Elity w chwili próby

Historia

Pseudoelity intelektualne, które zajęły się rzeźbieniem umysłowości Polaków po "obaleniu komunizmu" powinny być dumne z tego, że co drugi z nas nie wie dziś, co się wydarzyło 17 września 1939 r. To się nazywa wybrać przyszłość.

Podejrzewam, że o wiele lepsza wiedza u większości naszych rodaków byłaby w kwestii, dajmy na to "pierwszego niekomunistycznego premiera" czy "przełomowej daty obrad okrągłego stołu", są bowiem daty do pamiętania i są daty do zapomnienia. Dojdziemy wnet do kompletnego absurdu społecznego, jeśli wnet się okaże, że więcej o własnym kraju i jego wrogach wiedzieli Polacy za peerelu niż współcześnie, wtedy bowiem nie tylko naoczni świadkowie opowiadali na spotkaniach rodzinnych, jak wyglądało "wyzwalanie pańskiej Polski" przez bolszewików, co to były wywózki na Sybir, co to był Katyń (rzecz jasna wiedzy o tym wszystkim nie było w szkołach, no chyba że ktoś miał wyjątkowo odważnego nauczyciela historii, ale to należało do rzadkości) itd., nie tylko zachodnie rozgłośnie o tym przypominały lub wydawnictwa emigracyjne, ale i dzieci na podwórkach sobie wiedzę o sowietach przekazywały. Dzisiaj, dzięki rozmaitym uzdrowicielom polskiej edukacji, ale też dzięki wieloletniej propagandzie towarzyszącej "transformacji", połowa obywateli Polski ledwie wie, na jakim świecie żyje. Jeśli chodzi o edukację, to z pewnością obecna minister, mgr Hall, na pewno dzieła zniszczenia polskiej świadomości historycznej spektakularnie dokończy, jeśli jej na to Polacy pozwolą, a na razie nie widać jakiegoś większego sprzeciwu.

Tymczasem wrzesień 1939 to prawdziwy początek "Polski Ludowej", czyli sowietyzacji Polaków na olbrzymią skalę. Sama agresja armii czerwonej nie byłaby pewnie aż tak dla nas dotkliwa w skutkach (tak jak byliśmy w stanie otrząsnąć się po ludobójstwie zgotowanym nam przez Niemców), gdyby nie zaplanowana na dekady sowietyzacja Polaków (połączona, rzecz jasna, z sowieckim terrorem, gdyż tylko w takim zestawieniu mogła być skuteczna). Toteż, ilekroć wspomina się rocznicę najazdu czerwonych na nasz kraj, należy bezwzględnie przypominać o natychmiastowej niemalże akcesji "polskich intelektualistów" do sowietyzacji podbitego (własnego!) kraju. Rok w rok też powinno się we wrześniu publikować reprinty np. "Czerwonego Sztandaru" czy "Nowych Widnokręgów" wydawanych we Lwowie (choć i w innych ośrodkach polskiej kultury takie "spontaniczne" inicjatywy kulturalne powstawały) po wkroczeniu sowietów oraz długą zaiste listę kolaborantów, którzy z pisarzy czy poetów polskich stawali się na własne życzenie "radzieckimi", by mieć na uwadze, jak wielkiej oni dopuścili się zdrady ojczyzny w obliczu totalnego jej spustoszenia.

Posunąłbym się nawet do takiego twierdzenia, że profaszystowskie rządy we Francji czy innych krajach europejskich nie miały tak demonicznego oblicza, jak kolaboracja polskich "elit" z sowieciarzami, ponieważ te pierwsze istniały stosunkowo krótko i zwykle ich członkowie kończyli po wojnie na gilotynie lub stryczku, natomiast te drugie stanowiły zaczyn okupacyjnych władz sowieckich w Polsce i narybek wielkich inżynierów dusz na długie, mroczne i stracone bezpowrotnie (pod względem cywilizacyjnym zwłaszcza) lata trwania "kraju węgla i stali". Kto wszak sprawdził się we Lwowie na przełomie 1939 i 1940 r., ten potem decydował o kształcie sowieckiej kultury w powojennej Polsce i był obowiązkowo noszony w lektyce przez sowieciarzy. J. Putrament jest tu jednym z dobitnych przykładów, ale nie on jeden, bo przecież i J. Przyboś, M. Jastrun, S. J. Lec, J. Kott, L. Szenwald, A. Ważyk, L. Pasternak itd. Należy wspomnieć, że losy niektórych kolaborantów, jak choćby T. Boya-Żeleńskiego, L. Chwistka. E. Obertyńskiej czy A. Wata były tragiczne, z kolei M. Braun po chwili publikowania w "Czerwonym Sztandarze" uciekł do Warszawy, gdzie dokonał żywota w getcie na początku l. 40. - nie zmienia to jednak faktu, że poparcie przedstawicieli polskich elit dla sowietyzacji w 1939 r. przybrało skalę zgoła nielokalną i zmieniło potem nasz kraj na blisko pół wieku, czego skutki, niestety, odczuwamy po dziś dzień właśnie jeśli chodzi o świadomość historyczną Polaków.

Nie wolno nam zapominać, że intelektualni spadkobiercy kolaborantów z 1939 r. żyja i publikuja po dziś dzień, zatruwając umysły naszych rodaków. Można powiedzieć nawet więcej - tak jak nie dokonała się właściwie rozprawa z komunizmem, nie tylko w sensie politycznego, ale i kulturowego zniewolenia, powojennym, tak nie przeprowadzono żadnej formy (choćby intelektualnego) rozliczenia kolaboracji z sowietami z okresu wojennego. Historia owa dość konsekwentnie i dyskretnie jest zacierana, uchodzi nie tylko z pamięci zbiorowej Polaków, lecz i z naszej kultury, jakby nie tylko nie było czego wspominać, ale i jakby ów haniebny epizod nie stanowił jakiegoś apokaliptycznego spełnienia proroctw Witkacego, jakiegoś potwornego memento dowodzącego, do czego potrafią być elity intelektualne zdolne w chwilach wielkiej próby.

Z jednej strony wspominamy heroizm polskich ludzi kultury, którzy jak K. Baczyński, T. Gajcy, A. Trzebiński i wielu, wielu innych, składali swoje życie w ofierze na barykadzie walki z agresorem lub ludzi, którzy wykazali się niezłomnością w starciu z okupantem, jak H. Naglerowa, W. Grubiński, J. Czapski, G. Herling-Grudziński itd., z drugiej jednak powinniśmy nieustannie przypominać o kolaborantach, którzy świadomie włączali się w proces zniewalania polskiego narodu, by nie okazało się za następne 10 czy 20 lat, że Polacy wiedzą o nich jeszcze mniej niż dziś. Nie chodzi zresztą wyłącznie o wspomnienia, lecz o świadomość, że do takich postaw elity intelektualne są zdolne i że takie postawy mogą kiedyś na nowo się pojawić. 

8.38
Średnio: 8.4 (5 votes)

Free

"Dojdziemy wnet do kompletnego absurdu społecznego, jeśli wnet się okaże, że więcej o własnym kraju i jego wrogach wiedzieli Polacy za peerelu niż współcześnie,"

Nie musimy dochodzić, już dawno przeszliśmy taką granicę.

Wszędzie sowietyzacja, sowiety napadły - to też spuścizna po PRL.
Rusyfikacja, Rosjanie napadli, tak jest prawidłowo.

Pozdrawiam

portret użytkownika triarius

niezłe, tylko pytanko - te "rządy we Francji i innych krajach"..

... były "profaszystwoskie", czy może jednak "pronazistowskie"?

Chodzi o to, czy całkiem zaakceptowaliśmy już nomenklaturę lansowaną przez KOMINTERN, czy też nieco jeszcze przeciw takim monopolom na prawdę wierzgamy?

Pzdrwm

triarius

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Optymizm jest tchórzostwem. (Oswald Spengler)

portret użytkownika Kuki

@FYM

zgodnie z umową tekst idzie do biuletynu spec. 2

czy uwzględnisz sugestie (powyżej) czytelników? ;)

portret użytkownika Krzysztof Boruszewski

Re: Elity w chwili próby

Młodzi ludzie są dzisiaj ogólnie na bakier z historią. A patriotyzm jest im obcy. Mówię tu o większości, którą interesują głównie imprezy, seks, używki i ewentualnie jak tu sie ustawić.

Re: Re: Elity w chwili próby

śmiem twierdzić, że jakby wojna wybuchła, to towarzystwo by uciekało, gdzie pieprz rośnie. Cała ta wataha jest pozbawiona jaj, powiedzmy to sobie otwarcie, a na dodatek zniewieściała. Nic dobrego zatem w przyszłości nie można się spodziewać, a ta zapowiada się nieciekawie.

Kirker prawicowy ekstremista

Kirker

"śmiem twierdzić, że jakby wojna wybuchła, to towarzystwo by uciekało, gdzie pieprz rośnie."

Z całą pewnością.
Podczas wybuchu wojny pomiędzy Irakiem i Iranem Polacy zatrudnieni na tamtych terenach zachowali się właśnie w ten sposób.
Opowiadał mi to jeden z nich (uczestnik Powstania Warszawskiego), był zaskoczony takim zachowaniem, bo tam gdzie się znajdowali nic nikomu nie groziło.

Pozdrawiam

FYM, te "elity" to zwyczajne, najgorszego rodzaju putany!

A dziesiejsza' "okolicznościowa" wypowiedż idioty-bolka-byłego prezydenta jest obraża dla wszystkich ofiar bolszewizmu
poz 17 września 1939!
Kiedy ten debil zwyczajnie się zamknie...
pozdr

Mam z tym problem

mona
Właściwie mam zamiar na ten temat napisać, ale tymczasem:
FYM, to nie jest sprawa dzieciaków, ani osób, które z tych dzieciaków wyrosły.
W PRLu oczywiście temat skrzętnie omijano, a juz co do dat historycznych - sami wiecie, jak to jest.Jedna mniej - to ulga.
Natomiast już po 89r. - mam jasne zdanie: moje dzieci historii nauczyłam osobiście. Opowiadałam im jak bajkę, idąc z nimi i psami na długie spacery.
Ze szkoły przynosiły "tabelki": data - fakt. Nic z tego nie rozumiały, a ponieważ lekcje historii polskiej i historii świata przeplatały się w programie, po dwóch tygodniach zapominały w ogóle, z czym się co je.
Podręczniki zostawały dziewicze, aż do liceum. Uczyły się z tych tabelek - i broń, Boże - nie miały uzywać wiedzy wyniesionej z domu !
To rodziło "niepotrzebne pytania", na które na ogól (SŁOWO HARCERZA) nauczyciel nie miał odpowiedzi.Jego też nie nauczyli.
Po co człowiekowi problem, kiedy jest odwieczna tabelka, niezmieniona od początku kariery "pani"?
O liceum nie mam zdania, chodziły do szkoły mocno wydziwianej, ale braki - ewidentne i ważne - miały, tak czy siak ("za dużo materiału"), chyba nie gorsze niz w zwykłym liceum.
Od tej pory żadne nauczycielskie protesty mnie nie wzruszają.Spotkałam wprawdzie nawiedzonych, majacych zarówno talent do przekazywania wiedzy, jak samą wiedzę i dobre chęci, ale to wyjątki, potwierdzajace regułę.Zresztą wystarczy posłuchac uczniów red. Wróbla...