O upadku Kamieńca, czyli marny koniec Rzeczypospolitej Babskiej

Kraj

Obrona Kamieńca Podolskiego w 1672 roku, była skuteczna, ofiarna, a nawet bohaterska. Około tysiąc pięćset, tysiąc sześćset żołnierzy – w tym z pięciuset pospolitego ruszenia mieszczan kamienieckich i okolicznej szlachty – na cztery tygodnie, prawie miesiąc, zatrzymało armię Padyszacha monstrualnej wielkości. Niewiele innych sławnych obron w naszych dziejach mogłoby się z nią równać pod względem męstwa, uporu i skuteczności. Jedynie obrona Zbaraża w 1649 roku, lecz tam po stronie polskiej walczyło kilkanaście tysięcy żołnierzy, a stosunek sił żywych i artylerii była dla naszych wojsk nieporównanie korzystniejsza. Liczebność armii kozacko - tatarskiej Bohdana Chmielnickiego i wojsk sułtana Mehmeta IV była zbliżona, ale wyszkolenie, wyposażenie, poziom artylerii i saperów, wreszcie żelazna dyscyplina armii tureckiej czyniła ją nieporównanie groźniejszą niż hałastra złożona z czerni, Kozaków, i Tatarów. Inny przykład to obłożenie Wiednia. Jedenaście lat później w 1683 roku równie potężna, jeśli nie potężniejsza, armia turecka podeszła pod Wiedeń. Wiedeń był jedną z najgroźniejszych miast – twierdz w ówczesnej Europie, cesarz austriacki nie szczędził złota, sił ani środków na obwarowania miasta. Otoczył miasto – swą stolicę – nowoczesnymi, świetnie utrzymanymi fortyfikacjami; jego załoga liczyła 18 tys. żołnierzy z liczną i doskonałą artylerię. Wystarczyły dwa miesiące energicznego oblężenia, aby armia turecka była ledwie o krok od zdobycia Wiednia! Turcy przełamali zewnętrzne umocnienia, wtargnęli do dwóch bastionów. Obrońcy Wiednia we wrześniu roku 1683 stanęli przed taka samą decyzja, jak obrońcy Kamieńca Podolskiego: czy w beznadziejnej militarnie sytuacji poddać się, czy walczyć dalej i narazić miasto i jego ludność na zdobycie miasta szturmem przez wojska tureckie. Byli jednakże w o tyle lepszej sytuacji, iż mogli liczyć na pomoc. Na szczęście dla wiedeńczyków, odsiecz nadeszła: nadciągnęły wojska polskie pod wodzą Jana III Sobieskiego, i niemieckie. Rezultat finałowy to bitwa pod Wiedniem i świetne militarnie, nie politycznie, zwycięstwo wojsk polsko – niemieckich. Obrońcy Kamieńca nie mogli liczyć na żadną odsiecz; doskonale wiedzieli, że nikt nie przyjdzie im z pomocą. Powtórzmy: wystarczyły dwa miesiące, by armia turecka przełamała umocnienia najpotężniejszej twierdzy w tej części Europy i stanęła o krok od zdobycia stolicy cesarstwa! Taki był poziom ówczesnej armii tureckiej i nie wolno o tym zapominać. Turcy byli specjalistami w zdobywaniu twierdz i ich budowaniu.

Wracając do naszych realiów, obrona Zbaraża trwała siedem tygodni. Mając siły dziesięciokrotnie liczniejsze, wojska koronne pod wodzą Jeremiego Wiśniowieckiego broniły się dwa razy dłużej, przed armią znacznie mniej wymagającą niż turecka! Topografia również sprzyjała obrońcom Zbaraża. Polacy bronili się w obszernym obozie warownym, gdy Kozacy kopali miny, sypali kolejne wały w głębi i obrona dalej trwała. W Kamieńcu – Nowy Zamek, główna linia obrony – była pierwszą i główna zarazem linią oporu. Po upadku tego fortu, upadek Starego Zamku, dalej miasta, był przesądzony. Czy to znaczy, ze wojska polskie w Zbarażu walczyły słabo? Nie, walczyły bohatersko, słusznie ta obrona przeszła do legendy. Lecz jeśli pamiętamy o męstwie obrońców Zbaraża, tym bardziej winniśmy pamiętać o bohaterstwie obrońców Kamieńca Podolskiego. Nota bene w obronie Kamieńca uczestniczyli również obrońcy Zbaraża, jak pan Wołodyjowski, pan Potocki, Muszalski, Humieniecki, czy Makowiecki, weterani wielu bitew, kampanii, wojen, tego najgorszego w polskiej historii wieku, wieku XVII. Porównując te trzy oblężenia: Kamieńca Podolskiego w 1672, Zbaraża w 1649, i Wiednia w 1683, dojdziemy do wniosku, ze obrońcy Kamieńca nie maja się, czego wstydzić. Ich męstwo, ich dokonania nie są wcale gorsze od tamtych, a nawet stawiają ich w pierwszym miejscu. Dzielni żołnierze, obrońcy Wiednia, przeszli do legendy austriackiej, czy ogólnoniemieckiej, podczas gdy bohaterscy, a jakże nieliczni, obrońcy Kamieńca, pomimo strat, wielkich poświęcenia, odeszli w niesławie w niepamięć. Już po upadku powszechna opinia w Rzeczypospolitej głosiła, że obrońcy Kamieńca walczyli krótko, za szybko poddali najpotężniejszą twierdzę Rzeczypospolitej; żołnierze dzielni, ale dowództwo nic nie warte, zdrajcy, magnaci … Tylko, dlaczego tych obrońców było tak mało?

Hetman wielki koronny Jan Sobieski latem 1672 roku stanął wobec nierozwiązywalnego zadania. Od strony tureckiej szła nawała, a wojska miał tyle, co nic, ledwie kilka tysięcy. Pierwszym celem Turków był Kamieniec Podolski. Sobieski miał trzy wyjścia: a) zamknąć się z całym wojskiem w twierdzy, przynajmniej starczyłoby żołnierzy na obsadę stanowisk, b) obsadzić twierdzę nieliczną załogą, a całością sił bronić reszty kraju, wreszcie c) wybrać wariant pośredni, część sił wysłać do kamieńca, resztą walczyć w polu. Trzecie wyjście było najgorsze. Podzielonych, a już w całości jakże nielicznych, wojsk koronnych nie starczyłoby ani do wzmocnienia twierdzy, ani do walki z czambułami tatarskimi. W wariancie pierwszym, Turcy mogli z łatwością częścią swych sił zablokować Kamieniec i armię koronną, a głównymi siłami ruszyć w głąb bezbronnej Rzeczypospolitej, która nie miałaby już żadnej obrony. Sobieski wybrał wariant najbardziej ryzykowny z pozoru. Do Kamieńca wysłał wszystką piechotę, ledwie 800 – 900 żołnierzy (tyle było piechoty w całej Koronie!) trochę kawalerii, z dragonów mały oddziałek, całość sił koronnych zatrzymując w swoim ręku. Sobieski postąpił bezlitośnie dla żołnierzy skierowanych dla obrony twierdzy, ale słusznie. Sobieski wiedział, że Kamieniec się nie obroni. Obrona miała tylko wywalczyć czas, opóźnić masz wojsk sułtana najdłużej jak się da. Oddziały wysłane do obrony Kamieńca szły na wyniszczenie. Żołnierze mieli bronić placówki skazanej na zagładę. Hetman wielki koronny podjął ryzykowną grę. Zagrał va banque: poświęcił małą część swoich sił, najmniej przydatną w wojnie manewrowej, jak piechurzy, i przestarzałą twierdzę, by ocalić Rzecząpospolitą. I wygrał. Kamieniec Podolski padł, ale Rzeczpospolita ocalała. W następnym roku wojska polskie pod pobliskim Chocimiem zniosły potężna armię turecką. W dziesięć lat później w bitwie pod Wiedniem, król Jan III Sobieski rozbił główne siły tureckie. Był to moment przełomowy. Od bitwy pod Wiedniem imperium otomańskie zaczęło się cofać. Nie byłoby Wiednia bez Chocimia. Nie byłoby Chocimia bez obrony Kamieńca Podolskiego.

Dlaczego zatem bohaterscy obrońcy Kamieńca Podolskiego zostali tak zniesławieni, ich poświecenie zapomniane? W Rzeczpospolitej wierzono w potęgę twierdzy kamienieckiej, wierzono, że to twierdza nie do zdobycia. Łatwiej było wierzyć w potęgę przestarzałej twierdzy, niż wydać miliony na jej modernizację i obsadzenie odpowiednio liczną i wyposażoną załoga. Gdy „niezdobyta” twierdza pada, ktoś musi być winien. A kto, jak nie obrońcy: żołnierze, oficerowie i komendant Mikołaj Potocki? To oni musie zawieść. Gdy fakty nie zgadzają się z imaginacją, tym gorzej dla faktów. Pamiętajmy, że oblężenie Kamieńca to bitwa chłopska, jedna z nieleczniczych w XVII wieku, gdzie piechurzy – chłopi odegrali główna role. To oni walczyli i ginęli. Nie skrzydlata husaria, nie towarzysze pancerni, nie szlachta na koniach z szablami, ale chłopi z muszkietami, strzelający z ukrycia. W szlacheckiej Rzeczypospolitej nie godziło się głosić chwały chłopów, nawet tych, co wznosili się na szczyty męstwa i poświęcenia. Na domiar złego, Jan Sobieski, odniósłszy świetne zwycięstwa w kampanii 72 i 73 roku, które doprowadziły go do tronu, jemu też nie zależało na wysławianiu obrońców Kamieńca. Wolał głosicieli swojej chwały i swych zwycięstw. Jan III Sobieski, przy całym swym geniuszu militarnym, był człowiekiem zawistnym i zazdrosnym, mściwym i często niesprawiedliwym. Komendantem Kamieńca Podolskiego był jeden z klanu Potockich, wrogiej mu koterii magnackiej. Sobieski nie kiwnie palcem, by ich wzmocnić. Już wówczas osoba komendanta – Mikołaja Potockiego – stała się obciążeniem. Tym bardziej w wieku XIX, po Targowicy i upadku Rzeczypospolitej. I tak obrona Zbaraża przeszła do legendy, gdy obronę Kamieńca Podolskiego zepchnięto w niesławę. Uczynił to jeden człowiek – Henryk Sienkiewicz. To on rozsławił obronę Zbaraża i postać księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, a zniesławił mężnych obrońców Kamieńca i umniejszył postać ich dowódcy Mikołaja Potockiego. Dzięki niemu, z obrony Kamieńca Podolskiego w powszechnej świadomości zostało tylko wysadzenie twierdzy przez Ketlinga i pana Wołodyjowskiego, którzy rzekomo woleli wysadzić zamek niż poddać go pohańcom. Jak wielka jest moc pióra genialnego autora! Ale i Henryk Sienkiewicz mógł się mylić. Pisarzem był genialnym, ale jego odczytywanie historii było często błędne. Weźmy kluczowy moment „Pana Wołodyjowskiego”, i całej Trylogii, wysadzenie zamku. Od samego początku podawano dwie przyczyny wybuchu; sami uczestnicy wydarzeń się o to spierali: jedni twierdzili, że to przypadek, drudzy, np. Stanisław Makowiecki, twierdzili, że arsenał z rozpaczy wysadził naczelnik artylerii major Heckling, Niemiec z Kurlandii. Jak było naprawdę? Nigdy się tego nie dowiemy, ale myślę, że był to przypadek. Wystarczy wczuć się w atmosferę tego dnia.

27 sierpnia na zamku grupowano żołnierzy przed opuszczeniem twierdzy i poddaniem jej Turkom. Żołnierzy zbierano w oddziałach, tych, co przeżyli, którzy trzymali się na nogach i mogli iść. Niektóre oddziały wyruszyły, inne zbierano. Panowało powszechne przygnębienie, rozpacz, i strach. Nikt nie wiedział, co z bezbronnymi uczynią bisurmanie. Po opuszczeniu zamku Turcy mogli ich wszystkich, bezbronnych, powiązać i sprzedać, jako niewolników, albo wyrżnąć, jak stado baranów. Żołnierzy chronił tylko akt kapitulacji, który był często tyle wart, co papier, na którym go spisano. Żaden z polskich żołnierzy nie był pewien swego losu. Na to nakładało się olbrzymie zmęczenie po dwóch tygodniach nieprzerwanej walki. Bez zmiany, bez odpoczynku, bez chwili wytchnienia. Żołnierze ledwie trzymali się na nogach ze zmęczenia, głodu, niewyspania. Postraumatuyczne przeżycia. Każdy uwarzał, ze ocałał cudem, i słusznie. Zaczął się rabunek, część żołnierzy, i słudzy, ciury obozowe, rozbiegli się po zamku. Dziś nazywamy to szabrem. Wówczas to było powszechne zjawisko, tak czynili żołnierze wszystkich armii. Po bitwie, po pobojowisku włóczyły się gromady rabusiów obdzierając poległych, dobijając rannych i podrzynając gardła konającym. Tego dnia, ostatniego przed wydaniem zamku Turkom, jedni ruszyli szukać wina, by się upić, inni czegoś do zjedzenia, inni wreszcie czegokolwiek cennego, co nada się na sprzedaż. Oficerowie patrzyli na to przez palce. Przecież i tak to wszystko miało przypaść Turkom. Niech sobie żołnierze wezmą, co znajdą. Rzeczpospolita bardzo opornie płaciła żołd swoim obrońcom. Żołnierze latami dopominali się o zaległe pieniądze, poranieni weterani, często kalecy, przymierając często głodem. W zamku zapanował chaos, nikt nie dowodził całością. Rabusie siekierami wyrąbywali wszelkie drzwi, w tym również do prochowni w Czarnej Baszcie, gdzie nie było już straży… Myślę, że zobaczył ich major Heckling. Ruszył biegiem w ich stronę, by ich powstrzymać. Tamci weszli do środka z zapaloną pochodnia, czy łuczywem, by nie przeoczyć czegoś cennego… Nastąpił wybuch. Mnóstwo żołnierzy zginęło. Część z tych, co przeżyli, zapamiętało biegnącego majora Hecklinga i wybuch, zaraz potem. I skojarzyli, że to major Heckling wysadził prochy. Ta legenda na podstawy. Tyle, że major Hecling biegł do wieży nie po to, by wysadzić zamek, ale przeciwnie, by zapobiec nieszczęściu. Nie zdążył. W wybuchu zginął również pan Wołodyjowski, przypadkowa ofiara, stając się w dwa wieki później bohaterem narodowej trylogii powieściowej. Tak bywa, na wojnie i w życiu. Bohaterskie czyny zostają zapomniane, niebohaterskie wywyższone; zdrajcy kreowani są na bohaterów, groby bohaterów zlewają kubłami pomyj. Nie ma sprawiedliwości ani w życiu, ani po śmierci, ani w czasie pokoju ani wojnie. Jak major Heckling, dzielny oficer, z którego zrobiono maniaka czy wariata.

Sienkiewicz mylił się również w innej kwestii. W powieści żoną pana Wołodyjowskiego jest młodziutka Barbara Jeziorkowska. W rzeczywistości nie Barbara, ale Imć Pani Krystyna Jeziorkowska, niewiasta posunięta w leciech, doświadczona. Pan Wołodyjowski nie był jej ani nie pierwszym, ani nie drugim, ani nie trzecim, ale… czwartym mężem. Pan pułkownik Jerzy Wołodyjowski, rocznik 20-ty, nie tysiąc dziewięćset, ale 1620 –ty. Przeklęty rocznik i w wieku XX i w wieku XVII. Trudno wątpić w gorące uczucie pułkownika Wołodyjowskiego do pani Jeziorkowskiej, ani młodej, ani dziewicy, przeciwnie mocno przechodzonej wdowy po trzecim mężu. Ale Imć Pani Jeziorkowska miała jedną wielką zaletę, znoszącą wszelkie wady: rozległy majątek, swój po rodzicach, wielokrotnie pomnożony spuścizną po trzech mężach. Po śmierci pana Wołodyjowskiego, pani pułkownikowa bynajmniej nie pogrążyła się w żałobie, lecz… rychło znalazła doczesne pocieszenie i piątego męża. I ów piąty z kolei małżonek, wyświadczył Imć Pani eks-pułkownikowej Wołodyjowskiej przysługę, której ona nie szczędziła swoim licznym mężom – złożył ją do grobu. Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka.

Był to przypadek powszedni w tamtej epoce: bogate wdowy po licznych mężach, poległych w niezliczonych wojnach. W tej epoce kobiety: wdowy, córki dzierżyły w swych rękach większość dóbr w Rzeczypospolitej. Kości ich mężów, synów, braci, walały się po polach bitewnych całej Rzeczypospolitej, od Gdańska po Kamieniec, od Kudaku po Ujście, a one w domu, spokojne wychodziły kolejny raz za mąż. Nie musiały nawet wyprawiać swym drogim mężom pogrzebów, ten wydatek najczęściej im oszczędzano, a pogrzeb był równie kosztowny, co wesele. Nic dziwnego, że z każdym małżeństwem baby były coraz bogatsze. Pierwszy mąż poszedł na wojnę z kozakami i nie wrócił. Drugi… wrócił, bodajby poległ. Na wojnę ruszył młody mężczyzna o wesołych oczach i sprężystych ruchach. Z wojny wrócił siwy starzec, o oszalałych oczach i trzęsących się rękach; furiat rzucający się z szablą na domowników; wrak człowieka, okaleczony fizycznie i psychicznie, któremu przeżycia wojenne odebrały sen, rozum i spokój. Na szczęście szybko umiera. Kolejny ginie na wojnie ze Szwedami, Tatarami, Moskalami, Kodakami, Turkami… (niepotrzebne skreślić). I tak to szło, od ślubu do ślubu. Rosły włości, liczba wsi, dymów, chłopów. I proporcjonalnie rosło podniecenie pośród okolicznej szlachty płci męskiej, która jeszcze nie zginęła.

Podobna sytuacja była w starożytnej Sparcie. Nigdzie w Grecji, w żadnym greckim państwie kobiety nie cieszyły się taką pełnią praw, jak w Sparcie. Państwo zorganizowane na wzór wojskowego obozu i rządy kobiet? Spartiaci całe życie spędzali w obozie, w koszarach. Zwalniano ich tylko po ty, by się ożenili i spłodzili małych Spartiatów. Resztę zżycia wypełniały im ćwiczenia, wojny i stosunki homoseksualne z towarzyszami broni. Domem, dziećmi, majętnością, niewolnikami rządziły kobiety. Które nie ginęły. Nie pomagały liczne ustawy. Przy takim trybie życia, liczba Spartiatów malała nieustannie, od kilkunastu tysięcy w V wieku p.n.e. do kilkuset, kilkudziesięciu. W III w. p.n.e. Sparta była państwem bez Spartiatów, wszystkich Spartiatów można było policzyć na placach obu rak. Spartanka wychodziła za maż, jej mąż ginął, potem drugi mąż, wkrótce nieboszczyk - bohater. Kolejny… A po każdym dziedziczyła majątek. Cóż dziwnego, że kobiety władały większością ziemi w Sparcie, państwie wojowników, tylko z nazwy? Władztwo kobiet podobne do Rzeczpospolitej Obojga Narodów drugiej połowy XVII wieku. I w Sparcie, w dobie jej upadku, i w Rzeczypospolitej XVII w., kobiety władały większością dóbr. Typowa babokracja. Przykładem jest tu Marysieńka, alias Maria Kazimiera de La Grange d’Arquien, żona króla Jana III Sobieskiego. Owdowiawszy po bajecznie bogatym Janie Sobiepanie Zamojskim, znanym z Trylogii, wyszła za maż za Sobieskiego. Na męża wywierała silny, a fatalny dla Rzeczpyspolitej wpływ. Jej obłąkana polityka zmarnowała ostatnią prawdopodobnie możliwość naprawy i uratowania Rzeczypospolitej. Nie była jedyna, było takich wiele, rządzących magnackimi rodami. Były to czasy rządów modliszek, bab – zombie, wysysających ze swych nieszczęsnych mężów krew i majątek. W pewnym sensie oba te państwa były to Rzeczpospolite Babskie. I oba te państwa spotkał rychły a niesławny koniec. Sparta zniknęła nie wiedzieć kiedy, jak woda wsiąkająca w piasek. Rzeczpospolita na przełomie XVII/XVIII wieku osiągnęła dno swego upadku, z którego już się nie podniosła, z którego sąsiedzi nie pozwolili jej się podnieść. Jak tu wierzyć w ideologie równości płci? Przypadek Rzeczypospolitej, i Sparty, dowodnie pokazuje, ze tam, gdzie baby rządzą, rychło wszystko runie.

Nie, nie nadają się kobiety do rządzenia państwem. Czy domem mogą rządzić? Niech każdy sam sobie odpowie. Moja matka mawiała: długie włosy, krótki rozum. I coś w tym jest. Marne są te… babskie rządy. Jak mogą dobrze rządzić istoty, które, pomijając inne kwestie, nieodróżniają lewej ręki od prawej? Gender stosowana nieuchronnie sprowadza katastrofę na państwo, społeczeństwo, no i na same kobiety. Historia, nauczycielka życia, o tym zaświadcza.

5.5
Średnio: 5.5 (6 votes)
portret użytkownika matka trzech córek

Z przykrością

oceniłam na "1", bo chociaż rzadko oceniam negatywnie teksty, a ten, w dodatku jest dobrze napisany, to jednak zdruzgotał totalnie moje poczucie wartości.
Mam nadzieję, że to przejściowe odczucie:)
Pozdrawiam

@m3c

"...zdruzgotał totalnie moje poczucie wartości."

Według mnie, niepotrzebnie bierze to Pani do siebie. Autor najwyraźniej ma zwyczaj przemycania swoich przekonań, przy pomocy ciekawych tekstów historycznych. Robi to jednak mało subtelnie i niezbyt przekonująco. Nawet ja "męska szowinistyczna świnia", mam obiekcje co do ostatniego akapitu, i nie jest to przejaw żadnego lizusostwa.

Autorowi, za odplamianie historii - 10. Na resztę przymykam oko.

Pozdrawiam :)

Re: Z przykrością

Nie docenia się pani. Matka, zwłaszcza matka trzech córek, to nie przelewki. Byle tekst nie podważy poczucia jej wartości. Przecież wszyscy wywodzimy się z kobiet. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy kobietami. Facetów od kobiet odróżnia to, ze nie mylą lewej strony z prawą i umieją wbić gwóźdź w ścianę. A i to nie wszyscy.

Pozdrawiam

Bielinski

portret użytkownika matka trzech córek

No pięknie

Chyba podpadam pod gender, bo ja stron nie mylę, a z motkiem sobie radzę, zwłaszcza, kiedy mąż jest w delegacji:)
Dziękuje Autorze, że nie obraziłeś się za "jedynkę".
Ciekawie opisujesz historyczne zawiłości, chociaż kruszysz pewne, utrwalone już w świadomości, kolumnady.
Jeśli łaskawszym okiem patrzeć będziesz na kobiety,zyskasz wierną czytelniczkę
Pozdrawiam:)

Re: No pięknie

I ja Panią pozdrawiam.

Bielinski

portret użytkownika wilk na kacapy

Tekst dobry czyta sie jak bjake sienkiewiczowska.

Jedynie z ta roznica ze opraty na faktach.
Przecena roli chlopstwa i ponizanie szlachty w obronnosci RP tak jak kompleks kobiet pewmnie ma jakies horobowe podloze
mozna to leczyc pewnie.
Autorze nie wszytkie baby to strzygi pijace krew.
A juz wyznanie ze wszyscy jestesmy kobietami to juz calkiem pomieszanie zmyslow autora.

U człowieka występują 22 pary chromosomów autosomalnych i jedna para chromosomów płci, która odpowiada za determinację płci. Łącznie kariotyp człowieka tworzą 23 pary chromosomów. Osobnik posiadający chromosomy XX jest płci żeńskiej, natomiast osobnik z jednym chromosomem X i jednym chromosomem Y – będzie płci męskiej[2]. X jest większy od Y i zawiera więcej genów. Y zawiera gen SRY determinujący płeć męską. Płeć determinowana jest zatem przez chromosom otrzymany od ojca. W tej sytuacji samce są płcią heterogametyczną bo mogą wytwarzać dwa rodzaje gamet.

Tak ze roznimy sie jednym chromosomem i az jednym.

Tak ze bez obawy ten kto sie urodzil sie mezszczyzna kobieta nie umrze.

Co do kobiet wspaniale rzadzacych to klanaia sie historja,wiele kobiet bedac na najwyzszych stanowiskach doskonale rzadila i rzadzi dalej krajem ,stanem czy prowincja.

Genofobia - strach przed kobietami mozna leczyc.

wilku,

Masz u mnie bardzo duzego, tlustego plusa, mieniacego sie wszystkimi kolorami teczy. :))
Nie chcialam ruszac tego watku, bo cuchnie, jak poglady autora i przypowiesci zakompleksialych niewiast z jego rodziny, dlatego dziekuje Ci za ten wpis. Jesli kiedykolwiek feminizm (i jego pochodne) zaistnial, to wylacznie dzieki mezczyznom majacym stosunek do kobiet taki, jaki reprezentuje autor powyzszego wpisu.

  Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!

Re: Tekst dobry czyta sie jak bjake sienkiewiczowska.

Genofobia - strach przed kobietami mozna leczyc. A czy można komuś wszczepić poczucie humoru, którego się nie posiada? Czy głupota da się leczyć? Już nowotwór jest lepszy. Z nim przynajmniej coś można zrobić. Najgorzej, jak tępy ponurak umiera na raka. Trzy nieszczęścia w jednym. To już dno dna.

Bielinski

Re: O upadku Kamieńca, czyli marny koniec Rzeczypospolitej Babsk

Bardzo interesujący tekst z dużą dozą gorzkiej prawdy [nie tylko dla pań]