Ile zostało w nas polskości?

portret użytkownika Bibrus
KawiarNIA

Dzisiejszy wpis chciałbym oprzeć o silny fundament patriotyczno-historyczny, który pozostawiła po sobie znaczna część moich przodków. A skłonił mnie do tego list pewnego znanego polityka z Gdyni. Tym politykiem jest prezydent miasta pan Wojciech Szczurek, który po wielu latach dowodzenia magistratem, pobierając nieosiągalne dla 90% rodaków uposażenie, wykazał się nie lada odwagą, a biorąc pod uwagę obecne uwarunkowania towarzyszące piastowaniu wysokich stanowisk publicznych, można zaryzykować stwierdzenie, że nawet szaleństwem, publikując list otwarty do polityków i dziennikarzy. List zamieszczam poniżej na końcu notki. Co ma wspólnego z tym wydarzeniem historia mojej rodziny?

Już wyjaśniam. Mój dziadek urodził się w roku 1882 w czasie, kiedy wielu marzyło o wolnej i niepodległej, ale czas jaki musiał upłynąć do tej chwili był nikomu nie znany. Jak każdy poddany cesarza Niemiec Wilhelma II, musiał odbyć służbę wojskową. Po tym fakcie pracował kilka lat w Zagłębiu Ruhry, po czym wrócił w rodzinne strony i kupił spory kawałek ziemi stając się wolnym rolnikiem w wolnej już Polsce. Niestety radość z niepodległości i licznej rodziny została brutalnie przerwana w 1940 roku, kiedy do drzwi mojego dziadka zapukali niemieccy żandarmi z rozkazem natychmiastowego opuszczenia majątku. Dziadek, biegle władający niemieckim, starając się ratować rodzinę przed rozbiciem i wywozem na przymusowe roboty do Niemiec wyjaśnił, że był na służbie wojskowej u samego cesarza Wilhelma, którą sumiennie odbył zdobywając nawet jakieś odznaczenia. Nic to nie pomogło, postawiono jeden jedyny warunek odwlekający wysiedlenie. Była to pisemna zgoda na przystąpienie do tzw. "volkslisty", dziadek powiedział, że jest Polakiem i nigdy czegoś takiego nie podpisze. Efektem tej decyzji było przymusowe wysiedlenie całej rodziny, utrata majątku, strata syna powieszonego w Mauthausen 4 maja 1944 roku i pięcioletnia gehenna poza Ojczyzną. Dziadek stracił jeszcze dwóch synów w kampanii wrześniowej 1939 roku, którzy byli zawodowymi żołnierzami Wojska Polskiego.

Konkluzja jest czytelna i jasna. Polak potrafi wiele znieść, bywa uległy, toleruje poniżanie, pracę przymusową, rozłąkę, natomiast nigdy nie da się złamać, nie pozwoli przekroczyć granicy utraty tożsamości narodowej.

Proszę Państwa, jeżeli osoba publiczna, ogólnie znana, publikuje takie oświadczenie, taki list, to czyż nie doszliśmy już do ściany? Czas skończyć z poniżaniem i kupczeniem Polakami i ich Ojczyzną. Mój dziadek wiedział, że są granice, których przekraczać nie wolno, za nimi nie ma odwrotu a czai się potworne zło utraty niepodległości. Mamy wspaniałą historię, piękny kraj, nie spieprzmy tego. Naród budzi się powoli to można wyjaśnić i zrozumieć, bardzo ważne, że elity wreszcie dostrzegają to z czym my, zwykli blogerzy, walczymy od lat.

Treść listu, pisownia oryginalna:

"List otwarty prezydenta Gdyni do polskich polityków i dziennikarzy 2014-02-04

List otwarty do polskich polityków i dziennikarzy Brońmy polskich interesów Rozpoczyna się kampania do Parlamentu Europejskiego. Przedmiotem debaty publicznej w najbliższych miesiącach będzie miejsce, rola i interesy Polski w Europie. Chciałbym zaapelować do Państwa o wspólną akcję w obronie naszych polskich strategicznych interesów. Wstąpiliśmy do Unii Europejskiej i to przyniosło nam wiele korzyści, ale także doświadczenie, że coraz częściej stajemy się także przedmiotem brutalnej gry i bezwzględnego narzucania Polsce rozwiązań niekorzystnych dla jej przyszłości. Unia przeżywa kryzys, wzmagają się nacjonalizmy i walka interesów globalnych graczy. Jako urzędujący od wielu lat prezydent sporego miasta z rosnącym niepokojem obserwuję, jak forsowane są rozwiązania, zgodne ze strategiami i preferencjami silnych państw i wielkich międzynarodowych korporacji, które stać na skuteczny lobbing. Coraz więcej polskich firm, instytucji, jednostek samorządowych pada ofiarą niekorzystnych decyzji, wprowadzanych przez instytucje unijne. Gdynia umie sobie radzić z takimi trudnościami. Wystarczy wspomnieć łagodny przebieg kryzysu na rynku pracy spowodowanego koniecznością likwidacji Stoczni Gdynia, uzasadnianej przez Komisję Europejską niedozwoloną pomocą publiczną. Musimy jednak zacząć głośno zadawać pytanie: Dlaczego mamy się podporządkowywać absurdalnym decyzjom? Czy energii Polaków nie można byłoby spożytkować lepiej, niż do przezwyciężania szkód czynionych narodowym interesom w imię wybiórczo rozumianej ochrony wolnego rynku? Obecnie o przetrwanie walczą Polskie Linie Lotnicze LOT, które zgodnie z decyzjami Komisji Europejskiej muszą rezygnować z części regionalnych połączeń lotniczych. Na ich miejsce natychmiast swoje połączenia otwierają takie giganty, jak niemiecka Lufthansa. Doświadczył już tego Wrocław, za chwilę pewnie spotka to i inne miasta. Przypomnę, że podobny los dotyka inne firmy w naszym regionie. Węgierskie linie Malev upadły po 61 latach istnienia, właśnie dlatego, że KE zmusiła je do zwrotu pomocy publicznej. Niedawno dziennik „Rzeczpospolita" przytoczył słowa anonimowego urzędnika Komisji, który powiedział wprost, „Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby w Europie zostały tylko Lufthansa, British Airways i Air France KLM". Oto dowiadujemy się, że pewne firmy są wyraźnie preferowane w Brukseli. To nie koniec. Komisja Europejska kończy kolejne postępowanie przeciwko Polsce. W jego wyniku strategiczny projekt przebudowy i ucywilnienia wojskowego lotniska w Gdyni-Kosakowie może zostać zniszczony. Ten projekt zaakceptowany przez rząd, pozytywnie zaopiniowany przez największe firmy konsultingowe i popierany przez ponad 70 procent mieszkańców Gdyni (wg badania przeprowadzonego przez „Gazetę Wyborczą"). Projekt w całości sfinansowany ze środków polskich, nie unijnych. Komisja zapewne uzna finansowy wkład Gdyni i Kosakowa za tzw. niedozwoloną pomoc publiczną, a w efekcie spółka lotniskowa będzie musiała ogłosić upadłość. Podobnym postępowaniem jest objętych wiele małych lotnisk w Europie. W czyim interesie są podejmowane takie decyzje? Małe lotniska są dobrą bazą dla tanich linii lotniczych, które tak bardzo uwierają wielkich i drogich przewoźników. Ofiarą takiej gry stają się też strategiczne dla Polski przedsięwzięcia np. narodowy przewoźnik i projekt przebudowy lotniska Gdynia-Kosakowo,. Jestem zdeterminowany, by zrealizować do końca projekt lotniska w Gdyni. Decyzja Komisji Europejskiej oczywiście utrudni powstanie cywilnego lotniska, choć go nie powstrzyma. Zapewne sprawi, że będzie on droższy. Dlaczego tak się dzieje? W Unii Europejskiej wygrywają te państwa i firmy, które mają jasno zdefiniowane długofalowe interesy gospodarcze i konsekwentnie prowadzą podporządkowane im, działania gospodarcze. Polska też musi mieć swoją strategię, determinację i odwagę do zdecydowanej obrony zdefiniowanych interesów. Czy Polska to ma? Czy nasi reprezentanci są tylko klientami wiszącymi u „brukselskiej klamki"? Jeśli tak, to ofiarą takiej postawy mogą stać się kolejne polskie projekty rozwojowe. Zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego. To najlepszy czas na to aby problem polskiej strategii gospodarczej i politycznej w Unii Europejskiej stał się kluczowym tematem debaty publicznej. Apeluję do dziennikarzy, organizacji samorządowych i polityków wszystkich partii, by najpierw konkretnie zdefiniowali, a potem stanowczo stanęli w obronie interesów modernizacyjnych i strategicznych polskich miast, branż i firm. Gdy dochodzi to takich postępowań przeciwko Polsce, jakie prowadziła Komisja Europejska w sprawie lotniska w Gdyni-Kosakowie konieczna jest zdecydowanie większa aktywność przedstawicieli Polski. Potrzebna jest jasna strategia rozwoju Polski i podporządkowana jej polityka realnej, a nie fikcyjnej obrony naszego interesu narodowego. Brońmy Unię Europejską przed popadnięciem w jeszcze większy kryzys. Nie pozwólmy by strategie i korzyści wielkich polityczno-gospodarczych graczy zablokowały dziś rozwój Polski. Piszę te twarde słowa z rozmysłem, jako samorządowiec znany od lat z pozytywnego stosunku do integracji europejskiej, jako prezydent miasta, które już w 1996 z dumą odebrało Honorową Flagę Rady Europy i nadal się nią szczyci. Kocham Gdynię i Polskę i wiem, że gdyby obecne regulacje wprowadzane przez Komisje Europejską obowiązywały 80 lat temu, nigdy nie powstałby port i miasto Gdynia, które stały się symbolem polskiego myślenia i działania strategicznego, mającego na celu budowanie siły i sukcesu gospodarczego Polski. Projekt Eugeniusza Kwiatkowskiego, do którego trzeba było w pierwszych latach dopłacać, zostałby uznany za niedozwoloną pomoc publiczną. Wyborcy w Gdyni zapewne zadadzą kandydatom do Parlamentu Europejskiego pytania, co oni i ich partie uznają za dobre dla Polski. Chciałbym, aby takie pytania o działania Komisji Europejskiej zadawano nie tylko w moim rodzinnym mieście, ale i w całej Polsce. Trzeba i warto to robić zanim wrzucimy do wyborczej urny swój głos. Z wyrazami szacunku

Wojciech Szczurek

Źródło:

http://www.gdynia.pl/wydarzenia/70_91499.htmlhtt...

 

 

10
Średnio: 10 (2 głosy)
portret użytkownika matka trzech córek

Smutne

"... Czy nasi reprezentanci są tylko klientami wiszącymi u „brukselskiej klamki"? Jeśli tak, to ofiarą takiej postawy mogą stać się kolejne polskie projekty rozwojowe..."

Czy kolejni reprezentanci mają szansę być bardziej wpływowi?
Czy rzeczywiście jest jakakolwiek nadzieja na to?
Ja nie wierzę.

Pozdrawiam

Tam nie reprezentuja nas Polacy

albo przechrzty, oni wszyscy z malymi wyjatkami to zadeklarowani wrogowie Polski, o zmienionych nazwiskach, pazerni na kase , stolki za wszelka cene. I chyba najwazniejsze niemal kazdy z nich nie ma w sercu polski ma ja tam gdzie koncza sie plecy.

portret użytkownika Bibrus

Polska cierpi na porażający brak elit,

na całkowity uwiąd autorytetów z górnej półki. Takich przecież onegdaj nie brakowało, dość wspomnieć Paderewski, Dmowski, Starzyński, Dekutowski, Szendzielorz, Sikorski, Jan Paweł II, Wyszyński, Popiełuszko i wielu, wielu innych. Jak to kiedyś napisano ...na żywym ciele narodu, na polskim korpusie, osadzono zupełnie obcą głowę...