Nieomylne sądy i samobójstwo dzieciaka

portret użytkownika Supernova
Kraj

W ramach tzw. uniwersytetu dziecięcego moje dzieci uczestniczyły niegdyś w wykładzie znanej z TV sędzi Anny Marii Wesołowskiej. Pani sędzina ze swadą opowiadała o różnych przypadkach ludzkich nieszczęść, z jakimi spotkała się w czasie swojej kariery. Pod koniec tych wykładów jest zawsze czas na pytania, więc zachęcona wcześniej przez nas młodsza latorośl, spytała panią Wesołowską, czy sędzia może się pomylić i co wtedy. Pani sędzina stanowczo zaprzeczyła, argumentując swoją odpowiedź tym, że są sądy wyższych instancji, sądy apelacyjne, że każda sprawa jest badana bardzo dokładnie i to w przypadku apelacji nie raz. Dziecko nie musiało zdawać nam relacji z rozmowy z panią sędziną, bowiem widzieliśmy cały wykład na telebimie w sali dla rodziców.
Do zadania tego niewygodnego pytania sprowokowało nas ówczesne doniesienie medialne o jakiejś pani zamordowanej przez sąsiada. Niby nic – przypadek taki, jakich wiele. My jednak zastanawialiśmy się nad kulisami tej sprawy. Otóż ta pani zgłosiła na policje, że sąsiad jej grozi. Sprawa trafiła do prokuratury, potem do sądu, a sędzia, czy bodajże również pani sędzina, uznała, iż jest to „mała szkodliwość czynu, czy jakoś tak i puściła sąsiada wolno. Ten, rozjuszony już niczym byk z pikami w plecach rozdrażniony czerwoną płachtą przez torreadora, po prostu sąsiadkę zamordował. Czy ktoś miał pretensję do pani sędziny? No, cóż, ta, która te pretensje mogła mieć już nie żyła. Jakiś żal zapewne czuła jej rodzina, ale w obliczu śmierci, w szoku i żałobie trudno się zebrać, żeby szukać winnych poza samym mordercą. Tym bardziej, że jak wiemy od pani Anny Marii Wesołowskiej – sędzia pomylić się nie może. Tu sąd apelacyjny nie zadziałał. Nawet jeśli kobieta by się odwołała, to jej przyszły morderca był przecież na wolności i nie sądzę, żeby trzęsąc się ze strachu przed sądem apelacyjnym siedział za szafą i gryzł paznokcie z bezsilności, mamrocząc pod nosem ‘No, kurcze, gdyby się nie odwołała, to już ja bym ją...”
Dlaczego teraz akurat o tym piszę? Dziś rano sparaliżowała mnie wiadomość o szesnastolatku, który powiesił się w Centrum Interwencji Kryzysowej w Suwałkach. Chłopak i jego rodzeństwo mieli tylko matkę. Ta nie radziła sobie z utrzymaniem dzieci. Nie pracowała. W 2011 roku sąd rodzinny ograniczył jej prawa do opieki nad dziećmi. W sylwestra tego roku zdecydował o zabraniu trójki dzieci do placówki opiekuńczo –wychowawczej, a czwartego, najmłodszego, do rodziny zastępczej. Najstarszy był Sebastian, który już wcześniej zapowiadał, ze jeżeli rozdzielą go z matką , to sobie coś zrobi. Powiesił się w łazience instytucji, która miała mu pomóc, pod okiem pracowników Centrum Interwencji Kryzysowej, które według strony internetowej MOPS-u „jest ośrodkiem wsparcia świadczącym kompleksową pomoc osobom i rodzinom, z terenu miasta, które w wyniku zdarzenia losowego, sytuacji rodzinnej lub trudnych przeżyć osobistych znalazły się w stanie nagłego czy przewlekłego kryzysu i potrzebują wsparcia w przezwyciężeniu tej sytuacji” i dalej – „misją placówki jest kompleksowe zapewnienie warunków do odbudowania poczucia bezpieczeństwa”.
Właściwie na tym można zakończyć, nie wspominając już o rodzinie Bajkowskich, ani tych dziesiątkach rodzin pokazywanych w najsłynniejszym programie interwencyjnym w Polsce, czyli w „Wiadomościach”, gdzie co chwila zapoznają nas z samotnym ojcem, czy matką, którzy żyjąc w warunkach urągającym wszelkim standardom, mimo wszystko próbują dać swoim dzieciom to, czego w placówkach nie dostaną, a odpowiednie służby właśnie chcą im te dzieci odebrać, zamiast wesprzeć rodzinę.
Ja jednak powtórzę z uporem wcale nie wartym lepszej sprawy pytanie: „Co, jeśli sędzia się pomyli? Jeśli jednak dzieciom w domu będzie lepiej niż w placówce, jeśli zależy im bardziej na miłości swoich niezaradnych rodziców, niż na dobrobycie w domu dziecka (a w 99% pewnie tak będzie). Czy nie powinno się zrobić wszystkiego, żeby te rodziny ratować?

10
Średnio: 10 (3 głosy)
portret użytkownika matka trzech córek

Chłopak się powiesił

Jakiś czas temu, związałam się z pewną fundacją, która pomagała dzieciom z biednych rodzin. Zwano te rodziny patologicznymi, co moim zdaniem, nie oddawało całej prawdy.
Bieda, niezaradność, niski poziom wykształcenia i kultury, to były znamiona tej "patologii".
Uważam, że istnieje sporo rodzin, którym niczego, pod względem materialnym, nie brakuje, a jednak są bardziej patologiczne, niż te, wspomniane wyżej.
Nasi podopieczni trafiali do fundacji kierowani tam przez MOPS.
Posiadając odpowiednio duży lokal, fundacja szybko przystosowała go do wszelkiego rodzaju inicjatyw.
Przez kilka lat istnienia tej placówki, przewinęło się tam sporo dzieci i młodzieży. Miałam okazję obserwować, jak kształtowała się ich osobowość i jakie znaczenie w tym, miała rola fundacji.
Widuję nieraz byłych podopiecznych, z niektórymi mam kontakt do dzisiaj i wiem, że warto poświęcić trochę czasu i energii, by wesprzeć rodziny z problemami.
Czas tak szybko płynie i nie wiadomo kiedy, z umorusanych, zaniedbanych dzieciaków, wyrastają dorośli ludzie, z podejściem do życia skrajnie odmiennym, niż mieli ich rodzice.
Na pewno, nie wszystkie dzieci z naszej fundacji poradziły sobie w dorosłym świecie, ale zdecydowana większość dała radę.
Czuję ogromną satysfakcję, że dołożyłam do tego swoją rękę.

I jeszcze, takie krótkie wspomnienie.
Kiedy pojechałam po szóstkę dzieciaków, by przywieźć je wraz z matką na zabawę karnawałową w fundacji, już w progu domu stanęłam jak wryta.
Jedna ogromna izba, ni to kuchnia, ni pokój, jakieś porozrzucane szpargały, brud, ciemnawo, ponuro. Na jednym z rozbabranych łóżek spał pijany tatuś.
To był mój pierwszy kontakt z rodziną, bo z racji sporej odległości, żadne z dzieci nie przychodziło do fundacji.

Miałam ze sobą worek ciuchów, bo dysponując danymi o rodzinie, wiedziałam, jakie ubrania mogą być przydatne.
Matka pospiesznie przygotowywała dzieci, ubierając je i czesząc.
Pamiętam trzylatkę, która nieporadnie myła się nad miską. Pomogłam jej. To, co miała na twarzy, musiałam prawie"zeskrobywać". To były ślady po katarze i łzach.Do dziś pamiętam co wtedy czułam, ale przemogłam się!
Dzieciaki i ich matka, po kilkugodzinnym pobycie w naszej świetlicy, odwiezione zostały do domu. Wracali syci, szczęśliwi i obładowani smacznym "gościńcem".
Rodzina przetrwała. Przejeżdżam nieraz obok ich domu. Z roku na rok poprawia się jego wygląd.Znak, że dzieci podorastały.

Pozdrawiam:)

portret użytkownika Supernova

@matka trzech córek

Przepiękna i bardzo optymistyczna opowieść. Czyli jeśli się chce - można coś zmieniać, tylko to państwo chyba nie bardzo chce...
Pozdrawiam,
matka dwóch synów :)

portret użytkownika tańczący z widłami

Programowanie siły roboczej

Ależ oczywiście, powinno się zrobić wszystko, tzn państwo ze swoim systemem socjalno-opiekuńczym powinno zrobić wszystko.
A dlaczego nie robi ?
Bo obecne pseudo rządy postawiły sobie za zadanie wyprodukowanie zaprogramowanej lewacko i wypranej z uczuć, jednostki pracowniczej, nie zaś związanego z rodzina członka rodziny.

NIEPOPRAWNY INACZEJ