Biografie (nie tylko auto-) z tajemnicą

portret użytkownika Supernova
Kultura

Na początku muszę Państwa rozczarować. Nie będzie za dużo o panu Annie Grodzkiej. No, najwyżej troszkę. Ostatnio byłam w księgarni i faktycznie wzięłam do ręki wynurzenia tej osoby na temat swojego nieszczęśliwego w sumie życia. Nawet fragment „Mam na imię Ania”sobie przeczytałam. Ten fragment był o tym, jak pan Krzysztof Bęgowski przyjechał do, bodajże, Opola, czy Otwocka (mogę się mylić) poznać swoją naturalną rodzicielkę, jako, że był adoptowany. Zadzwonił do tej pani i się wprosił. Okazało się, że nieco namieszał, bo jej mąż, z którym miała chyba dwie córki, nie wiedział, że małżonka kiedyś urodziła syna i oddała go do adopcji. To był dopiero początek sensacji w życiu tych starszych ludzi. Jestem nawet dosyć ciekawa, jak Krzysztof B., który przez swoją nową – starą rodzinę został przyjęty bardzo serdecznie, poinformował ją potem, że będzie kobietą. Nazwisko Grodzka było zresztą panieńskim nazwiskiem jego (jej?) biologicznej matki. Stąd Krzysztof Bęgowski stał się Anną Grodzką. Ja tak w każdym razie nie do końca wierzę, że oprócz tej zmiany nazwiska i imienia oraz spodni na sukienkę rozmiaru XXXL, coś jeszcze ten pan zmienił. Patrząc na „panią” Grodzką chyba każdy wyraźnie widzi faceta w spódnicy. Ani rysy twarzy, ani głos, no nic się nie zmieniło, może zarost bardziej starannie golony. No, ale trzeba by spytać Olbrychskiego. On, jak wiemy z jego wypowiedzi o Putinie po katastrofie smoleńskiej jest najlepszym ekspertem od mimiki twarzy. On na pewno wie, czy Krzysztof Bęgowski udaje Annę Grodzką, czy też rzeczywiście nią jest. W każdym razie ja patrząc na tę osobę jestem przekonana, że kobiety i mężczyźni różnią się czymś więcej niż ten jeden mały szczegół i czy pan/pani Grodzka akurat tym się różni od mężczyzn – nie mam pojęcia, ale widzę, że nie różni się niczym innym (no, oczywiście pomijam tu ubiór i fryzurę, ale to też jej nie pomaga, żeby się nie różnić, niestety).
Na półkach jest też biografia Marka Grechuty „Chwile, których nie znamy” autorstwa Marty Sztokfisz. Można z niej dowiedzieć się więcej o dzieciństwie i drodze do kariery mistrza poezji śpiewanej, o jego pierwszej miłości, o chorobie, która uaktywniła się po rozstaniu, ale przede wszystkim o tragedii, jaką przeżył w związku ze zniknięciem syna, Łukasza, który już w wieku dorosłym, uciekł z domu i na bodajże dwa lata ślad po nim zaginął. Wzruszył mnie fragment o religijności Grechuty, też zapewne nie znanej powszechnie. Jego modlitwy do Najświętszej Marii Panny, której całkowicie zawierzył, zostały wysłuchane. Jednak, schorowany Grechuta w czasie poszukiwań syna jeszcze bardziej podupadł na zdrowiu, by wreszcie odejść z tego świata.
Właśnie przeczytałam autobiografię pierwszego Palaka w kosmosie, czy też pierwszego kosmonauty w Polsce. Nie to, żebym jakoś szczególnie życiem pana Hermaszewskiego się interesowała, ale lubię biografie, jeszcze bardziej autobiografie, więc skoro już dziecko „zakręcone” na punkcie kosmosu, dostało tę książkę od św. Mikołaja, to- myślę sobie – przeczytam, co mi tam.
Mirosław Hermaszewski urodził się na Wołyniu, gdzie UPA zamordowała mu ojca, a on sam cudem przeżył pacyfikację wsi. Z matką i licznym rodzeństwem przybył do Polski po tygodniach podróży wagonami bydlęcymi. Marzył, żeby zostać pilotem, odkąd był nim jego starszy brat. I pilotem został. Potem jako najlepszy z najlepszych, przechodząc przez kolejne sita odrzucające konkurencję został wybrany do lotu w kosmos.
Znam pana Hermaszewskiego z różnych wypowiedzi w TV i wiem, że bardzo nerwowo reaguje na pytania o klucz polityczny tego wyboru. Ja tam jestem mały żuczek i w czasie, gdy pan Hermaszewski poleciał na orbitę byłam niewinnym dziecięciem, cieszącym się, że prawdziwi kosmonauci tak nas poważają, że zabrali w kosmos Polaka. Dziś wiem jednak, że nie mogło być tak, żeby ziemię z orbity zobaczył byle kto. I nie chodziło tu tylko o pełne zdrowie fizyczne. Jeden z bohaterów filmu „Mała Moskwa”, opartego, jakby nie było na prawdziwych wydarzeniach miał być pierwszym człowiekiem w kosmosie, a przegrał z Gagarinem tylko dlatego, że był bezpłodny, bo kosmonauta nie mógł mieć żadnych dysfunkcji. Nie najważniejsze były też sprawność i odporność na stres, wiedza, czy umiejętność podejmowania szybkiej decyzji. Chodziło tu również o klucz polityczny – pełną lojalność wobec władzy. Czy o coś jeszcze? Nie wiem. Pan Hermaszewski w swojej autobiografii nic o tym nie pisze. Maluje przed czytelnikiem obrazy męczących badań lekarskich, treningów i przygotowań. Ciepło wypowiada się o Rosjanach, w których Gwiezdnym Miasteczku ma miejsce ostatni, półtoraroczny etap badań i treningów. Gdzieś w międzyczasie opis spotkania z Edwardem Gierkiem, czy ministrem obrony narodowej, którym wówczas był Jaruzelski. Potem jakaś do końca nie wyjaśniona intryga (czyja? W jakim celu?), kiedy zabrano Hermaszewskiego do szpitala, twierdząc, że ma ropne migdały. Czuł się dobrze, z gardłem nigdy problemów nie miał, a i tak mimo protestów migdały mu wycięto. „Ty masz rację, one były zdrowe” – zdziwił się lekarz o wyglądzie rzeźnika zaraz po zabiegu. Dlaczego to zrobiono? Żeby przerwać przygotowania? Żeby Hermaszewskiego wykluczyć? Żeby go przestraszyć, zmusić do czegoś? Nie znajdziemy w tej książce odpowiedzi.
Zdziwiło mnie, że Mirosław Hermaszewski jest osobą religijną. Pisze o wpojonych mu przez matkę wartościach, o cichym ślubie kościelnym, zanim miał miejsce głośny - cywilny. Pisze też, że nie zna kosmonauty, ani astronauty, który by w czasie pozaziemskiej podróży stracił wiarę, zna natomiast takich, którzy tę wiarę odzyskali. To trochę dziwne, biorąc pod uwagę kontekst - Hermaszewski w kosmos poleciał z następcami tego, który będąc pionierem z dumą stwierdził, ze był w kosmosie i Boga tam nie widział.
Dziwne to wszystko również dlatego,że Hermaszewski był członkiem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, że przystąpił do tych, którzy wypowiedzieli wojnę własnemu narodowi. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek? Krytykę jego działań zbagatelizował Stanisław Lem mówiąc, że "Gdyby Hermaszewskiego na orbitę wyniosła rakieta francuska czy amerykańska, to na pewno mielibyście do niego więcej sympatii". Nie przypominam sobie rakiet francuskich wynoszących ludzi na orbitę, natomiast czy pan Lem był na tyle naiwny, żeby nie wiedzieć, że Polak z „Polszy, nie zagranicy”, nie mógł polecieć w kosmos z Amerykanami? To by było trochę tak, jakby biskup na księdza wyświęcił Biedronia albo Jarosław Kaczyński zabrał na obchody rocznicy smoleńskiej Michnika.
Pan Hermaszewski poetycko opisuje matkę Ziemię z kosmosu. Ze wzruszeniem przyznaje się do wyznawania podstawowych wartości – miłości do rodziny, lojalności wobec przyjaciół, szacunku wobec matki...
Parę dni temu dowiedziałam się, że startuje w wyborach do Parlamentu Europejskiego z list SLD. A więc jednak popłuczyny PZPR pociągają? A jednak nie. Ze względu na zięcia – europosła Ryszarda Czarneckiego zrezygnował z kandydowania. Autorefleksja, czy nie chce utrudniać kariery zięciowi?

10
Średnio: 10 (3 głosy)

o życiorysach,

można wiele i na różne sposoby. Ważne jest kto firmuje te autobiografie (a wysypało się ich ostatnio sporo), bo można napisać co się chce i naiwni uwierzą. Co do Hermaszewskiego: o ile pamiętam, w czasie lotu był majorem, słuchaczem Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Armii Radzieckiej. Nie wierzę, żeby do takiej operacji wybrano kogoś "wątpliwego". Nie tylko ze względów ideowych, ale także np. dlatego że musiał mieć dostęp do sowieckich technologii kosmicznych a sowieci strzegli ich panicznie przed "imperialistami". Dlatego cokolwiek nie powie lub napisze, nie będę miał pewności czy to prawda.
"Cichy ślub kościelny" Hermaszewskiego: nie wiem czy tak właśnie było. Ale wiem, że wielu innych o wiele mniej "ważnych" oficerów LWP nie chciało mieć nic wspólnego z Kościołem, nie zawierali ślubów kościelnych, nie chrzcili dzieci itp. Mogło im to przeszkodzić w "karierze". Ponadto, o ile pamiętam, ślub kościelny następował w tamtych czasach po cywilnym, nie przed.
Na zajęciach z wojska dla studentów (druga połowa lat siedemdziesiątych) mówiono nam kiedyś o stopniu upartyjnienia kadry oficerskiej. Gdzieś od stopnia majora był stuprocentowy. po prostu jak ktoś się nie zapisał, nie awansował.
Ponadto trochę mi trudno pogodzić patriotyzm i religijność Hermaszewskiego z tym że w wieku 15 lat wstąpił do ZMP, w wieku 21 lat do PZPR, zdążył być dwukrotnie delegatem (plus raz "gosciem") na zjazd PZPR. W 1983 został wiceprzewodniczącym Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W latach 1987–1990 był komendantem Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej.
Dość dawno temu (może nawet 20 lat?) była afera dotycząca kradzieży broni z jednostki wojskowej dla "mafii", miał być w nią zamieszany syn Hermaszewskiego. Nie wiem ile w tym jest prawdy. Może to prawda może nie, albo może to element "gier operacyjnych". Z "lewicą" (SLD, Unia Pracy)związany przynajmniej od 2001 roku.

portret użytkownika Supernova

@Honic

Ja myślę, że chodziło nie tylko o ideologię i o te sowieckie technologie, ale również o to, co oni tam wyrabiali w tym kosmosie. Nie wierzę, że lecieli tylko po to, żeby sprawdzić jak w stanie nieważkości rosną grzyby, czy zrobić zdjęcia Antarktydy. Na pewno były inne "antyimperialistyczne" zadania. Hermaszewski oczywiście o swojej przynależności do ZMP, czy do PZPR nie wspomina, choć to przecież oczywiste, że bez legitymacji partyjnej w Ludowym Wojsku Polskim kariery by nie zrobił. Co do ślubu kościelnego - mógłby zamieścić w książce zdjęcie z tego wydarzenia. Byłby wtedy bardziej wiarygodny. Jest tylko fotografia spod ratusza.
Przypomnijmy, że Jaruzelski nie przekroczył progu kościoła nawet podczas pogrzebu swojej matki.
Mnie osobiście w książce raziło to, że Hermaszewski starał się cały ten cyrk związany ze swoim lotem w kosmos przedstawić, jako wielkie wydarzenie dla niego, dla Polski i Polaków, nie dając czytelnikowi nawet cienia podejrzeń, że wszystko to miało tak na prawdę cel głównie propagandowy. Czy jakiś tam jeszcze - nie wiem. W każdym razie w jego autobiografii Rosjanie to bez wyjątku dobrzy, mili ludzie, generał Jaruzelski - skromny asceta, a sam Hermaszewski - pilot pasjonat zupełnie nie zainteresowany jakąkolwiek ideologią, w której musiał się przecież wtedy non stop babrać.