Zapomniane Termopile, obrona Kamieńca Podolskiego 1672.

Historia

W święta pokazali w telewizji, po raz kolejny, film „Pan Wołodyjowski”, na motywach powieści Henryka Sienkiewicza. Film niezwykle udany, epicki obraz o opisujący m. in. wojnę polsko – turecką lat 1672-1673. Przy okazji, mając wolny czas, przeczytałem, kolejny raz, książkę, i uderzyło mnie, jaki fałszywy, jaki nieprawdziwy obraz wystawia ta powieść i film obronie Kamieńca Podolskiego w 1672 roku, jego obrońcom i dowódcy obrony – Mikołajowi Potockiemu. Powinniśmy być dumni, powinniśmy szczycić się obroną Kamieńca Podolskiego, winniśmy wychwalać bohaterstwo żołnierzy i rozum dowódców, bo na to szczerze zasłużyli, a tym czasem milczy się wstydliwe o ich walce, cierpieniu, poświęceniu dla Rzeczypospolitej.

Przekaz jest taki: żołnierze walczyli dzielnie, ale dowódcy, zdrajcy, przedwcześnie poddali najpotężniejszą twierdzę wrogowi. Mogli walczyć dłużej, a się poddali, mogli się nawet obronić, a skapitulowali. W sumie nie ma, o czym więcej mówić, zapomnijmy i tym niechlubnym epizodzie. Nieprawda. Spróbuję odwalić nieco te wielowiekowe złogi kłamstw i półprawd i dotrzeć do faktów. Pierwsze dotyczą komendanta, Mikołaja Potockiego, rzekomo: dowódca słaby, nieudolny, ulegający wpływom innych, myślący jedynie o poddaniu, spiskujący z wrogiem, by zaszkodzić konkurencyjnemu rodowi Sobieskich. Samolubny magnat, dla którego utrata najważniejszej twierdzy Rzeczypospolitej, to nic w porównaniu z zaszkodzeniem znienawidzonemu Sobieskiemu. Mikołaj Potocki (1626 - 1676), generał ziem podolskich, komendant Kamieńca i starosta kamieniecki. Magnat z dziada pradziada, syn Mikołaja Potockiego, hetmana wielkiego koronnego. Oficer mężny i doświadczony, cecha niestety całego owego, straconego pokolenia, pokolenia roku 20-tego (tyle ze XVII wieku). Odbył wojny tatarskie, kozackie, szwedzkie, i wojnę domową. Dwa lata spędził w ordzie tatarskiej, na Krymie w niewoli, jako zakładnik za ojca, hetmana wielkiego koronnego – wziętego do niewoli w nieszczęsnej dla Rzeczpospolitej bitwie pod Korsuniem (1648). Mikołaj Potocki, syn, z wojen i z niewoli, dobrze poznał Tatarów i Turków, ich zwyczaje i sposób wojowania. Pod koniec lipca, w obliczu wojny z Turcją objął dowództwo twierdzy kamienieckiej. Nie miał innego wyjścia, jako generał ziem podolskich i starosta kamieniecki. Nieprawda, miał, gdyby był samolubnym magnatem, z łatwością mógł się wymówić. Nikt w Rzeczypospolitej, ani król, ani Sejm nie mógł nikogo z Potockich, Sapiehów, Radziwiłłów, czy z innych wielkich rodów magnackich, do niczego zmusić. Ten magnat, dumny wielmoża, miał jednak poczucie honoru i odpowiedzialności za swoje ziemie, za Podole, za Kamieniec. Dlatego się zgodził zamknąć w Kamieńcu. Choć wcale nie musiał. Pierwszym kandydatem na komendanta Kamieńca, wyznaczonym przez Sejm, był generał Józef Łączyński. Ten jednak zażądał 10 tys. piechoty i stu tysięcy złotych, żądania realne – tylu żołnierzy wymagała pełna obsada twierdzy, a owe pieniądze były niezbędne do pilnych remontów i modernizacji umocnień – i jednocześnie całkowicie nierealne w ówczesnej sytuacji Rzeczypospolitej. Cala armia koronna nie sięgała nawet 10 tys. żołnierzy. Nie otrzymawszy żądanych pieniędzy, ani żołnierzy, gen. Łączyński zrezygnował. Generał ziemi podolskiej Mikołaj Potocki przyjął ten honor i przekleństwo zarazem, bowiem doskonale musiał wiedzieć, że posiadanymi żołnierzami twierdzy nie obroni, że ma sił ani środków, aby przeciwstawić się całej potędze tureckiej. Wiedział, że to jego obarczą winą za upadek twierdzy. Że wyznaczono mu w istocie rolę kozła ofiarnego, i być może to była przyczyna, dla której powierzył kierowanie obroną miasta sześcioosobowej radzi wojennej. Ten wybieg niczego nie zmienił. W Rzeczpospolitej, był postrzegany, jako ten, co poddał Kamieniec bisurmanom; już wówczas zaczęła się jego czarna sława i, mimo dzielnej postawy na wojnie w roku następnym, umarł w niesławie. I na co mu to było, magnatowi, bogaczowi ta funkcja? Co mógł na niej zyskać? Nic, a wiele stracił, np. dobre imię. Po dwustu latach czarny obraz Mikołaj Potockiego, jako słabego, chwiejnego dowódcy, samolubnego magnata a nawet zdrajcy utrwalił Henryk Sienkiewicz w „Panu Wołodyjowskim” i reżyser Hoffman w ekranizacji powieści. Ten negatywny wizerunek Mikołaja Potockiego jest tym trwalszy, że my po stuleciach, Mikołaja Potockiego widzimy przez pryzmat jego potomka, Stanisława Szczęsnego Potockiego, marszałka konfederacji targowickiej, zdrajcy i renegata. Obaj ci kuzyni, zlewają się w jedno, w końcu to Potoccy. I tak potomek – zdrajca – wykrzywia obraz przodka – dzielnego żołnierza. Negatywne konotacje, powiązania rodzinne w dużej mierze winne są negatywnemu przedstawieniu Mikołaja Potockiego w książce i filmie.

Tu docieramy do podstawowego pytania: czy Kamieniec Podolski mógł się obronić przez nawałą turecką w 1672 roku? Jeśli nie, czy mógł się bronić dłużej? Czy najpotężniejszej twierdzy Rzeczypospolitej, zwanej Orlim Gniazdem, nie można było bronić dłużej? Czy za tak krótką obronę i przedwczesną kapitulację nie odpowiada komendant twierdzy – Mikołaj Potocki, i czy nie ma racji Sienkiewicz?

Kamieniec Podolski to miasto położone w miejscu, jakby umyślnie przez samą naturę ufortyfikowanym. Położenie w zakolu rzeki Smotrycz, która tworzy w tym miejscu prawie pełną pętlę rozdzieloną wąskim przejściem. Miasto otoczone głębokim skalnym jarem, z rzeką w głębi, jak naturalną fosą, szeroką na 100, 200 metrów, widziane z dołu jest jak skalna, niedostępna wyspa. Położenie sprawia, że nie było potrzeby budowy pełnego kręgu murów obronnych. Miasto dostępne tylko w trzech miejscach: w dwóch, gdzie jar ma łagodniejsze stoki, tam zbudowano potężnie umocnione brany, oddzielne forty: Lacką i Ruską, i od przesmyku, który zatykał i bronił, jak korek w szyjce butelki, potężny zamek, najeżony wieżami i basztami. Miasto – twierdza, z potężną warownią, rozbudowywaną przez stulecia. Trafem zamek i zabytki miasta zachowały się dobrym stanie. Kamieniec Podolski to jeden z cudów natury i średniowiecznej architektury obronnej. Mijały stulecia, aż armaty nie zaczęły dominować na polach bitew. Na początku XVII wieku modernizacja twierdzy stała się nagląca. Na przedpolu zamku, teraz zwanego Starym Zamkiem, w latach 1617 - 1621 zbudowano Nowy Zamek, zaprojektowany zgodnie z najnowszymi osiągnieciami nowoholenderskiej sztuki fortyfikacyjnej. W istocie to, co zbudowano, to nie zamek, ale fort lub dzieło rogowe (Hornwerk): kamienno – ziemna fortyfikacja bastionowa, na planie wydłużonego prostokąta, zwrócony ku przedpolu dwoma półbastionami – rogami. Od strony Starego Zamku otwarty, by w razie zdobycia przez wroga, umożliwić ostrzał. Tak umocniona twierdza nie została zdobyta przez następne dziesięciolecia, a oblegano ją wielokrotnie: w 1651 Kozacy Bohuna, 1652 znowu Kozacy pod wodza syna Chmielnickiego Tymoszy, w 1655 próbował sam Chmielnicki z Kozakami i sprzymierzonymi wojskami moskiewskim. Po dziewięciu bezskutecznych szturmach odstąpił od twierdzy, która zdobyła sławę niezdobytej.

Błędne mniemanie. W czasach dalekosiężnych armat ta sama topografia, która w średniowieczu czyniła z Kamieńca twierdzę nie do zdobycia, teraz skazała ja na zagładę. Skalna wyspa, na której znajduje się miasto, znajduje się poniżej w stosunku do otaczających ją terenów. Armaty rozmieszczone na przeciwległym brzegu Smotyrcza, miały zasięgu swego ognia miasto i zamek. Co gorsza, Nowy Zamek, mający bronić przedpola Starego Zamku, znajduje się na poziomie a nawet powyżej krawędzi murów Starego Zamku. W razie zajęcia przez wroga, Nowy Zamek staje się idealną przyczółkiem do ostrzeliwania i ataku na Stary Zamek. I żeby było jeszcze gorzej, dookoła Nowego Zamku znajdują się wzniesienia położone wyżej od niego! Wystarczy rozmieścić na nich baterie artylerii… W roku 1672 roku Kamieniec Podolski tak samo zasługiwał na miano twierdzy, jak średniowieczne zamki jury krakowsko - częstochowskiej, które w ciągu kilkugodzinnego ostrzału obracały w ruinę szwedzkie armaty w czasach potopu. Średniowieczne zamki, pod względem militarnym, już w połowie XVII wieku były g…wno warte. Rzeczpospolita miała też inne, podobne „twierdze”, np. Kraków, otoczony podwójnym ciągiem murów najeżonych 39 basztami. Trafem, mniej więcej w tym samym czasie, sumptem Jana III Sobieskiego, zbudowano ostatnią basztę. Zaiste, Kraków - „twierdza nie do zdobycia”, do której w dwadzieścia lat później, w czasach wojny północnej, wchodziły jak chciały, i kiedy chciały, wszystkie obce wojaka: czy to szwedzkie, saskie czy rosyjskie. Aby uczynić z Kamieńca nowoczesną twierdzę, należałoby rozmieścić na przeciwległym brzegu Smotrycza, oraz na przedpolach Nowego Zamku, łańcuch fortów, kontrolujących podejścia do miasta. To miałoby sens. Ale Rzeczypospolitej nie było stać na podobny wysiłek finansowy, wolała półśrodki i chowanie głowy w piasek. Dlatego Rzeczpospolita upadła. Podobnie król Jan III Sobieski zafundował Krakowowi niepotrzebną basztę, bo była w jego zasięgu; budowa wokół Krakowa nowoczesnych fortyfikacji była ponad możliwości jego i Rzeczypospolitej.

Oblężenie twierdzy zaczęło się 12 sierpnia 1672 roku. Armia turecka, po wodzą sułtana Mehmeta IV liczyła, szacunki są różne, od 100 do 300 tys. ludzi; składały się na nią liczne jednostki tureckie z całego imperium, chan Islam Gerej ze wszystkimi ordami, dalej Kozacy Doroszenki, by wymienić najważniejszych. Nie była to bezkształtna tłuszcza, miażdżąca przeciwnika samą swą masą, ale dobrze zorganizowana, świetnie wyposażona i przygotowana do kampanii armia. Armia turecka przywiodła pod Kamieniec ponad 200 ciężkich armat, posiadała liczne i doskonałe jednostki saperów, a w wojsku sułtańskim służyli świetnie wyszkoleni wojskowi inżynierowie francuscy, którzy dowodzili jednostkami artylerii i saperów. Na siły polskie składało się około 800 - 900 żołnierzy piechoty, trochę kawalerii kwarcianej i prywatnej, oddziałek dragonów, nieliczni artylerzyści załogi twierdzy, razem daje to 1060 żołnierzy, wspartych około 500 ochotnikami z pospolitego ruszenia: mieszczan kamienieckich i szlachty. Żołnierze obsadzili Nowy Zamek i Stary Zamek, mieszczanie i szlachta miasto i bramy: Lacką i Ruską. Łącznie polscy obrońcy dysponowali 1500 - 1600 żołnierzami! Nie ma znaczenia, czy stosunek sił w ludziach wynosił 120: 1, czy 80 : 1, a w artylerii 10 : 1, czy 20 : 1 na korzyść turecką. Przewaga turecka w ludziach o armatach była miażdżąca. Przy takiej dysproporcji sił właściwie trudno mówić o walce. Dodatkowo załoga stanowiła ledwie 1/7 wymaganej obsady twierdzy! Nie bez przyczyny generał Łączyński domagał się 10 tys. żołnierzy do obrony Kamieńca. W czasie tureckiego panowania (1672-1699), sułtan utrzymywał w Kamieńcu Podolskim stały garnizon liczący 6, 7 tys. żołnierzy i 200 armat. Taki słaby garnizon – z górą 1600 ludzi – z ogóle nie powinien prowadzić walki dłuższej niż kilka dni. W armii tureckiej zmęczone i wykrwawione jednostki zastępowały świeże, zasoby ludzkie były nieograniczone; po stronie polskiej żołnierze musieli trwać na posterunkach i walczyć póki nie zginęli, lub nie odnieśli ran, po prostu nie miał ich, kto zmienić, a dowódcy nie dysponowali żadnymi rezerwami, które mogliby rzucić na zagrożony odcinek. Dowodzenie było czystą fikcją: oficer ze swoimi ludźmi, otrzymywał do obrony wyznaczony odcinek i miał na nim trwać do śmierci. Dowodzenie komendanta twierdzy kamienieckiej Mikołaja Potockiego sprawdzało się do zerojedynkowego wyboru: walczyć dalej, czy się poddać.

No tak, powie ktoś, ale Polacy bronili się w twierdzy, a twierdzę buduje się po to, by nieliczna załoga stawiła opór wielokrotnie liczniejszemu nieprzyjacielowi. Problem w tym, że Kamieniec już nie był żadną znaczącą twierdzą. Wartość bojowa jego umocnień była niewielka, co najlepiej wykazali Turcy. Kiedy czyta się opisy rozmaitych wojen, kampanii, czy oblężeń, odnosi się wrażenie, że ogląda się partię szachów. Pierwszy ruch, drugi, trzeci… szach, mat. Podobnie jest z oblężeniem Kamieńca Podolskiego w sierpniu 1672; tyle, że jest to taka partia szachów, w której biała, polska strona nie ma kluczowych figur i zostało jej ze dwa piony do obrony Króla. Rozgrywka o z góry znanym zakończeniu, jedyne pytanie, jak długo potrwa. Turcy doskonale przygotowali się do kampanii i do oblężenia, znali słabe strony twierdzy, mieli dokładne informacje o obrońcach i wojskach kwarcianych walczących w polu pod wodzą Sobieskiego, wiedzieli o słabości Rzeczypospolitej, działali planowo i energicznie, niczego nie zostawili przypadkowi. Przy miażdżącej przewadze w ludziach i armatach, Polscy obrońcy zamknięci w Kamieńcu nie mogli im przeciwstawić niczego poza odwagą i uporem. Nie przypadkiem na czele armii stanął sam sułtan Mehmet IV. Sułtan miał odnieść szybkie i łatwe zwycięstwo, i tak się stało.

12 sierpnia Tatarzy i konnica turecka zjawili się pod twierdzą i z przypuścili atak próbując zająć twierdzę z marszu. Atak z łatwością odparto. W dwa dni później do Kamieńca dotarły główne siły tureckie, piechota z ciężkimi działami. Turcy wciągnęli armaty na wzniesienia nad Nowym Zamkiem, a baterie tureckich dział zasypały obrońców morderczym ogniem. Na dziedziniec zamku padało dziennie 600 pocisków z dział i moździerzy. Huraganowy ogień artylerii to nie jest wytwór I wojny światowej. Stanisław Makowiecki, uczestnik obrony, pisał: „oni trafiali tam, gdzie chcieli”. Turcy trafiali, bo strzelali z góry i mieli obrońców jak na dłoni. Obrońcy dosłownie nie mogli wychylić głowy z ukrycia, a wszelkie ruchy, wykonywali jedynie w nocy; dostawy amunicji, posiłków, odsyłanie rannych możliwe było jedynie pod osłoną ciemności. Jednocześnie oddziały saperów sypały aporsze (okopy) i pod ich osłoną ryli tunele, by podłożyć miny pod wały Nowego Zamku. Turcy stosowali standardowe sposoby zdobywania ówczesnych twierdz, nie wymyślili nic nowego, ani nieoczekiwanego. O tym rozpisywały ówczesne podręczniki inżynierii wojskowej. Nieustający ostrzał i narastające ryzyko wysadzenie fortu w powietrze zmusiły Polaków do opuszczenia Nowego Zamku. W powieści, i filmie, pan Wołodyjowski mówi, „Zawszem mniemał, że nowy posłuży tylko na to, żeby dać pierwszy wstręt nieprzyjacielowi… prawdziwa obrona zacznie się w starym… bo stary na takich skałach fundowan, że ich minami nie rozsadzą.” Nieprawda, pan Wołodyjowski (czyli Sienkiewicz) się mylił. Nie znał topografii Kamieńca. Nowy Zamek był kluczową pozycją obronną, pierwszą pozycją obronną i kluczową. W normalnej twierdzy kluczowe umocnienia to ostanie: trzecie, czwarte w kolejności, aby do nich dotrzeć atakujący potrzebują tygodni, miesięcy krwawego trudu, tu były pierwsze. Czy długo, czy krótko Polacy się bronili? Niewłaściwe pytanie. Nowego Zamku broniło około 800-900 żołnierzy z 1060 osobowej załogi, czyli gro polskich sił. W czasie kilkudniowej obrony, obrońcy ponieśli ogromne straty w zabitych i rannych, a strat tych nie było czym uzupełnić. Pozostanie w Nowym Zamku oznaczałby, że Turcy wysadzają i zdobywają fort (miny), a Polacy stracą około ¾ swojej siły żywej. Ocaleliby nieliczni, większość obrońców oraz działa zostałaby stracone, nie byłoby kim obsadzić Starego Zamku, co oznaczałoby szybki upadek jego i miasta. Jak w szachach, zapędzeni w ślepą obrońcy mogli tylko przedłużać agonię. A było tak, ponieważ Nowy Zamek był sam; od frontu powinien być chroniony łańcuchem innych fortów, szańców, palisad, jako kluczowy punkt obrony. Ale na przedpolu fortu, ani na wzgórzach nad nimi nie było żadnych umocnień. Nie była to wina obrońców, czy dowódcy – Mikołaja Potockiego, ale kolejnych królów, Sejmów, Rzeczypospolitej, którzy od półwiecza nie uczynili nic, aby umocnić najważniejszą twierdzę na południowych rubieżach. Generał Łączyński domagał się 10 tys. żołnierzy i 100 tys. złotych do obrony Kamieńca i, naprawdę, były to niewygórowane żądania, a nie dostał nic. Zaniedbania Rzeczypospolitej, a nie tchórzostwo czy błędy obrońców, sprawiły, że obrona Nowego Zamku trwała osiem, dziewięć dni, i nie mogła trwać dłużej. Obrońcy uczynili wszystko, walczyli bohatersko o utrzymanie Nowego Zamku i najdłużej, jak się dało, a wycofali się dosłownie w ostatniej chwili, przedłużając przez to obronę Kamieńca.

Mając w swym ręku Nowy Zamek, Turcy podciągnęli tam artylerię i rozpoczęli morderczy ostrzał Starego Zamku i mostu łączącego zamek z miastem. Saperzy kopali tunele pod miny. Upadek Nowego Zamku wymuszał upadek Starego Zamku, ponieważ platformy bastionów Nowego Zamku położone były wyżej niż szczyty murów Starego Zamku. A Stary Zamek, średniowieczna twierdza, z wysokimi murami i basztami, bardzo słabo nadawał się do nowoczesnej obrony i walki artyleryjskiej. Wysokie mury były świetnym celem dla tureckich kanonierów, a Polacy nie bardzo mieli gdzie rozmieścić swoje armaty. Na wysokiej, lecz wąskie średniowieczne mury nie wciągnie się armat i nie znacznie się stamtąd strzelać. Skały nie stanowiły problemu dla tureckich saperów. Wbrew temu, co pisze Sienkiewicz, Stary Zamek i Nowy leżą na takiej samej skale. 25 sierpnia Turcy podkopali się pod Nową Zachodnią Basztę, kluczowy element obrony Starego Zamku od strony zachodniej – baszta, właściwie basteja na planie kwadratu zbudowana w XVI wieku, przystosowana do prowadzenia walki artyleryjskiej – i wysadzili minę, ruszając zaraz potem do szturmu. Szturm obrońcy odparli z wielkimi stratami dla atakujących, lecz Nowa Zachodnia Baszta, kluczowe umocnienie Starego Zamku zostało zniszczone. Upadek Starego Zamku był już kwestią jednego, góra dwóch dni, jeśli nie godzin. Następna mina rozerwie obwód murów, Turcy ruszą do szturmu, wedrą się do zamku i wymordują wszystkich obrońców, brakowało już bowiem żołnierzy zdolnych do walki. Po upadku Starego Zamku, Turcy wpadną się do bezbronnego miasta, a wszyscy dobrze wiedzieli, co to oznacza. To, co się działo w zdobytych miastach, nieporównanie opisuje sam Sienkiewicz. Warto oddać mu głos i przytoczyć, co się działo w zdobytym przez wojska tureckie miasteczku Żwaniec, niedaleko od Kamieńca Podolskiego: „…(Turcy) poczęli w nim gospodarzyć szablą i kindżałem. Janczarowie chwytali młode niewiasty na żołnierska swawolę, mężów zaś i dzieci rąbali siekierami; Tatarzy braniem łupu byli zajęci.”

Tak wyglądało zdobywanie miast, czy wsi w XVII wieku. Masowe mordy, gwałty, rzezie, rabunki. Kobiety masowo i zbiorowo gwałcono, przy czym słowo gwałt jest tylko słabym przybliżeniem tego, co z tymi nieszczęsnymi kobietami wyczyniano; mężczyzn, dzieci, chorych, starców mordowano bestialsko. Jednych z zemsty, drugich z radości, innych dla przyjemności, czy jako nieprzydatnych, zbędne gęby do żywienia, jak dzieci za małe, by przeżyć drogę na targ niewolników. Wielu przed śmiercią torturowano, by wydali ukryte dobra. Ci, co przeżyli, pędzeni byli w więzach, jako jasyr. Jeśli przeżyli długą, straszną drogę, pod batem, w głodzie, poniżeniu, byli sprzedawani na targu, jak bydło. Kończyli życie, jako niewolnicy, pompujący wodę na spalonych słońcem polach, tłukący kamienie w kamieniołomach, czy wiosłując na galerach; a kobiety, harując całe dnie, rodziły dzieci swoim prześladowcom, i biada im, jeśli pracą bądź ciałem, nie zadowoliły swego pana. Tak wyglądała koszt ówczesnej wojny, klęski, zdobycia miasta. I wszyscy od małego dziecka do starca dobrze wiedzieli, co ich czeka, jeżeli wróg szturmem zdobędzie miasto. Podobnie zachowywały się wojska chrześcijańskie, także wobec innych chrześcijan, by im oddać sprawiedliwość, np. katolicy wobec protestantów i vice versa w czasie wojny trzydziestoletniej, no może poza braniem jasyru.

Komendant Kamieńca Mikołaj Potocki 26 sierpnia zadecydował o kapitulacji miasta. Trafił idealnie w czas. W ostatnią chwilę, ostatni sprzyjający moment, Stary Zamek był jeszcze! w polskich rękach i gdy mógł, jeszcze mógł! wynegocjować dobre warunki kapitulacji. Upadek Starego Zamku był kwestią dni, potem nieuchronnie miasta oraz rzeź mieszkańców. Jednakże dla Turków oznaczałoby to dodatkowy wysiłek, straty i zwłokę, trudną do odrobienia, dlatego zadowolony sułtan zgodził się na kondycje więcej niż dobre: żołnierze mogli opuścić twierdzę z bronią osobista i pójść, gdzie chcą, mienie i życie mieszkańców miało być oszczędzone. Mieszczanie mogli wybrać: albo zostać pod władzą padyszacha, albo opuścić miasta wraz z żołnierzami zabierając ruchome mienie. Chrześcijanie zatrzymywali po jednej świątyni w mieście dla każdego wyznania: katolickiego, prawosławnego, ormiańskiego. Mikołaj Potocki wynegocjował maksimum tego, co mógł otrzymać, co Turcy dawali pokonanym. Kapitulację miasta opóźnił i skomplikował sławny incydent, opisany przez Sienkiewicza: wybuch prochów na Starym Zamku w Czarnej Baszcie. W wyniku wybuchu zginęło około wielu polskich żołnierzy i mało, co nie doprowadził do zerwania warunków kapitulacji. Dwa wyjaśnienia mamy tego zdarzenia, powstałe już podówczas: jedna mówi o wypadku, przypadkowej detonacji składu prochu, druga obciąża winą majora Heclinga, naczelnika zamkowej artylerii, Niemca z Kurlandii (u Sienkiewicza Szkota Ketlinga). Ja wierzę w wypadek. Jeśliby major Hecling chciał wysadzić zamek, np. w proteście przeciw przedwczesnej kapitulacji, to poczekałby na wkroczenie Turków, a nie zabijał własnych towarzyszy broni zgrupowanych w zamku, przed jego opuszczeniem. Nie ma to sensu. W tej eksplozji zginęło więcej polskich żołnierzy niż podczas całego oblężenia! Musiał to być wypadek, częsty w magazynach prochu. Albo ten Hecling był wariatem, ale wariatowi nie powierza się artylerii i składów prochu. Dowodem na wypadek, jest postepowanie Turków. Turcy przeprowadzili szybkie śledztwo podejrzewając polski spisek i… nic nie zrobili. Warunki kapitulacji dotrzymali. Uznali, zatem, iż był to wypadek. A byli na miejscu, przesłuchali świadków i zależało im na wyjaśnieniu sprawy. Sienkiewicz przekształcił przypadkowe wysadzenie zamku w narodowy symbol. W wyniku eksplozji zginął pan Wołodyjowski: odłamek skały, czy kartacza, ściął mu kawałek głowy. Wypadek z eksplozją składu amunicji miał też pozytywny skutek. Opóźnił zajęcie Kamieńca przez Turków o dwa, trzy dni. Kluczowe dni. Zupełnie jakby, nie mogąc już walczyć, bezbronni już, samą swoją śmiercią obrońcy opóźniali pochód wojsk tureckich. Dopiero 3 września sułtan Mehmet IV uroczyście wkroczył do Kamieńca Podolskiego, a później armia turecka mogła wreszcie ruszyć dalej na zachód.

Obrońcy Kamieńca Podolskiego zatrzymali pochód wojsk tureckich na prawie miesiąc. W tej bitwie chodziło przecież nie o zwycięstwo, lecz tylko o czas, jaki twierdza ofiaruje Rzeczypospolitej, kosztem życia swych obrońców. Dzięki bohaterstwu obrońców Kamieńca Podolskiego, Lwów i Rzeczypospolita zyskali miesiąc na przyrównanie się do obrony. Hetman wielki koronny Jan Sobieski na czele nielicznej armii koronnej dokonywał cudów zwalczając, o wiele liczniejsze o jego sił, czambuły tatarskie, które rozlały się aż po Lublin, mordują, rabując, gwałcąc. Zdaniem wielu fachowców, jesienna kampania 1672 roku jest najwybitniejszym osiągnięciem Sobieskiego. Ale przecież nie umiał dokonywać cudów, on też potrzebował czasu by zmobilizować, zgromadzić i przegrupować swe siły. Polscy żołnierze uwolnili mnóstwo jasyru, ale cała południowa Rzeczypospolita spłynęła krwią i zapłonęła jednym ogniem. Armia turecka dotarła pod Lwów dopiero 20 września. Był to kres jej drogi. Było już jesień, o wiele za późno na dalszy marsz na Zachód. Jesień, słota, wkrótce chłód, mrozy, zimno i śnieg. Turcy, których większość armii pochodziła z ciepłych Bałkanów, Anatolii, Syrii, czy Egiptu, bali się polskiej zimy. Nie umieli walczyć na mrozie. Od Kamieńca czas zaczął pracować na korzyść Rzeczypospolitej. Armia turecka nie zdobyła Lwowa i się cofnęła. Rzeczpospolita została uratowana, ocalała z najgroźniejszego niebezpieczeństwa. Zmuszono ją wprawdzie do przyjęcia upokarzających warunków traktatu buczackiego, stała się faktycznie lennikiem Porty Otomańskiej, ale gdyby padł Lwów, jej losy byłyby nieporównanie cięższe. Mając Lwów w ręku, w dużym mieście Turcy mogliby przezimować, a wiosną ruszyć dalej.

Bitwa o Kamieniec Podolski była polską porażką. Turcy zdobyli twierdze, wygrali bitwę, ale przegrali wojnę. Wojnę przegrali, moim zdaniem, właśnie na początku, pod Kamieńcem Podolskim. Jakże nieliczni obrońcy Kamieńca Podolskiego pod dowództwem Mikołaja Potockiego, wykazali niezwykłe bohaterstwo i poświęcenie, i dokonali czegoś niezwykłego. Uratowali Rzeczypospolita, ofiarując jej czas. Czas cenny jak życie. Przy miażdżącej przewadze nieprzyjaciela, sami nieliczni – w sumie równowartość z górą dwóch batalionów – zamknięci w przestarzałej twierdzy, nienadającej się właściwie do dłuższej obrony, będąc w skrajnie niekorzystnym położeniu, przez prawie miesiąc wiązali całą turecką potęgę, zadając im ciężkie straty. Jakie nieprzebrane pokłady miłości do ojczyzny, poświęcenia, męstwa tkwiły w obywatelach Rzeczypospolitej! Jedyne porównanie, to Termopile. Obrona Kamieńca Podolskiego w 1672 roku to były polskie Termopile. Godne stanąć w pierwszym rzędzie największych dokonań polskiego żołnierza. Owo miano bardziej przysługuje tej bitwie niż wielu innym, znacznie sławniejszym. Na obronę Kamieńca patrzymy przez okulary, jakie nałożył nam Sienkiewicz swoją powieścią. Widzimy wybuch prochów, przypadkowy, a nie dostrzegamy właściwego znaczenia obrony, poświęcenia i odwagi żołnierzy, oficerów, zwykłych mieszkańców wielonarodowego miasta: Lachów (Polaków), Rusinów, Ormian. Obrońcy Kamieńca pod wodzą Mikołaja Potockiego, zatrzymali wroga na blisko miesiąc, dodatkowo Mikołaj Potocki zdołał ocalić mieszkańców i obrońców, przed okrutną śmiercią i niewolą. Wykonał powierzone mu zadanie i ocalił ludzi powierzonych jego pieczy, ilu się dało. Miasta nie mógł ocalić dla Rzeczypospolitej. Dla niektórych to wada, dla mnie wielką zaletą jest, iż Mikołaj Potocki nie pogrzebał siebie i swoich żołnierzy w płonących ruinach Kamieńca, jak uczynili w Warszawie w 1944 roku dowódcy Armii Krajowej, wydając jej mieszkańców na rzeź. Potocki był magnatem, doświadczonym żołnierzem, ale głupcem nie był. Na szczęścice dla swoich żołnierzy, dla mieszkańców Kamieńca Podolskiego, i dla całej Rzeczypospolitej, Żołnierze, którzy przeżyli obronę mogli wziąć udział w następnych kampaniach i wojnach, a mieszkańcy… żyli. W straszliwie wykrwawionej Rzeczypospolitej ludzie byli najcenniejszym dobrem.

Czy można było zyskać więcej? Nie, moim zdaniem nie można było. To było maksimum do uzyskania to, co zyskali obrońcy Kamieńca Podolskiego w 1672 roku. Głupotą, wynikającą z niewiedzy, jest utyskiwanie, że obrona trwała tak krótko, przeciwnie, zdumienie winien budzić fakt, iż obrońcy Kamieńca wytrwali tak długo. Cześć ich pamięci i sława ich imieniom. Bo są tego godni. Oni – ofiarni, nieugięci, dzielni obrońcy Kamieńca Podolskiego z 1672 roku – cywile, mieszczanie, szlachta, żołnierze, oficerowie oraz ich mężny a roztropny komendant: Mikołaj Potocki.

Dla chcących więcej polecam książkę:
"Kto może być zebrą i inne historie"
wydawnictwo: e-bookowo

9.875
Średnio: 9.9 (8 votes)

Rewelacyjna lekcja historii!

Czytałem z otwartą gębą.
Dziękuję i pozdrawiam. :)

Piękny zamek,kościół

Polecam do zwiedzania.

Dobra lekcja historii i cenna gdyby nie pewna aluzja...

Delikatnie mówiąc.

"Dla niektórych to wada, dla mnie wielką zaletą jest, iż Mikołaj Potocki nie pogrzebał siebie i swoich żołnierzy w płonących ruinach Kamieńca, jak uczynili w Warszawie w 1944 roku dowódcy Armii Krajowej, wydając jej mieszkańców na rzeź."

To zdanie mógł sobie Autor darować ! Przekreśla ono całą wartość tekstu i podważa jego wiarygodność.
Warszawa miała być starta z oblicza ziemi niezależnie od rozwoju wypadków bo taki był zamysł Hitlera, a rzezie hitlerowskie w Warszawie przed 1944 r. były i trwałyby tak długo jak długo Warszawa byłaby w szwabskich rękach.

contessa

_______________
"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być".
Lech Kaczyński
_______________
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten aldd meg a Magyart

"Urodziłem się w Polsce" - Złe Psy :
http://www.youtube.com

@contessa

Czytałem tak pochłonięty, że nawet nie zauważyłem. Rzeczywiście, można było sobie to odpuścić.

Re: Dobra lekcja historii i cenna gdyby nie pewna aluzja...

Myślę, że pozostaniemy przy odmiennej ocenie powstania warszawskiego. Niemniej mam nadzieję, że poza tym zdaniem mój tekst się Pani podobał.

Pozdrawiam

Bielinski

portret użytkownika matka trzech córek

Dziękuję Contesso, za czujność, gwiazdka!

Autorze, potężny i głęboki tekst.Ciekawy, ale wszystko, co przeczy faktom z Trylogii, wypacza "naszą historię".
Oczywiście żartuję, bo Sienkiewicz, jak wiadomo, miał wielu krytyków.
Osobiście jednak nie odrzucę tej "prawdy", którą pokazał mi szklany ekran:)
Ech, "...Panie Wołodyjowski! Larum grają!..."

Łomnicki, jak on zagrał Pana Michała!

Pozdrawiam 10, ale z minusem, za Powstanie Warszawskie

Re: Dziękuję Contesso, za czujność, gwiazdka!

Witam, także lubię ten film, oglądam go rzadko, bo znam to na pamięć. Rola Łomnickiego - doskonała, inni również, film bez słabych punktów. Ale wymowa?
Będąc w Kamieńcu kogo by pani wolała? Wołodyjowskiego wysadzającego prochy, czy Potockiego?
To Mikołaj Potocki ocalił matki, i ich córki, w Kamieńcu przed masowymi, bestialskimi gwałtami a ich mężów, synów, braci przed zarąbaniem szablami, siekierami, etc.
Warto o tej "drobnej" zasłudze pamiętać.
Komorowskiemu i Chruścielowi w 1944 roku zabrakło tego zdrowego rozsądku, choć Komorowski to był też hrabia.

Pozdrawiam

Bielinski

portret użytkownika matka trzech córek

Mości Bieliński:

"...W 1672 roku po 10-ciu dniach otoczenia, twierdza Kamieniec Podolski poddała się armii tureckiej pod wodzą Mohameda IV-go. Armia turecka liczyła ok. 200 000 wojska i ponad 200-cie armat. W twierdzy — nie doinwestowanej - było ok. 2,5 tys. wojska i ponad 20-cia armat. Polacy stwierdzili: ten upadek jest przeciw logice, więc może była zdrada..."

Co do ocalenia ludności Kamieńca, można różnie wnioskować.
Czy los Polaków, oddanych na łaskę Turkom, był tak dobry, jak sobie to wyobraził Potocki?
Poniewierka szlachty i rozchwiane struktury społeczne, to prawdziwe owoce "kapitulacji".
Warto o tym poczytać:
http://www.rp.pl/artykul/1001941.html?p=1

Co do Powstania Warszawskiego, powiem tak: Chwała Bohaterom! Gloria Victis!!!

Pozdrawiam serdecznie:)