak miał przed sierpniowym strajkiem, był jego dwukrotny udział w otwartych dla wszystkich wykładach. Nie ma to nic wspólnego ze spotkaniami działaczy Wolnych Związków i ich działalnością.

Lista kłamstw Borowczaka jest tak długa jak lista jego nikczemnych zachowań. Opisanie ich wszystkich wymagało by dużo więcej czasu niż na to zasługuje. Trzeba jednak rozumieć mechanizm działania tych zakłamań. W nieskończonej ilości wywiadów Borowczak rzuca krótkie hasła typu: my działaliśmy w Wolnych Związkach, spotykaliśmy się, konspirowaliśmy, drukowaliśmy, kolportowaliśmy ulotki. Do tego od czasu do czasu dorzuca znane ogólnie nazwisko i przy ciągłym powtarzaniu tych bzdur zostaje to w medialnym przekazie uznane za niepodważalną prawdę. Tymczasem, nic z tych rzeczy nią nie jest i gdyby nie istotna rola jaką ten człowiek odgrywa w zakłamywaniu historycznej prawdy, uznali byśmy jego opowieści za wynurzenia człowieka obłąkanego i nie poświęcali byśmy im ani jednej chwili.

Jak było naprawdę

Całą przygodę Borowczaka z opozycją można by ująć w kilku prostych zdaniach. Nie chodzi mi przy tym aby mu cokolwiek ujmować. Ten człowiek otrzymał na podstawie całkowicie zmyślonego życiorysu całą masę nagród, tytułów, orderów, a przede wszystkim pozycji skutkujących konkretnymi korzyściami finansowymi. I chociaż uważam to za oczywiste zło, to jednak nie jest to przyczyną, dla której mógłbym stracić choćby minutę snu. Nie mogę jednak zaakceptować, aby jego zakłamana biografia pozwalała mu na przyjęcie roli świadka naszej historii i narzucenie nam, a szczególnie ludziom młodym, swojego bezczelnego kłamstwa w zastępstwie niezbędnej prawdy.

Jest prawdopodobne, że Borowczak poznał Bogdana Borusewicza pod koniec 1979 roku. Jest to jednak ich prywatną sprawą, gdyż nawet jeżeli taka znajomość miała miejsce, to nie miała ona nic wspólnego z domniemaną działalnością Borowczaka w WZZW.
Wiosną 1980 roku pojawił się jako słuchacz na jednym lub dwóch otwartych dla robotników wykładów. W tym - na wykładzie Lecha Kaczyńskiego. Jakiś czas po tym Borusewicz przedstawił Borowczaka, Bogdanowi Felskiemu i Ludwikowi Prądzyńskiemu. Byli oni rzeczywistymi współpracownikami Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, przede wszystkim w Stoczni Gdańskiej. Na kilka tygodni przed sierpniem, Felski i Prądzyński zabrali Borowczaka do Słupska, aby na prośbę Borusewicza zapoznał się jak wygląda kolportaż niezależnych ulotek. Zanim się tam udali, Felski pojawił się w mieszkaniu Jana Karandzieja, aby odebrać potrzebne ulotki. Janek zwrócił uwagę na towarzyszącego Felskiemu nieznajomego mężczyznę, którym okazał się właśnie Borowczak. Kilka tygodni później, kiedy Borusewicz postanowił robić swój dziwny strajk poza plecami reszty działaczy WZZów, wybrał on Borowczaka na jednego z wykonawców swego planu, przyłączając go do Bogdana Felskiego i Ludwika Prądzyńskiego. I taka jest historia opozycyjnej działalności Jerzego Borowczaka.
On sam przywołuje jeszcze swój rzekomy udział w spaleniu ulicznej propagandowej tablicy, czego miał dokonać jako członek wałęsowej grupy ze Stogów. Problem w tym, że powołuje na świadków dwóch agentów bezpieki, TW. Bolek i TW. Hela. Osobiście nie dopisuję tego do jego „zasług” zupełnie świadomie i z życzliwości, gdyż ten akt uznaliśmy w WZZach jako ubecką prowokację, którą wspomniani agenci próbowali się uwiarygadniać przed związkowymi kolegami. Dla jego dobra zakładam, że Borowczak w swej nieświadomości nie ma o tym pojęcia, tak więc trudno jest używać to przeciwko niemu.

Jeśli chodzi o epizod strajkowy, najbardziej rozreklamowany i przez to najbardziej znany, to muszę tu wyraźnie zaznaczyć, że jest faktem niezaprzeczalnym, że 14 sierpnia Borowczak przekonał do udziału w strajku grupę pracowników swojego wydziału i razem z nimi wyszedł na zewnątrz hali. Tam przyłączył się do innych i razem z nimi rozpoczął stoczniowy protest. Nie mam żadnego zamiaru ujmować czegokolwiek z tej ówczesnej jego postawy. Jeżeli oczywiście założymy, że jego intencje w tamtym momencie były szczere, to taka postawa wymagała choćby minimum chwilowej odwagi.

Niemniej prawdą jest, że jego znajomość z Borusewiczem, a później za jego sprawą z Felskim i Prądzyńskim, nigdy nie przełożyła się na jakąkolwiek znajomość, a tym bardziej jakąkolwiek bezpośrednią, wspólną działalność z działaczami WZZW. Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża były grupą około 30 - 40 aktywnych działaczy. Ta liczba czasem rosła, czasem zaś malała. Wspierała ich niewiele liczniejsza grupa sympatyków i współpracowników. Nikt z tej grupy nigdy przed sierpniem nie słyszał o istnieniu Borowczaka. Żaden z nas nie znał go i on nie znał żadnego z nas. I z całą pewnością nikt z nas nigdy nie prowadził z nim żadnej wspólnej działalności opozycyjnej!

Wymownym przykładem tej prawdy może być zdarzenie, kiedy Borowczak podając się za działacza WZZW, zapytany został podczas jednego z programów telewizyjnych o Andrzeja Bulca, który był jednym z pierwszych członków komitetu założycielskiego WZZW i jednym z najaktywniejszych działaczy, nie miał żadnego pojęcia o kim mowa. Sytuację tą opisywał w jednym ze swych artykułów dr. Sławomir Cenckiewicz.
W tym świetle co najmniej dziwnie wygląda zapis w Encyklopedii Wikipedii, który przy nazwisku Borowczaka podaje: „Należał do aktywnych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża”. Natomiast Encyklopedia Solidarności, dając pewien kredyt zaufania wyznaniom Wałęsy i Borusewicza, sprowadza jednak jego historię na właściwe tory stwierdzając: „Od 1980 współpracownik WZZ Wybrzeża”.
Dla pokazania absurdu opowiadań Borowczaka posłużę się taką oto hipotetyczną sytuacją. Wyobraźmy sobie, że na zjazd absolwentów jakiejś klasy, po wielu latach przyjeżdża człowiek, który twierdzi, że był nie tylko uczniem tej klasy, ale wręcz najpopularniejszą i najbardziej znaną postacią w tym gronie. Nikt jednak nie ma pojęcia kim on jest. Nie zna go żaden były uczeń, ani też żaden z nauczycieli. Sam przybysz nie potrafi również rozpoznać nikogo spośród zebranych. Jedynym, który twierdzi, że go pamięta jest ten, który swe szkolne lata spędził w oślej ławce za to, że nagminnie kłamał i oszukiwał.
Taka sytuacja jest dla większości ludzi nie do wyobrażenia, a już na pewno nie do zaakceptowania. Tymczasem każe się nam przyjąć taki absurd za prawdę w sytuacji dotyczącej historycznego świadectwa. A to dlatego, że świadectwo to nie ma być w swym założeniu prawdą. Ma tylko służyć wsparciu stworzonego substytutu tej prawdy.

Borowczak zdaje sobie oczywiście sprawę z tego, że kilka pojedynczych epizodów, które sprawiły wrażenie, że znalazł się na chwilę w pozornie bliższym dystansie do Wolnych Związków, nie mogą uczynić go świadkiem wydarzeń wewnątrz grupy, w której nigdy nie był. Dlatego też od lat z pomocą zakłamanych mediów tworzy wrażenie byłego działacza. Czyni to często w sposób wręcz żałosny i gdyby nie skutki jego poczynań można by to czasem nawet uznać za zabawne.
W jednym z wywiadów Borowczak odnosi się do stwierdzenia Danuty Wałęsy o jej samotności jako żony, mówiąc refleksyjnie: „Ciągle nas nie było, byliśmy w opozycji”.
To porażające głupotą wyznanie jest zupełnie typowym dla jego autora. Czytając takie bzdury można by odnieść wrażenie, że człowiek, który nigdy nie był częścią żadnej opozycji, spędził znaczną cześć swego życia w jakimś oddziale leśnej partyzantki, dla której porzucać musiał rodzinę i środowisko na długie miesiące czy nawet lata.
W innym wywiadzie nasz „bohater” odnosi się do swej znajomości z dzisiejszym prezydentem: „-Bronek Komorowski, mówię tak, bo znamy się ponad 30 lat, z młodych lat opozycji...”.
To już zaczyna przybierać kształt obłędu.
W jednym z telewizyjnych wywiadów odnosząc się do zatrzymań i aresztowań opozycyjnych działaczy stwierdza rozbrajająco: „...bardziej to robiliśmy na wesoło”.
I byłoby to może rzeczywiście wesołe, gdyby nie było żałosne, gdyż Jerzy Borowczak nigdy przed sierpniem nie był ani aresztowany ani nawet zatrzymany. Te, wytwory chorej wyobraźni, jakkolwiek żałośnie brzmiące, mają spełniać bardzo konkretne zadanie. Mają stwarzać wrażenie bezdyskusyjności rzekomej opozycyjnej działalności Borowczaka.
Taką samą sugestią ma być informacja, że Jerzy Borowczak podarował muzeum ECS blachy do powielania ulotek. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że Borowczak nie wydrukował w życiu choćby jednej pojedynczej ulotki. Ta sama informacja podaje również, że Borowczak przekazał ECS także pałkę milicyjną i kajdanki, które miał jakoby odebrać zomowcowi podczas jednego ze starć w latach 80tych. No cóż, w tym wypadku nie pozostaje nic innego jak tylko uśmiechnąć się ze szczerym politowaniem.
Dużo mniej zabawnym szczytem bezczelności jest wyznanie Borowczaka odnoszące się do budynku MKZ Solidarność, o którym mówi: „Zajęliśmy 3cie piętro byłego hotelu przy ul. Grunwaldzkiej 103, w pomieszczeniach po klubie - Ster - zrobiliśmy drukarnię”.
Nie wiem kogo Borowczak ma na myśli mówiąc „my”, bo jakby nie było nie miał z MKZem nic wspólnego. Jednak ohyda tego wynurzenia leży w tym, że jedyny związek jaki Borowczak miał później ze wspomnianą drukarnią był fakt, że współorganizował bojówkę by na nią napaść(!) W tym momencie ironicznego znaczenia nabiera określenie „zajęliśmy”. Opisuję to wydarzenie w szczegółach w dalszej części mojej książki.

Kłamstwa Borowczaka dotyczące rozpoczęcia sierpniowego strajku opisałem w innej części tych wspomnień, więc nie będę ich powtarzał. Przypomnę tylko jak wyglądała ich spójność przywołując przykład dwóch wybranych wywiadów Borowczaka. W 2010 roku nasz „bohater” mówi w jednym z wywiadów: „Kiedy razem z Bogdanem Borusewiczem pierwszego dnia, czyli 7 sierpnia się spotkaliśmy i planowaliśmy strajk w Stoczni Gdańskiej, pierwszą osobą, którą wytypował Bogdan Borusewicz był Lech Wałęsa..”.
W tym samym roku(!) w innym wywiadzie Borowczak opowiada: „W niedzielę 10 sierpnia, byliśmy na spotkaniu, na którym świętowaliśmy zwolnienie z aresztu Tadeusza Szczudłowskiego i Dariusza Kobzdeja. Przyszła też Anna Walentynowicz i powiedziała, że zwolniono ją z pracy.(...) Lech Wałęsa rzucił pomysł, że trzeba pani Ani bronić i najlepiej to zrobić strajkiem”.
Nie trzeba chyba tłumaczyć, że jeżeli każe nam się traktować takie świadectwa jako fundament dla ustalania prawdziwości naszej historii, to skazani jesteśmy na jej całkowite zakłamanie.

W tym momencie zwrócę więc uwagę na bardzo wymowną, a jednocześnie nie zauważaną okoliczność życiorysu Jerzego Borowczaka.
Pośród wielu danych w jego biografii znajdujemy z pozoru drobną informację: „Od 8 sierpnia 1980 rozpracowywany przez Wydz. IIIA KW MO w Gdańsku w ramach SOS [sprawa operacyjnego sprawdzenia] krypt. Wojak”. Ta, jak by się mogło wydawać sucha notka o zainteresowaniu bezpieki osobą Borowczaka, staje się intrygującą, kiedy zwrócimy dokładniejszą uwagę na datę.
Przypomnę więc, że 7 sierpnia została zwolniona z pracy Anna Walentynowicz. Natychmiast po tym, bo następnego dnia, 8 sierpnia bezpieka postanawia objąć akcją sprawdzenia człowieka, który nie ma z Anną Walentynowicz nic wspólnego, nie jest aktywnym działaczem żadnej opozycyjnej grupy i nie ma jeszcze w tym momencie najmniejszego pojęcia o dokonanym dzień wcześniej wyrzuceniu pani Ani z pracy w Stoczni. Bezpieka okazuje nagle swe zainteresowanie jego osobą w tym samym czasie, w którym w obliczu wybuchających strajków, nie wykazuje żadnego zainteresowania aktywnymi działaczami Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża!
Trudno nie zadać sobie pytania co wzbudziło zainteresowanie bezpieki w osobie Borowczaka, w tym właśnie konkretnym momencie?
Pod jakim kątem postanowiono nagle sprawdzić tego człowieka?
Czy w takim razie wybór Borowczaka przez Borusewicza do wywołania strajku w stoczni był przypadkowy?

Kiedy wrócimy do wspomnianej wcześniej wypowiedzi gen. Darzynkiewicza w odniesieniu do konkretnych oczekiwań wywiadu wojskowego wobec żołnierzy na misjach pokojowych, to takie pytanie wydaje się jeszcze bardziej interesujące.

Czy są granice podłości?

Jerzy Borowczak dostał swoje niewątpliwe piętnaście minut sławy podczas sierpniowego strajku i po jego zakończeniu znalazł się w Komisji Zakładowej Solidarności w Stoczni Gdańskiej. Tak zaczynała się jego kariera, którą ja nazwałbym drogą gwałtownego moralnego upadku. Niemal natychmiast stał się ochoczym wykonawcą najgorszych nawet zamysłów Wałęsy. Od tej pory jego głównym zajęciem stało się aroganckie i bezczelne atakowanie rzeczywistych czy urojonych przeciwników jego idola. Podczas całego okresu istnienia Solidarności Jerzy Borowczak skupiał się na zajadłym zwalczaniu i obrzucaniu najgorszego typu pomówieniami działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Tych samych, z którymi miał rzekomo tak dzielnie działać. Jako wykonawca wałęsowych zamysłów zwalczał zaciekle Joannę i Andrzeja Gwiazdów i wszystkich, którzy z nimi współpracowali. Stosował przy tym iście odrażające metody.

Jeżeli czytelnikowi wydaje się nieco rażącym wyraźny ładunek niechętnych czy wręcz wrogich emocji jakich nie mogę ukryć w stosunku do tego człowieka, to jestem przekonany, że następujący opis w pełni wyjaśni ich źródło.
Nikt, nigdy nie dowiedział by się o istnieniu Jerzego Borowczaka, gdyby nie rozreklamowany mocno krótki epizod związany z rozpoczęciem sierpniowego strajku w Stoczni. Od samego początku opowiada o tym, jak do przyłączenia się do słynnego strajku pchnęło go uczucie solidarności z prześladowaną Anną Walentynowicz, którą w swej przebieglej hipokryzji określał jako swoją przyjaciółkę.

Tymczasem już krotko po strajku, Borowczak będąc członkiem Komisji Zakładowej Stoczni Gdańskiej, idąc w ślady Wałęsy, rozpętał kampanię oszczerstw pod adresem Anny Walentynowicz. Były to ataki i pomówienia brudne i poniżające. Wkrótce stał się siłą napędową obrzydliwych napaści na nią, obrzucając ją błotem wszelkiego rodzaju fałszywych pomówień i oskarżeń. Kiedy Lech Wałęsa zdecydował się doprowadzić do jej wyrzucenia z prezydium MKZ w Gdańsku, to właśnie Borowczak, jej rzekomy przyjaciel i domniemany WZZowski współkonspirator, podjął się tego brudnego zadania. Tak więc kiedy przy wsparciu bezpieki Wałęsa ogłaszał Annę Walentynowicz za niegodną Solidarności, Jerzy Borowczak nie tylko się pod tą deklaracją podpisał, ale z całym zapałem podjął się roli przewodniczącego komisji dyscyplinarnej, rozpatrującej sprawę Anny Walentynowicz. To właśnie ta komisja pod jego przewodnictwem wydała słynne oświadczenie: „Z uwagi na nie wywiązywanie się z obowiązku członka Prezydium, oraz niegodne reprezentowanie naszego związku(!), odwołuje się natychmiast kol. Annę Walentynowicz z Prezydium MKZ Gdańsk”.

Tak więc, Borowczak, który całą swoją karierę zbudował na wysługiwaniu się kłamcy i agentowi bezpieki stwierdzał teraz, że Anna Walentynowicz była niegodna reprezentowania związku Solidarność. Tego samego, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej powstał ze strajku w jej obronie! Jak szyderczo brzmią w tym momencie słowa Borowczaka, które miał czelność wygłaszać jeszcze w 2005 roku wspominając swój „bohaterski” udział w rozpoczęciu sierpniowego strajku: „A ja wam powiem szczerze, że chodziło mi tylko o naszą przyjaciółkę, Anię Walentynowicz...”.
W tym samym czasie ta sama Anna Walentynowicz, którą tak bezczelnie nazywał swą przyjaciółką, już od lat nie podawała mu ręki i traktowała całkowitym milczeniem. Sam Borowczak nie zakończył na tym swej podłej zdrady. Przez trzydzieści lat po jej wyrzuceniu ciągle prowadził krucjatę obrzydliwych kłamstw i pomówień przeciwko pani Ani. Absolutny szczyt swego upodlenia osiągnął, kiedy po jej śmierci występując na rożnych oficjalnych pośmiertnych uroczystościach, wykorzystywał każdą okazję by budować swą popularność, podając się za jej serdecznego przyjaciela. Opowiadał wówczas o rzekomych wizytach w jej domu, gdzie miał pić herbatę i dyskutować z nią wszystkie możliwe życiowe dylematy. Jednak już trzy miesiące później, w sierpniu 2010 roku, kiedy ona sama nie doczekała się jeszcze prawdziwego pochówku, Jerzy Borowczak w udzielonym wywiadzie mówił: „Było parę osób, które kombinowały już w stoczni, miały jakieś nadzwyczajne ambicje. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Anna Walentynowicz i Gwiazdowie od pierwszych dni budowania Solidarności mieli inną wizję Polski i robili dla tej Polski raczej gorsze rzeczy niż lepsze(!)”. Nie było to ostatnie oszczerstwo jakie w stosunku do niej wypowiadał już po jej śmierci.

Anna Walentynowicz cieszyła się w naszej WZZowskiej rodzinie tak ogromnym szacunkiem, że niełatwo jest zachować spokój wspominając krzywdę, jaką wyrządził jej ten odrażający człowiek. Przez długie lata prześladowana była przez komunistyczną bezpiekę w każdy możliwy sposób. Wielokrotnie więziona i aresztowana, przeżyła próbę otrucia, przyjęła z godnością niezliczoną ilość trudnych do wyobrażenia upokorzeń. Przy całej tej długiej liście prześladowań nie miała zwyczaju narzekać. Przyjaciołom zwierzała się jednak, że najbardziej bolesną krzywdę wyrządzono jej, uznając ją niegodną reprezentowania Solidarności, której dała początek i której poświeciła całe serce. Czuła się oszukaną i zdradzoną.
Do szczegółów wyrzucenia Anny Walentynowicz z MKZ Solidarności w Gdańsku wracam w innej części mojej książki.

Jerzy Borowczak nigdy nie zaprzestał wysługiwać się swym „twórcom” i prowadził kolejne krucjaty oszczerstw. Atakował publicznie Joannę i Andrzeja Gwiazdów, Krzysztofa Wyszkowskiego, śp. Lecha Kaczyńskiego i wielu innych. Jeszcze nie tak dawno, ten mizerny charakter i jednodniowy „bohater” wyrzucał z siebie jad nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego, nazywając go tchórzem. Tego samego, który swą opozycyjną działalność rozpoczynał na długie lata przed tym zanim „dzielny” Borowczak dowiadywać się miał w dalekim Egipcie o Wolnych Związkach, do których mimo deklarowanego zapału nigdy naprawdę nie trafił.
W artykule z 2009 roku pt.”Mistrzowie Manipulacji” jego autor, bloger -Illuminatus- zauważa: „Jednak w osłupienie wprawia dopiero głos Jerzego Borowczaka. Działacza, który pięć minut przed strajkiem i pięć minut po strajku w stoczni, nie był równorzędnym partnerem w dyskusji dla żadnego z braci Kaczyńskich. Borowczak w latach 1980-1981 realizował w Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Stoczni Gdańskiej interesy Wałęsy. Na jego polecenie brał udział w wyeliminowaniu Anny Walentynowicz z władz gdańskiej Solidarności, a następnie przyczynił się do szykanowania działaczki na terenie zakładu”.

Borowczak nie przebierał i wykonywał wszystkie pomysły Wałęsy bez specjalnego namysłu. We wrześniu 1981 roku współorganizował bojówkę i uczestniczył wraz z nią w napadzie na drukarnię ZR Solidarności w Gdańsku. Pod hasłem i pretekstem wyczyszczenia jej z agentów bezpieki, wyrzucał załogę tej drukarni. Obok oczywistego przestępczego charakteru tego przedsięwzięcia, ciekawym może wydać się fakt, że Borowczak nie miał pojęcia, że ludzie, których wówczas z pomocą innych wałęsowych prowokatorów wyrzucał, byli działaczami Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Tymi samymi, z którymi przecież miał rzekomo działać. Historii tego napadu poświęcam osobny rozdział tej książki.

Tą wybitną działalność Borowczaka przerwał dopiero stan wojenny, kiedy to tydzień po jego wprowadzeniu został on internowany w ośrodku odosobnienia w Iławie. W porównaniu z innymi internowanymi został jednak zwolniony nadzwyczaj szybko, bo już zaledwie po trzech miesiącach.
Porównajmy to z sytuacją naszego kolegi Tomka Wojdakowskiego. Tomek był aktywnym i znanym działaczem Wolnych Związków. Został internowany w nocy z 12 na 13 grudnia i jako jeden z pierwszych przewieziony do więzienia w Strzebielinku. Tomek cierpiał w tamtym czasie na poważną wadę serca. Istniało poważne i bardzo realne zagrożenie jego zdrowia. Władze stanowczo sprzeciwiały się jego zwolnieniu. Przez jakiś czas nawet stanowcze działania przedstawicieli episkopatu nie dawały rezultatów. Dopiero bezpośrednie zaangażowanie się w sprawę samego Prymasa pozwoliło wyciągnąć Tomka z więzienia.

Jeden z wielu życiorysów Borowczaka podaje, że został działaczem podziemnej Solidarności. Jest to kolejny, oczywisty wymysł jego wyobraźni. Borowczak nigdy nie podjął żadnej podziemnej działalności w okresie stanu wojennego. Został co prawda zwolniony ze Stoczni, ale w odróżnieniu do innych działaczy Solidarności nie miał żadnego problemu ze znalezieniem pracy. Znalazł bez trudu zatrudnienie w kilku kolejnych zakładach, pracując nieprzerwanie do roku 1989, kiedy to został przywrócony do pracy w Stoczni Gdańskiej. Od tej pory zaczyna się jego zdumiewająca kariera. Najpierw wspina się po szczeblach kariery związkowca w tej samej Solidarności, którą jego kolega Wałęsa najpierw rozmontował, a potem wraz z komunistami przemianował na nową, pozbywając się po drodze demokratycznie wybranych wcześniej prawdziwych działaczy. Zastąpił ich właśnie ludźmi takimi jak usłużny mu Borowczak.

Po zdradzie okrągłego stołu Borowczak zaczyna drugą cześć swojej kariery. Opisywał ją szczegółowo były radny miasta Gdańsk, Ryszard Śnieżko. Szybko zajął najwyższe stanowiska w przefarbowanym związku. Będąc jego przewodniczącym w Stoczni Gdańskiej, został w tym samym czasie prezesem klubu sportowego Polonia. Była to sytuacja szczególna, gdyż otrzymywał wynagrodzenie za dwa pełne etaty, na których „pracował” jednocześnie w tym samym czasie. Jak podaje Ryszard Śnieżko, Borowczak nie marnował czasu i szybko został członkiem kilku rad nadzorczych rożnych spółek. Jego żona, z zawodu szwaczka po zasadniczej szkole odzieżowej, zasiadła niespodziewanie w radzie nadzorczej w firmie telekomutacyjnej PTK Centertel obok wybitnych francuskich ekspertów z dziedziny informatyki i telekomunikacji. Jak się okazało, nawet nieznajomość języka francuskiego nie okazała się problemem. Po drodze Borowczak otrzymał jeszcze kilka służbowych mieszkań i innych atrakcyjnych dodatków, a przede wszystkim stanowisko dyrektora Fundacji Centrum Solidarności, która pozwoliła mu na dalsze, tym razem jawnie opłacane zakłamywanie naszej historii.

Z czasem rozpoczęła się trwająca do dziś kariera polityczna Jerzego Borowczaka, w której szczegóły nie ma sensu wchodzić. Natomiast należy w tym miejscu zacytować słowa Jerzego Borowczaka wypowiedziane w jednym z telewizyjnych wywiadów. Odnosząc się do swej wydumanej działalności w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża, Borowczak powiedział: „Nie robiliśmy tego dla pieniędzy, nie robiliśmy tego dla kariery, bo musielibyśmy być psychicznie chorzy żeby wierzyć, że dożyjemy wolnej Polski”. To krótkie wyznanie jest całkowicie charakterystyczne dla Jerzego Borowczaka. Z jednej strony przyznaje się do robienia czegoś, czego nigdy nie robił, z drugiej zaś odżegnuje się od czerpania korzyści, co robi na naszych oczach od wielu lat.

Czego jednak możemy oczekiwać od człowieka, który jeszcze niedawno udzielając wywiadu powiedział wprost: „Dzisiaj musimy zapomnieć o Solidarności z lat osiemdziesiątych(!)”.

Wspomniany Ryszard Śnieżko podsumowuje osobę Jerzego Borowczaka jednoznacznie, stwierdzając: „J.S. Borowczak jest synonimem: cwaniactwa, prywaty, układów, kolesiostwa, niekompetencji i protekcji i używając słów pani prof. Staniszkis należy do tzw. klasy pasożytniczej(...) Nie bez powodu, w prasie nazwano go; solidarnościowiec bez solidarności”.

Jerzy Borowczak jest typowym zapiekłym aktywistą, przypominającym do złudzenia partyjnych klakierów z czasów głębokiego PRLu. Jest w swych wrednych poczynaniach zajadły do tego stopnia, że nie sposób nie zastanawiać się, czy przyczyną tych działań są tylko skromne intelektualne możliwości i braki charakteru, czy też coś więcej. I chociaż poklask, nagrody, odznaczenia, a przede wszystkim pozycje i korzyści materialne wydają się wystarczającą przyczyną dla takiego zachowania, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że powód może być jeszcze inny.

Lech Zborowski
wzzw.wordpress.com
fot. facebook.com/jerzy.borowczak/photos

fot. Maciej Kosycarz - kfp.pl (źródło: jerzy-borowczak.pl)

Przeczytaj pozostałe części:

10
Średnio: 10 (17 votes)

Czekałem na ten artykuł,

i będę czekał na następne jeśli są w planach.
Pozdrawiam serdecznie
Honic

portret użytkownika WZZW

Honic

wzzw.wordpress.com

Dziekuje. W nastepnym odcinku kilka slow o postaci Henryki Krzywonos.
Pozdrawiam
Lech Zborowski

portret użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl

Lech Zborowski

Będąc na w pierwszym terminie pogrzebu rzekomo śp. Anny Walentynowicz, którego udziału broń Panie Boże nie żałuję, podczas którego poznałem przypadkowo sąsiadki św. Pamięci Anny Walentynowicz z mieszkania przy ul. Grunwaldzkiej, dla trolli i Tomaszków zaręczam, ze bardzo małego, w przeciwieństwie do Bolków, Borsuków, Borowczaków i inszych wymownych i niewymownych zaprzańców, rzekomych wytrwałych i heroicznych bojowników, chyba, że o własne, to i tak, to i owszem.
Gdy te panie, sąsiadce stojące obok mnie z kolegą zobaczyły szklące się moje oczy spytały czy znałem śp. Annę Walentynowicz, odrzekłem, że tak a pierwszy takie większy kontakt z Nią miałem w dniu 16 sierpnia 1980 roku, gdy przekrzykiwałem się z Nią ponad zaspawaną bramą między naszymi stoczniami, Gdańską Stocznią Remontową, a Stocznią Gdańską im. Lenina (celowo piszę o jej imieniu, bo nią dowodzili wówczas bojówkarze Bolka i Borowczako-podobnych z wyłączeniem niektórych tylko nazwisk spośród tego grona).
Wówczas te panie tak skomentowały obecność na pogrzebie śp. Anny Walentynowicz, co po niektórych zaprzańców i śmiertelnych wrogów przybyłych na uroczystości pogrzebowe do kościoła.
Podczas mszy pogrzebowej w kościele poznałem też koleżankę śp. Anny Walentynowicz, która była internowana z Śp. Anną Solidarność w Gołdapi.
Opowiadania przeciągnęły się aż na cmentarz podczas ostatniej drogi z kaplicy cmentarnej aż do samego grobu rodzinnego. Szliśmy razem z kolegą, który tak jak i ja pomagał iść tym starszym paniom, które nam przedstawiły się już w kolegiacie jako sąsiadki śp. Anny Walentynowicz.
Idąc pod rękę z tymi sąsiadkami za trumną śp. Anny Walentynowicz z cmentarnej kaplicy Cmentarzu Srebrzysko ich opowiadania o swojej zmarłej sąsiadce nie miały końca przez dość długą drogę od kaplicy do miejsca Jej spoczynku.
Obie sąsiadki oświadczyły, że Borowczak łże jak bura suka w wywiadzie telewizyjnym udzielonym telewizorowniom przez kościołem Św. Brygidy po lub przed mszą świętą w intencji tragicznie zmarłem śp. Anny Walentynowicz (widziałem i słyszałem ten wywiad na własne oczy i uszy).
W tym wywiadzie Borowczak przedstawiał siebie jako wielkiego przyjaciela śp. Anny Walentynowicz, że u niej bywał w jej mieszkaniu przy Grunwaldzkiej na proszonych herbatkach i domowego wypieku ciasteczkach.
Sąsiadki tym kłamstwom zaprzeczyły i oświadczyły mi jak i dla mojego kolegi Artura, że śp. Anna Walentynowicz mogła go przyjąć tylko przed progiem i ze szmatą w dłoni by tego gnojka nią obłożyć, a nie wpuszczać czy zapraszać na herbatkę czy ciasteczka.
Niestety nie pamiętam ani imion ani nazwisk tych sąsiadek, do której w drodze z kaplicy nad grób dołączyła jej córka i inni członkowie rodziny, którzy mogą zaświadczyć temu, co piszę wyżej.
Zresztą sama śp. Anna Walentynowicz w czasie naszych licznych i długich rozmów telefonicznych mówiła o tych szmatach, na które w jej domu zawsze czeka szmata na przywitanie.
Było to podczas naszych licznych telefonicznych rozmów (nawet w tym celu zaordynowałem sobie pakiet gratisowych minut na te nasze długie rozmowy, bo Anna czuła się w tamtym okresie bardzo osamotniona ) gdy wspominaliśmy nasze wspólne przeżycia jak i nasze spotkania w tym w areszcie Śledczym w Gdańsku jakie mieliśmy przypadkowo przy okienku w administracji, w którym śp. Anna Walentynowicz zdawała do depozytu złoty medalik na łańcuszku, o którym to fakcie opowiedziałem jej synowi Januszowi Walentynowicz po pogrzebowej mszy świętej podczas Jej drugiego pogrzebu w dniu 28.09.2012 roku.
Tak więc zarówno sama śp. Anna Walentynowicz jak i jej sąsiadki zaświadczyły o tym, że Borowczak był osobą niepożądaną w jej środowisku, a tym bardziej w jej mieszkanku przy ulicy Grunwaldzkiej w Gdańsku Wrzeszczu.
Jak przystało na porządnego chomika, posiadam do dziś w swoich zbiorach archiwalnych rachunki telefoniczne z tamtego okres.
Tyle co mogę napisać o tej łajzie stoczniowej.
No i nie tak dawno pisałem w jednym ze swoich komentarzy o tym bolkowym bufonie, w tym o tym jak się on zachowała w stosunku do Pani Olszewskiej z kiosku z pamiątkami, która zwróciła się do jego w wsparcie finansowe na zakup kwiatów i zniczy pod pomnik Poległych Stoczniowców w Gdańsku, gdy ten jako jeden z dyrektorów stoczni wypłacał pieniądze z bankomatu przy historycznej stoczniowej bramie Nr 2.

Pozdrawiam serdecznie.

Obibok na własny koszt

PS
Chociaż moje informacje nie są istotnymi, to jednak warto przekazać innym moje świadectwo o tym co mówiła śp. Anna Walentynowicz jak i jej sąsiadki, co niniejszym uczyniłem.
Onwk.

PPS
W chwili wolnego czasu napisze kolejny komentarz i w nim ustosunkowuje się już i li tylko do treści samej notki Autora.
Onwk.

portret użytkownika WZZW

obiboknawlasnykoszt

wzzw.wordpress.com

Dziekuje za to swiadectwo. Zdecydowanie nie zgadzam sie z Panskim okresleniem przytaczanych przez Pana informacji jako nieistotne. To wlasnie takie relacje daja mozliwosc porownania z innymi i ulozenia wszystkich czesci opisywanej prawdy w skladna calosc. Wielu ludzi przekazuje informacje w rozmowach tak jak to uczynily wlasnie sasiadki Anny Walentynowicz w rozmowie z Panem. Takie relacje jesli nie sa spisane i przekazane dalej po prostu gina. Bardzo prosze opowiadac. Mial Pan stycznosc z roznymi wydarzeniami. Nawet jezeli wydaja sie czasem malo istotne to trzeba je notowac bo ich wartosc moze okazac sie bardzo duza w polaczeniu z relacjami innych swiadkow.
Pozdrawiam
Lech Zborowski

dodatkowo potwierdzaj sie obie relacje

ze ten caly "Wojak" to nie byl przyjacielem
p. A.Walentynowicz.

Czy "Wojak" nie byl zwyczajnym spiochem wyslanym do Trojmiasta
juz po sluzbie na Golan?
Przeciez to byly czasy gdy juz brakowalo towaru w sklepach, bylo po Radomiu, po powstaniu ...KOR wiec waadza mogla spodziewac sie, ze wkrotce przyjdzie czas na kolejne zadymy
Potem w odpowiednim momencie tylko "Wojaka " powolano do dzialania na poligonie....
Przeciez Trojmiasto to bylo okno na swiat - przyplywali nasi i obcy marynarze - trafialy tamtedy i rozne dobra i wiesci z normalnego swiata.

"w ramach SOS [sprawa operacyjnego sprawdzenia]
krypt. Wojak”.
Dlaczego MO dalo mu kryptonim Wojak - pewnie duzo o nim wiedzieli a "sprawdzanie " go bylo tylko przykrywka uwiarygadniajaca.
Pare klikniec i w "szambie kwitow"
da sie przeczytac,ze
" JERZY STANISŁAW
Nazwisko BOROWCZAK
Nazwisko rodowe
Data urodzenia 15.11.1957
Imię ojca KAZIMIERZ
Imię matki JÓZEFA
Miejsce urodzenia BIAŁOGARD"

powtarzam BIALOGARD => miasto towarzysza Stolzmana.
Byc moze Borowczak znal nawet dobrze, niewiele od siebie starszego Aleksandra K.
W ostatecznosci miasteczko tamto
http://pl.wikipedia.org/wiki/Bia%C5%82ogard
liczylo w 75' zaledwie 22 tys ludzi a w takich miejscach wszyscy sie znaja ...

portret użytkownika WZZW

Emir

wzzw.wordpress.com

Wszystkie Panskie pytania i sugestie maja twarde podstawy. Pokrywaja sie z moimi.
Przyznam tez, ze rowniez zastanawilem sie nad sprawa kryptonimu SOS Borowczaka. Nie wchodzilem w sprawe przy pisaniu bo czasem trzeba uwazac zeby spraw nie rozmydlac przez zbyt duza ilosc opinii. Jest jednak faktem, ze bezpieka przykladala ludziom rozpracowywanym lub sprawdzanym kryptonimy, ktore bezpiece najbardziej sie z nimi kojarzyly. Wystarczy sprawdzic kryptonimy spraw dzialaczy WZZow np. Pienkowska - "pielegniarka", Walentynowicz -"suwnicowa", Gwiazda - "brodacz" itd.
Dlaczego wiec Borowczak nie zostal np. "stoczniowiec" albo
traktorzysta" czy cokolwiek innego, a wlasnie "wojak"?
Zgadzam sie, ze to sugeruje iz bezpieka postrzegala jego sluzbe wojskowa jako charaktryzujaca jego osobe.
Pozdrawiam
Lech Zborowski

Bolek- wojak, ten oszust - wojak

i w mamy teraz kolejnego legendarnego "WOJAKA' jako, jak nam już wmiawiaja charyzmatycznego wodza w Związku Zawodowym, do tego tym samym

Nathanel

Nie da się iść dwiema drogami na raz.

Re: JERZY BOROWCZAK – FUNKCJONARIUSZ KŁAMSTWA

W większości są to znane wydarzenia z tamtych czasów tylko postubeckie media robią wszystko żeby "uprawdopodobnić" wersję swoich współpracowników o których Pan pisze.
Ciekawa może też być rola Borsuka pełniona w tamtych czasach oraz czym się kierował obecnie (dał zastraszyć?, jakieś 'kwity'?) ukrywając taśmy z nagraniami Bolka o współpracy z bezpieką.
Następne notki wydaje się będą równie ciekawe, pozdrawiam.
To ya.

portret użytkownika WZZW

rejms

wzzw.wordpress.com

Ma Pan calkowita racje, ze najczesciej sa to wydarzenia znane. Ja uzyl bym raczej okreslenia informacje do znalezienia ale z reguly rozproszone. Ja staram sie je zbierac aby wiecej ludzi moglo sie o nich dowiedziec. Jakis czas temu pisalem bardzo podobny tekst. Rzecz w tym, ze klamcy probuja przemilczaniem zamiatac takie swiadectwa pod dywan i licza na zapomnienie o nich. Internet ma jednak to do siebie, ze teksty sie tam nie rozplywaja i pozostaja. Dlatego trzeba je w takiej czy innej formie wydobywac na swiatlo dzienne. Ludzie dzis nie maja czasu wyszukiwac wszystkich detali nawet jesli sa dla nich interesujace. Jezeli chcemy aby prawda kiedys wyszla jako calosc to trzeba jej elementy odgrzewac, bo za kazdym razem kilka nowych osob sie o nich dowiaduje.
O Borsuku juz troche pisalem w pierwszej czesci. Mam nadzieje, ze mial Pan szanse przeczytac. Jesli nie to polecam.
Pozdrawiam
Lech Zborowski

Służbowy wyjazd zagraniczny

"Jak na tamte czasy niezwykle atrakcyjną i do tego płaconą w dewizach. Nie każdy mógł jednak się na taką atrakcyjną formę „służby” załapać. Trzeba było być zakwalifikowanym na podstawie właściwej opinii dowództwa."

Młodzi pewnie nie pamiętają że w tamtych czasach istniały paszporty służbowe i na wyjazdy prywatne. Żeby móc wyjechać służbowo na zachód trzeba było dostać służbowy paszport i ja się o takowy starałem. W pracy uzyskałem wszelkie zgody i wystąpiliśmy o paszport służbowy dla mojej skromnej osoby. Nagle zostałem wezwany pisemnie do pałacu Mostowskich która była stołeczną siedzibą SB, pułkownik miło ze mną rozmawiał o wyjeździe i stwierdził że wie o mojej opozycyjnej działalności ale wyraża zgodę na mój wyjazd który nawet jest mu na rękę i podsuwa mi jakiś kwitek do podpisu. Czytam i oczom nie wierzę bo to zgoda na współpracę z SB. Ja mu mówię że takiego świstka nie podpiszę a on pyta to po diabła mu głowę zawracam i czas zabieram. Dodał że nikt nie wyjechał z mojej firmy na zachód bez podpisania takiego kwitu. I tak zakończyły się moje plany wyjazdowe ;)

Myślę że Borowczak też zanim wyjechał musiał tu na miejscu podpisać podobny kwitek tyle że dotyczący służb wojskowych. Dlatego nie można go dziś zweryfikować.

portret użytkownika WZZW

JaN

wzzw.wordpress.com

Ciesze sie, ze Pan to swoje przezycie z niedoszlym wyjazdem tak dokladnie opisal. Ludziom mlodym trudno czasem sie do takich rzeczy odniesc i dobrze zrozumiec gdyz ich swiat wyglada zupelnie inaczej i takie sprawy nie zawsze sa dla nich zrozumiale. Zreszta, nawet ludzie zyjacy w tamtych czasach nie zawsze mieli z takimi sytuacjami stycznosc. Dlatego takie bezposrednie opisy wiele wnosza.
Co do Panskiego przypuszczenia w stosunku do Borowczaka to jest ono jak najbardziej logiczne i dlatego calkowicie je podzielam.
Pozdrawiam
Lech Zborowski

portret użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl

Lech Zborowski

Czytam a to Pana artykuł, a to przeglądam otrzymane jak i posiadane materiały o strajku drukarzy w MKZ w Gdańsku i znam osoby w nim uczestniczące w tym delegata z Naszej Gdańskiej Stoczni Remontowej, o który nie miałem i nie mam najlepszego zdana.
Taki piskorz.

Gdy przeczytałem o pamiętnym najściu stoczniowej bojówki Bolka na drukarnię tj ten fragment postanowiłem dalej nie zwlekać.

Cytat:
„Dużo mniej zabawnym szczytem bezczelności jest wyznanie Borowczaka odnoszące się do budynku MKZ Solidarność, o którym mówi: „Zajęliśmy 3cie piętro byłego hotelu przy ul. Grunwaldzkiej 103, w pomieszczeniach po klubie - Ster - zrobiliśmy drukarnię”.
Nie wiem kogo Borowczak ma na myśli mówiąc „my”, bo jakby nie było nie miał z MKZem nic wspólnego. Jednak ohyda tego wynurzenia leży w tym, że jedyny związek jaki Borowczak miał później ze wspomnianą drukarnią był fakt, że współorganizował bojówkę by na nią napaść(!) W tym momencie ironicznego znaczenia nabiera określenie „zajęliśmy”. Opisuję to wydarzenie w szczegółach w dalszej części mojej książki.”

Faktycznie Borowczak należał do fanatycznej bojówki Stoczni Gdańskiej im. Lenina.
Nie wiem czy wiadome jest Panu to, że ta sama bojówka, chciała wymusić na niektórych członkach Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność GSR rezygnację albo i ich odwołanie za to że śmiali organizować spotkania z załogą Naszej Stoczni z śp. Anną Walentynowicz, Joanną i Andrzejem Gwiazdą i innymi banitami Solidarności?
Jedno z takich największych spotkań przez nas zorganizowanych, pomimo licznych wcześniejszych gróźb pod adresem niepokornych działaczy z GSR w tym ze strony Bolka i jego fanatycznych bojówek to było spotkania na największej stoczniowej stołówce przy wydziale Z-2 jesienią 1981 roku.

Mam więc do Pana pytania, które już od dłuższego czasu chciałem Panu zadać.

Jak ocenia Pan Zdzisława Złotkowskiego, tak w czasie strajku drukarzy MKZ jak później, gdy po raz wtóry był etatowym pracownikiem ZR Gdańskiego pod kierownictwem mianowanego do tej roli przez Kiszczaka i Bolka?

Czy gdyby udało się dla nas w dniu 19.12.1980 roku odwołać go z delegata GSR do MKZ , to była by to dla dobra czy na szkodę ówczesnego strajku drukarzy w MKZ?

Z satysfakcją przeczytałem w Pana artykule o moim koledze, radnym Ryszardzie Śnieżko, którego przy okazji razem z Panem serdecznie pozdrawiam.

Obibok na własny koszt

portret użytkownika WZZW

obibonawlasnykoszt

wzzw.wordpress.com

Nie pamietam kto mi to opowiadal, ale historie naciskow na GSR ze strony walesowych bojowek slyszalem. Jezeli przypmnimy, ze liderzy stoczniowej komisji Solidarnosci prosili bezpieke aby nie dala Annie Walentynowicz paszportu aby ta nie mogla jezdzic i mowic prawdy o Walesie, to wszystko jest raczej jasne.

Jesli chodzi o Zdzislawa Zlotkowskiego to musze byc sprawiedliwy. Jeszcze w czasie jego oddelegowania do MKZ nie mielismy watpliwosci, ze on nie wiedzial dokladnie co sie wokol naprawde dzialo. Mielismy w tym wzgledzie przewage bo znalismy Bolka i ludzi wokol niego. Zdzislaw Zlotkowski znalazl sie w samej bliskosci Walesy i nie mial zielonego pojecia kim my jestesmy. Jego wiadomosci o nas pochodzily od Walesy tak wiec byly jednoznaczne. On nie mial w tym maglu manipulacji zadnych szans. Walesa klamal i manipulowal. Zdzislaw Zlotkowski podpisal sie pod wieloma rzeczami, ktore bardzo nam zaszkodzily, ale wierze szczerze, ze nigdy nie spodziewal sie, ze skonczy sie to napadem bojowki. Potem juz pewnie z obawy o siebie podpisal sie pod nieprawdziwym raportem, ale przyznam, ze odnosilismy wrazenie, ze on nie majac innych informacji wierzyl w to co mowili ludzie Walesy.
Najwazniejsze jest jednak to, ze on jako jedyny mial odwage przyznac, ze popelnil blad i przeprosic za to, ze pozwolil sie zmanipulowac. Uczynil to kiedy podczas internowania znalazl sie w szpitalu w Wejcherowie. Pojechalismy tam slyszac, ze jest tam ktos z internowanych. On widzac nas na korytarzu nie unikal nas tylko podszedl i powiedzial, ze zrozumial, ze byl oszukiwany przez Walese szczerze nas przeprosil. Tylko on mial tyle odwagi i zasad.
Wiem, ze dzis jest zdecydowanym przeciwnikiem Bolka i reszty.
Jesli chodzi o pytanie czy zmiana delegata GSR w MKZcie cos by dala? - Absolutnie nie. Z tamta szajka walesowo esbecka nikt nie mial szans!
Pozdrawiam serdecznie i przylaczam sie do pozdrowien dla pana Sniezko
Lech Zborowski

portret użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl

Hola hola - to dla rozluźnienia atmosfery

A to mnie całkiem nie zaskoczyło takie a nie inne zachowania ZZ.
Podobne zachował się w dniu 19.12.1980 roku, gdy za wszelką cenę wręcz pełzając i przepraszają pozostania na stołku sypał dotychczasowych swoich kolegów i przyłączając w dniu nadzwyczajnego zebrania stoczniowych delegatów w sprawie odwołania całego prezydium TKZ.
Mam za tamto jego zachowani do dziś uzasadnioną według mnie pretensję, bo wiedział wcześniej ode mnie o wybrykach Andrzeja Machalińskiego i pozostałych członków prezydium w tym Henryka Matysiaka, Hanysa, pierwszego przywódcy strajkowego, który na wiecu przed budynkiem dyrekcją GSR przemawiał na "ślepych" środkowych schodach w dniu 15.08.1980 roku. "Ślepe", bo prowadziły do okna, a nie drzwi.
Wiedział o sprawie, którą ja podnosiłem tuż po ich hucznych i solidnie zakrapianych andrzejkach o jazdach w pianym widzie samochodem służbowym, o zatrzymani ich prze straż przemysłową, z jednak wówczas trzymał sztamę.
Dowiedziałem się o ich wybrykach i "zwrotach" pijackich od członka związku z koła, która poskarżyła się na ich burdę w małej sali naszego stoczniowego klubu "Akwen" - dzisiejsza siedziba Solidarności i sala pod tą samą nazwa.
Dopiero gdy przy następnej imprezce, do której okazją było odsłonięcie pomnika Poległych Stoczniowców w Gdańsku, które miało miejsce w dniu 16 grudnia 1980 r. wyszła hańbiąca całe prezydium sprawa nie uczestniczenia z powodu nieważkości po nadmiarze alkoholu, jak i nie złożenia wieńca od Załogi GSR pod odsłoniętym w dniu 17 grudnia w Gdyni wieńca, którego nawet nie mieli, bo zapomnieli zamówili chociaż takie mieli od członków TKZ dyspozycje, to wówczas ZZ a jakże była za a nawet przeciw, oby tylko samemu ocaleć.
Ot taka przypadłość tradycji alkoholowych, które są męską sprawą Polaków, za którą ni jak było wcześniej karać, prawda?
A więc już kilka dni po tym jak darowaniu burdy andrzejkowej, odpłacili się jeszcze większym haniebnym wyczynem, przynosząc hańbę i upokorzenia tak Naszej Stocznie i Jej Całej Załodze.
Niestety tak wówczas jak i dziś uważam, że powinni być odwołani za oba te zajścia wszyscy co do nogi.
Faktem jest, ze później nie było choćby najmniejszej wpadki czy nagannego zachowania kogokolwiek z działaczy Związku w GSR.
Po wywaleniu sekretarzyków i figurantów wespół kuliśmy wspólnie solidna damasceńską stal, która dała owoce jak:
- przywrócenie wszystkich do pracy w GSR, tych których tylko odnaleźliśmy spośród zwolnionych w latach 70 za protesty i strajki.
- nadaliśmy godne imię Naszej Stoczni, jako przeciwwagę Lenina zza płotu,
- przeprowadziliśmy wybory do pierwszej rady pracowniczej,
- przeprowadziliśmy od 13 grudnia do 28 grudnia dwa strajki, pierwszy przeciwko stanowi wojennemu, który został brutalnie spacyfikowany w dniu 16.12.1981 r. i drugi w obronie imienia Naszej Stoczni w dniu 28.12.1981 roku.
Żaden zakład w PRL w stanie wojennym nie strajkował chyba dwukrotnie tak jak Nasz Stocznia, a tym bardziej stocznia, która była zakładem zmilitaryzowanym, a dowodził nią po pacyfikacji trep z LWP.
W przeciwieństwie do Stoczni Północnej im. Bohaterów Westerplatte, która jak wiemy imię miała nadane wyrost, a właściwie na wieczne nigdy, bo jak wiemy w stanie wojennym nawet nie podjęła strajku, bo nie było tam ani dobrego gospodarza, ani dobrego siewcy, ani jak widać dobrego ziarna na siew, a i teren był jakby skażony od produkcji sowieckich trawlerów rybackich, które tak po prawdzie były stawiaczami min głębinowych, bo każdy miął na stałe zamontowane prowadnice - szyny.
Tłukliśmy o nie butelki z alkoholem upijając te ruskie sowieckie świnie, na każdą zmianę wart na moście pontonowym w ciągu ulicy Na Ostrów.

---------

Nie wiedziałem o tym, że Jerzy Borowczak podarował muzeum ECS blachy do powielania ulotek.

Hola, hola, a może te blachy aluminiowe pokryte czarnym światłoczułym materiałem, to są blachy z mojej drukarni oruńskiej, które podczas mojego przebywania w gdańskim areszcie, jesienią 1982 roku wywiózł samochodem Mini Morris Krzysztof K. zam. przy Jedn. Robotniczej?

Koniecznie muszę sprawdzić to, czy Krzysztof K. nie miał jakiś powiązań z Borsukiem i Borowczakiem.
Może wyjdzie po ponad 30 latach, że moje ewakuowane z komórki maszyny poligraficzne trafiły do Borsuka i Borowczaka, a oni obaj, tak jak było z tablicą dla KWK „Wujek”, wykonaną na zlecenie i ze środków m.in. śp. Anny Walentynowicz, którą Borsuk zamontował jako własną, a przy tym nie udzielając śp. Annie Walentynowicz odpowiedzi na jej pytanie skąd ją otrzymał, i od kogo, skoro zabezpieczono ją jako dowód w sprawie i przejęto na rzecz skarbu państwa – czytaj SB.
Miałem kolka takich blach do kserokopiarki, która ja nazywałem wiatrakiem, bo należało obracać taką szufladą z proszkiem, tunerem, a później tak uzyskane odbitki utrwalać w specjalnej suszarce z żarówką halogenową wytwarzająca dużą temperaturę.
Do dziś gdzieś w swoich szpargałach posiadam części zamienne do niej. Ta kserokopiarka to była ogromną landarą i miała symbol KF-1 lub KF-3 – miałem obie oraz czarny emaliowany powielacz ROTO z okrągłym logo w części górnego wałka w kolorze złoto-czerwonym.
Nie dociekałem po wyjściu z więzienia komu Krzysztof K. przekazał moje maszyny, bo wystarczyło dla mnie wówczas jego zapewnienie, że moje maszyny przekazał podziemnej Solidarności.
A tymczasem, maszyny moje mogły trafić do Borsuka lub Borowczaka lub inszych ludzi, co do których nie zawsze miałem i mam zaufanie.
Dlatego moje maszyny walizkowe do pisania w liczbie trzy nie przekazuje ECS ani do Sali BHP, by ktoś się nimi nie uwiarygodnił i nie ukradł mojej tożsamości ze stanu wojennego, bo te maszyny są twardym dowodem i moim paszportem.

Pozdrawiam.
Obibok na własny koszt

PS
Przesłałem mailem to, co posiadam o strajku drukarzy w MKZ.
Onwk.

portret użytkownika WZZW

obiboknawlasnykoszt

wzzw.wordpress.com

Gdyby Panskie powielacze trafily do Borowczaka to moze nie byloby tak zle, bo on prawdopodobnioe nie wiedzialby co to jest i pewnie oddalby na zlom. I kto wie byc moze ktos by je uzyl. Z Borsukiem to juz sprawa gorsza gdyz ponad 70 kopiarek z Norwegii przepadlo za jego sprawa w stanie wojennym podczas gdy glod na kazda drukarke byl olbrzymi.

Do listy dokonan Stoczni Remontowej nalezy dorzucic fakt, ze kiedy stocznie gdanska za sprawa zdrady Walesy opuscila wiekszosc stoczniowcow to dla ratowania ducha zorganizowano (z pewnymi klopotami) msze w niedziele rano. I wowczas na tej mszy wiekszosc stanowili pracownicy wlasnie Stoczni Remontowej. O tym sie nie mowi, a przeciez to byl przelomowy moment.
Pozdrawiam
Lech Zborowski

portret użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl

Och, co za ulga, że mam naocznego świadka takż moich wybryków.

Ten marsz by się nie udał, gdyby nie mija m.in. bezwzględna i terrorystyczna akcja z wrzucaniem przepustek stałych na oczach łamistrajków do kanału.
Spora część wcześniej zdecydowanych na opuszczenie naszej Stoczni widząc jak przepustki lądują bezdyskusyjnie do kanału wróciła do stoczni.
Cieszę się jak dzieciak i jestem dziś z tego rad, że powstrzymano mnie i innych radykałów z komitetu strajkowego GSR przez rozczepianiem mostów pontonowych by móc zatopić nacierające na wyspę Ostrów czołgów, skotów i innego sprzętu przez dwa mosty oraz przed zaminowaniem ich przyczółków, bram naszej stoczni oraz ogrodzeń, bo mógłbym być odpowiedzialny za masakrę moich Kolegów Stoczniowców o dużo większej skali niż ta jaka miała miejsce w KWK Wujek.
Uniknęliśmy wówczas zbędnego rozlewu krwi, bo co mogło zrobić tylko około 100 tysięcy desperatów strajkujących w około 199 zakładach w tym 40 zmilitaryzowanych, prawda?
Ciągle pytam, gdzie podziało się nie mniej niż 9.900.000 rzekomo członków Solidarności.

Ponadto mogę poświadczyć, że w Naszej Stoczni remontowej w czasie strajku w dniach od 13 do 16 grudnia 1980 roku brali udział także stoczniowcy niezrzeszeni w żadnych związkach.
Było ich paru lecz to i tak bardzo dużo, prawda?

Pozdrawiam i znikam życząc jednym miłego dnia, a innym spokojnej nocy i miłego przebudzenia.

Obibok na własny koszt

portret użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl

AD Encyklopedii Wikipedii oraz Encyklopedii Solidarności

Zarówno jedna jak i druga zawiera hasła i opisy podane przez zainteresowanych użytkowników.
W pierwszej trudno przebić się z pewnymi faktami.
Przerabiałem to z hasłem dotyczącym Mojej Stoczni remontowej, w których po wielkich bojach znalazły się niektóre z moich wpisów - edycji dotyczących wydarzeń związanych z tym w cztm Bralem aktywny udział.
Nie udało się m.in. zamieścić w niej informacji o pewnym wydarzeniu znanym przez najstarszych żyjących jeszcze dziś pracowników wydziałów wokół wydziały Z-1.
Chodzi o tych pracowników GSR, którzy w grudniu 1970 roku byli świadkami ostrzelania terenu koło tego wydziału z pokładowej broni maszynowej helikoptera, który latającego nad gdańskimi stoczniami.
Mój śp. kolega, a wcześniej instruktor zajęć praktycznych podczas kursu spawaczy w lipcu i sierpniu 1975 roku Jerzy K. (nie chcę przekręcić nazwiska) opowiadał o tym wydarzeniu, a nawet pokazał przestrzelone wówczas blachy, które leżały przy wykrajarce/wypalarce elementów z grubych blach, która była zlokalizowana przy ówczesnym Zakładzie Budowy Doków - Wydziału Z-1.
Podobnie było z napisem „ŚMIERĆ KOMUNIE” wyciętym szlifierką przez mojego brata, pracownika Mostostalu Gdańsk na jednym z ramion gdańskich krzyży – Pomnika Poległych Stoczniowców w grudniu 1970 roku.
Natomiast hasła zamieszczone w Encyklopedii Solidarności sprawa wygląda jeszcze bardziej dziwacznie, bo tam każdy pisze po uważania, później następuje pobieżna weryfikacja przez ludzi często też uwikłanych w różne ciemne sprawki, a następnie upubliczniana.
W taki sposób do Encyklopedii Solidarności trafili turystyczni turyści, agentura TW coś tam coś tam, KO coś tam coś tam, a nawet niedoszli sekretarze i alkoholicy, jak jeden taki z GSR, który okrył się hańbą nie tylko sam we własnym imieniu ale i zhańbił organizację związkową Solidarność GSR w dniu 17 grudnia 1980 roku.
Dlatego nie ma tam imion ani nazwisk mojego brata budowniczego pomnika ani mojego, bo nie chcemy być w takim jakie tam jest towarzystwie.
Podobnie sprawa się ma z moją niechęcią przynależności do innych tzw. kombatanckich stowarzyszeń, w których ludzie rzekomo uczciwi są z najgorsza i ostatnią szumowiną oraz z wszelakiej maści agenturą bolszewicką za pan brat.
Podobnie jak obaj z bratem nie wypełnialiśmy otrzymanych wniosków o odznaczenia państwowe, bo o Naszą Wolną Polskę walka jeszcze wciąż i nieprzerwanie trwa, wręcz jesteśmy dziś w odwrocie i w poszukiwaniu solidnej opoki do jej obrony.

Obibok na własny koszt

PS
Zamieszczę kolejne komentarze w pewnych sprawach widzianych i zapamiętanych przez człowieka nie będącego działaczem ani WZZW, ani KOR, ani ROPCiO, ani RMP, o których działalności, poza rzecz jasna WZZW, brak jest mi czasem słów by niektórym z nich wyrazić moją słowa ogromnej pogardy.W czasie strajku 1980 roku tylko z działaczami WZZW szło się dogadać i współpracować bez zbędnych ceregieli i bez zbędnego w tamtym czasie blichtru. Warszawkę to bym popędził i rozpędzając na siedem stron świata.Zresztą byłem przeciwko ich obecności w ogóle.Najchętniej zaspawałbym bramę przed nimi tak jak bramą między stoczniami w dniu 16 sierpnia 1980 roku.
Onwk.

portret użytkownika WZZW

obiboknawlasnykoszt

wzzw.wordpress.com
Co do Wikipedii to mielismy te same przejscia. Wykasowywano nas jednego po drugim. W koncu doszlo do sporu i po wymianie argumentow doszlismy do wniosku, ze nie ma sensu prowadzic rozmow. Powiedzialem wiec, ze maja nas wykreslic, ale do sporu przylaczyli sie inni i zostawiono nasze nazwiska. Nie wiem czy tam jeszcze sa bo nie zagladam.
Natomiast kiedy zglaszalismy, ze Donald Tusk nigdy nie byl dzialaczem WZZW i prawdopodobnie nawet nie wiedzial o ich istnieniu to nikt nie reagowal i fukcjonowal tam jako dzialacz. Tak wlasnie dzial machina propagandy wymieniajaca fakty i swiadkow na ludzi "wlasciwych".
Jesli chodzi o takie grupy jak KOR ROPCIO czy RMP w strajku to jestesmy zgodni co do KORu. Z RMP to sprawa jest zlozona. Wiemy, ze jej przywodcy Hall i Rybicki przekazywali bezpiece, ze ze strajkiem nie maja nic wspolnego i zeby ich nie represjonowac. Az do chwili kiedy wszystko sie rozwinelo i zrobilo sie w miare bezpiecznie w tlumie. Wowczas nagle stali sie bohaterami. Jednak w tej grupie bylo wielu ludzi na tzw. zapleczu, ktorzy nie pchali sie nigdy do slawy, a w przeciwienstwie do liderow robili wiele dobrej roboty. Moim zdaniem Hall jest czarna plama na tej organizacji.
O warszawce na strajku szkoda dyskutowac bo jestem przed obiadem i nie chce stracic apetytu.
Lech Zborowski

portret użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl

Wracając do samochodowych lotników warszawskkich

jak dziś pamiętam bo te ich bajki jakoś się wryły w moją pamięć.
Byłem akurat przy portierni przy bramie nr 2 przy której spotkali się ludzie z trzech stoczni odpowiedzialni za nadzór porządku i ruchu w celu jego ujednolicenia na wszystkich bramach gdańskich stoczni, i o ile dobrze pamiętam to Stocznie Północną reprezentowała Zając.
Ale nie o to chcę zapytać.
Otóż będąc tam słyszałem na własne uszy jak i widziałem na własne oczy przybyłych warszawskich łgarzy i kłamców, nasłanych na Nas przez bezpiekę.
Pamiętam też z innego okresu PAŃCIĘ Staniszkis, która chodziła i rozmawiała ze stoczniowcami koło sali BHP, robiąc według mnie badania a nawet zniechęcając stoczniowców do uporu przy postulatach politycznych.
Takie odniosłem wrażenie nie tylko ja lecz stoczniowcy, których spytałem o co ta kobieta ich pytała i co mówiła.
Poza tym, to od samego początku byłem przeciwnikiem dopuszczenia ich do MKS i do uczestniczenia w jakichkolwiek rozmowach z władzami, bo im od samego początku nie ufałem.
A szczególnie po tym, jak usłyszałem ich brednie o ich podróży starymi zdezelowanymi samochodami bocznymi drogami w celu uniknięcia kontroli, blokad czy też ich zatrzymania przez bezpiekę lun milicję.
Czy i Pan to też wówczas słyszał?
Mam nagrane taśmy magnetofonowe z naszego stoczniowego radiowęzła, który nagrywały dla mnie panie z naszego wydziału na magnetofon marki Grundig ZK-120, który przywiozła dla mnie do stoczni moja rodzina.
Wszystkie kawałki z muzyką zostały zastąpione nagraniami z przebiegu strajku sierpniowego.
Nie wiem czy gdziekolwiek takie nagrania w ogóle są dziś dostępne,
Może to są moje unikatowe kruki zapisów dźwiękowych, tak rozmów jak i komunikatów nadawanych przez sprzężone radiowęzły gdańskich stoczni?

Nie maiłem ot tak po prostu czasu na ciągłe przebywanie na sali BHP, bo miałem inne bardziej odpowiedzialne obowiązki w swojej stoczni, których się podjąłem i zamierzałem solidnie się z nich wywiązać do samego końca.
Musiałem m.in. sprawować ciągły nadzór nad dostawami do zlokalizowanych na wyspie Ostrów elewatorów zboża należących do PZZ, bo nie mogłem ot tak samowolnie wstrzymać ich ruchu na moście pontonowym, bo mogło by to wywołać interwencję nawet siłową policji politycznej jak i ZOMO.
Nawet opaski dla straży porządkowej dla bezpieczeństwa były wydawanie w różnych kolorach dla każdej ze zmian, po to by nikt nie podszywał się pod straż porządkową.
Szyły je panie z mojego wydziały, a każda ich partia była innego koloru.
Z dnia 16.08.1980 roku, gdy bolek zakończył strajk w SG nie miałem całej planowanej obsługi i stąd mam do dziś 7 czy 8 błękitnych opasek z pieczątkami Komitetu Strajkowego GSR.
Łamistrajki unikali wyjścia przez most pontonowy, bo wyjście mostem bez zgody komitetu strajkowego (mego także) kończyło się wrzuceniem przepustki stałej do kanału każdego łamistrajka opuszczającego stocznię mostem pontonowym.
Sekretarze i działacze CRZZ mieli tą przyjemność bez względu na czas i porę, bo ich przepustka obowiązkowo i obligatoryjnie leciała do wody.
Dalego uciekać zaczęli przez płoty na teren Stoczni Gdańskiej, bo brama łącząca nasze stocznie została wkrótce po ogłoszeniu komunikatu o zakończeniu strajku zaspawana.
W stanie wojennym dostałem za to odpowiedni omłot, solidny zapewniam. ;-)
Pa około dwóch godzinach nadleciał helikopter, który dokonywał zrzutu ulotek nawołujących do zakończenia strajku i informujących o warunkach zakończenia strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina.
Ulotki te w większej części zostały zebrane przez straż porządkowe i zniszczone.
Spora ich część wylądowała w stoczniowych kanałach.
Z tymi ulotkami które zrzucali z helikoptera było i jest dla mnie do dziś i zagadką i uzasadnionym podejrzeniem co do czasu ich pojawieniem się nad stoczniami gdańskimi.
Bo upłynęło zbyt mało jak na moją wiedzę i praktykę czasu od podpisania przez TW Bolka porozumienia z dyrektorem stoczni Gniechem a ich zrzutem nad stoczniami.
Nawet teraz uważam, że te ulotki były być może wcześniej przygotowane na tę okoliczność, a przynajmniej tak się dla mnie zdaje do dziś.

------
Obawiałem się też prowokacji, bo nawet dyrektor GSR Zawadzki mnie o tym przestrzegał bym nie ważył wstrzymywać lub zakłócać transport zboża, tak więc musiałem wykorzystać swoją wiedzę w tej dziedzinie.
W związku z tym, że wcześniej przed pracą w GSR parałem się klasyfikowaniem zbóż i nasion siewnych na rzecz PZZ i GSów oraz właśnie takimi bezpośrednimi dostawami od rolników lub od innych producentów zbóż, które nazywały się potocznie 3,5 tonówkami, to natychmiast kazałem przygotować takie szperacze z cienkich lecz sztywnych prętów, którymi strajkowa straż porządkowa pełniąca wartę na moście pontonowym przeczesywała każdy samochód i przyczepę.
--------
I jeszcze jedna informacja w przedmiocie wstrzymania sprzedaży alkoholu w dniu 15 sierpnia 1980 r. wokół gdańskich stoczni.
W czasie trwania wiecu przed dyrekcja zapadła decyzja, ze pojadę do okolicznych sklepów sprzedających jakikolwiek alkohol z prośbą do sprzedawców by ci wstrzymali sprzedaż wszelkiego alkoholu.
Okazało się, że nie musiałem dwa razy prosić, bo panie błyskawiczne zaczęły chować na zaplecze sklepowe wszelkie alkoholowe trunki.
Sprzedaż alkoholu wokół stoczni gdańskich ustała w rannych godzinach 15.08.1980 r.
MKS podjął decyzję o wstrzymaniu sprzedaży alkoholu dopiero w dniu 18.08.1980 r. występując oficjalnie do wojewody gdańskiego Jerzego Kołodziejskiego, który wydał zarządzenie wstrzymujące sprzedaż alkoholu chyba na terenie całego woj. gdańskiego.
I nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że kierowca który wówczas ze mną jeździł od sklepu do sklepu by wstrzymać sprzedaż alkoholu (Darek mia na imię)został po strajkach jesienią 1980 roku zwolniony dyscyplinarnie właśnie za alkohol.

Naciąłem sieczki, prawda?

Pozdrawiam.
Obibok na własny koszt

portret użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl

Re: JERZY BOROWCZAK – FUNKCJONARIUSZ KŁAMSTWA

Borowczak kłamie jeśli idzie o 11 listopada 1979 roku, bo wówczas mieszkałem jeszcze jedną nogą na gdańskich Stogach, wcześniej mieszkałem na wynajmowanym z bratem pokoju, tym który budował gdański Pomnik Poległych Stoczniowców, który wyciął szlifierką napis na jednym z ramion krzyża „Śmierć komunie” u gdańskiej kwiaciarki Kazimiery Kołodzińskiej, która miała budę z kwiatami przy gdańskiej hali targowej.
Ta kwiaciarka, dla której w latach 1975-1979 pomagałem wykonywać wieńce przed 1 listopada każdego roku, z innymi kwiaciarkami spod hali co roku wykonywała wieńce tak na Jana jak i na 11 listopada, które po poświęceniu w kościele były składanie pod pomnikiem Jana III Sobieskiego w Gdańsku.
Nie pamiętam już w którym roku doszło do małych przepychanek i starć z MO w okolicy tego gdańskiego pomnika, do jakiego doszło miedzy oficjalną delegacją kwiaciarek, a pachołkami ruskiego sowieckiego okupanta w mundurkach i po cywilnemu.
Pomnikiem opiekował się mój znajomy i stary Lwowiak Andrzej Machniewicz, pracowałem z nim w jednej firmie, a który był jednym z tych, którzy przyczynili się do tego, ze ten lwowski pomnik Jana III Sobieskiego trafił do Gdańska.
Nie przypominam tego, wówczas dla mnie młokosa, a tym bardziej rozrzucanych ulotek, których o ile dobrze przypominam nie było zbyt wiele, a przynajmniej nie w takich ilościach jak opisuje to Borowczak.
------
Inny epizod z Borowczakiem, to był taki, że o mało nie doszło między nami do mordobicia, po tym gdy zwróciłem się do kilku stoczniowców protestujących w Gdańsku, raz przy Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku przy Okopowej jak palili opony w obronie rzekomo „naszego” odwołanego wojewody gdańskiego, a drugi raz na Długim Targu koło fontanny Neptuna i Dworu Artusa, gdy starałem się dotrzeć do omotanych przez agenturę stoczniowców, którzy uczestniczyli w wiecu obrony człowieka, który jako pełnomocnik rządowy był odpowiedzialny za upadek przedsiębiorstw pomorskich, dla których był organem założycielskim i właścicielskim w tym i przyczynienia się i do upadku ich Stoczni Gdańskiej im. Lenina, tym, ze nie przeciwstawiła się mafii która opanowała dwie 3miejskie stocznie w Gdańsku i Gdyni, a imię jej bosa było Janusz, wyciągniętego przez WSI z radomskiego kapelusza.
Bojówkarze nie dopuszczali mnie do stoczniowców krzycząc ze jestem komunistycznym prowokatorem, esbekiem itp. epitetami. Gdy powiedziałem, że to obrońcy z bronionym na czele są największymi kanciarzami i złodziejami w III RP, to natychmiast zostałem zaatakowany przez ludzi ze służby porządkowej w stoczniowych kamizelkach.
Musiałem odstąpić tak jak i w styczniu i w lutym 1990 roku przed plebanią i kościołem Św. Brygidy, po tym jak Bolek judził i napuszczał na nas broniących akt w KW PZPR, którzy przyszli prosić o pomoc do rzekomych obrońców i bojowników o wolną i niepodległa Polskę.
Dziś każdy kto nie jest ślepcem, to to widzi na własne oczy, a kto nie jest Głuch to słyszy na własne uszy, że była to taka esbecko-wsiowa gra z Polakami, taka zabawa w chowanego i taka zwyczajna farsa.

Obibok na własny koszt

portret użytkownika WZZW

obbibonawlasnykoszt

wzzw.wordpress.com

Klamstwo Borowczaka odnosnie rzucania ulotek na 11 listopada jest tak oczywiste jak tylko moze byc. My doskonale wiemy kto tam byl. Zaden obcy Borowczak nie mogl tego robic. On sam przyznaje, ze zaledwie kilka dni wczesniej poznal Borusewicza. Nawet gdyby na chwile zalozyc, ze potrzebowal by on do rozdawania ulotek swiezo poznanego Borowczaka to nigdy nie kazal by mu tego robic w pojedynke. A przeciez Borowczak nie znal nikogo innego. Ponadto Borowczak sam przyznaje, ze szedl pochod. W takich sytuacjach nie rzucalismy ulotek bo bylo to marnotrawstwo. Po prostu dawalismy ludziom do reki. Bezpieka nie atakowala kilkutysiecznego tlumu. Od tego bylo zomo.
Jedyne ulotki, z ktorymi Borowczak mial cokolwiek wspolnego rozdawal z Felskim I Pradzynskim w Slupsku zaledwie kilka tygodni przed sierpniem!
Borowczak jest prymitywnym i glupim klamca, bo nigdy nie staral sie nawet zebrac podstawowych faktow aby chociaz udawac wiarygodnego. To wynika z medialnej ochrony i poczucia, ze nikt nie bedzie ich klamstw kwestionowal.
Dziekuje za wazne swiadectwa.
Pozdrawiam
Lech Zborowski

Borowczak

 Dzieki serdeczne za artykul. I tylko jedno pytanie : czy to Borowczak powiedzial o ulicy 23 Wrzesnia, czy to tylko blad ? Borusewicz mieszkal w Sopocie przy ul. 23 Marca.

Pozdrawiam