Przemytnicy i cinkciarze

sm2.jpg
Historia

Gdynia na tle szarej i ponurej komunistycznej rzeczywistości była miastem innym, niemalże egzotycznym. Było tu bardziej kolorowo, spotykało się więcej cudzoziemców i można też było kupic towary, których, może poza Warszawą, w innych miastach i regionach Polski były nieosiągalne.
*
 
Gdy jedziesz samochodem, albo kolejką SKMu z Sopotu do Gdyni, to na wysokości skrzyżowania z ulicą Wielkopolską w Orłowie, wzdłuż rzeczki Kaczej i w cieniu zalesionej Kepy Redłowskiej, stoi osiedle pudełkowych domków jednorodzinnych. To jest tak zwane przez tubylców Zegarkowo. Skąd ta nazwa? Ano dlatego, że jest to osiedle marynarskie, jak podaje miejscowa legenda, wybudowane za pieniądze uzyskane z przemytu zegarków Atlantic, najtańszych, ale bądź co bądź szwajcarskich.
Zegarki te w latach 50-tych i 60-tych cieszyły się w naszym kraju niesłychaną popularnością. Szwajcarzy nie nadążali z ich produkcją, a marynarze z ich przemytem do Polski.
Bo wtedy tak było, że prawie wszystko, co marynarz przywiózł, to był przemyt. Praktycznie niczego nie można było przywieść legalnie.
Ale o tym będzie dalej.
*
 
Najpierw zajmiemy się cinkciarzami.
Otóż proszę państwa, obecnie jesteśmy znacznie łagodniejsi. Mówimy o różnych przekrętach, niepłaceniu podatków, zatrudniani na lewo – szara strefa. Komuna była znacznie bardziej pryncypialnie drastyczna. Mówiło się czarny rynek i już. A jak rynek, to musiały istnieć czarne banki. I to właśnie byli cinkciarze – mobilne, nielegalne kantory wymiany walut.
Ich rozkwit działalności rozpoczął się już w latach 50-tych ub. wieku, a szczyt przypadł na lata 80-te, kiedy już prawie w każdym mieście powstały sklepy, gdzie mozna było nabywać towary za walutę – Pewexy.
Można by grubą książkę napisać o czarnym rynku walutowym za komuny, a przekonany jestem, że nawet pracę doktorską.
 
Podam taki króciutki przykład:
 
[...Przykładowo z samego Zakopanego w 1971 r. wyruszyło po złote runo (do USA – przyp. mój)1370 osób. Po rocznej pracy za granicą, jak podaje dr Jerzy Kochanowski, góralka przywoziła średnio 3,5 tys. dol. a góral 5 tys. Te 5 tys. wymienione na czarno dawały około 600 tys. zł. Były to duże pieniądze, gdy zważymy, że w 1971 r. średnia płaca wynosiła 2358 zł miesięcznie, a na przykład fiaty 126 produkowane od 1973 r. kosztowały 69 tys. Sprzedawano je tylko na talony, przyznawane osobom uprzywilejowanym. Za dolary jednak - cena wynosiła 1,1 tys. dol. - malucha można było nabyć bez kłopotów. W warszawskiej Victorii zaś, jednym z droższych polskich hoteli, dwudaniowy obiad dla dwóch osób (plus po kieliszku wódki) kosztował równowartość około 3 dol. ]
[http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/dolarze-czy-ci-nie-zal ]
 
Acha, jeszcze dodam, że w sklepach Pewexu, a potem i Baltony, litr Żytniej, albo Wyborowej kosztował własnie jednego dolara. Więc nasza wódka była też pewnego rodzaju walutą (a spróbowałbyś zdobyć Żytnią, czy Wyborową poza Pewexami – to był produkt luksusowy)
 
Gdy państwo, bodajże w 1957 ustaliło oficjalny kurs dolara na 4 zł, to na czarnym rynku wynosił on około złotych 40-tu. Potem, jak państwo nieco podniosło,to czarny rynek przyjął kurs wymiany 210 zł za dolara.
To oczywiście płynne i chwilowe kursy, bo bywały momenty i sytuacje, że kurs czarnorynkowy był nawet stukrotnie wyższy.
Warto dodać, że jeszcze w 1989 roku, czteroosobowa rodzina mogła świetnie egzystować, za 200 dolarów miesięcznie.
 
Długo by tak można wspominać, lecz konkluzja była jedna, kto miał dostęp do dolarów to był panisko (przypominam, w latach siedemdziesiątych średnia pensja ok 2000 zł, to równowartość 10 – 12 czarnorynkowych dolarów), a kto ich nie miał, to niestety żył z pensji.
 
Czarny rynek istniał dlatego, gdyż dolary obywatele mogli posiadać, ale nie mogli nimi handlować. To znaczy mogli je sprzedać w NBP za te cztery złote (ha, ha).
 
Tak więc cinkciarze stali się niezbędnym elementem idiotyzmów tak zwanej ekonomii socjalizmu, którą obowiązkowo i z uporem maniaka usiłowano wpoić wszystkim studentom, nawet Akademii Wychowania Fizycznego i Szkoły Cyrkowej w Julinku. Niestety, każdy student wiedział swoje, a o tej ekonomii z księżyca natychmiast zapominał po zdaniu egzaminu. Chyba, że był studentem SGPiS, albo licznych WUMLów.
 
Gdzie było najwięcej cinkciarzy? Oczywiście, tam, gdzie były dolary. Więc w Warszawie, gdzie zawsze było sporo cudzoziemców i różnego szemranego towarzystwa, no i oczywiście w Gdyni – gdzie byli marynarze (zaraz oburzą się również koledzy ze Szczecina, ale dla jasności, pomińmy to miasto).
Dopowiem tylko, dlaczego ja tylko o tych dolarach. Bo dolar był niekwestionowanym królem. To były "twarde" – twarda waluta. Oczywiście cinkciarze dysponowali innymi walutami, markami, koronami funtami. Ale to był tylko margines.
 
*
 
 
No dobrze, lecz co ci marynarze, dzielni pracownicy socjalistycznej ojczyzny mieli do czynienia z dolarami i cinkciarzami? Ano mieli. I to bardzo dużo. Można nawet powiedzieć, że w Gdyni, jedni bez drugich nie mogli żyć.
 
W latach 70-tych i później w 80-tych, marynarz też zarabiał te liche średnie dwa tysiące, a na dodatek nie było go miesiącami w domu, żył tylko listami, a z żoną rozmawiał 5 minut, dwa razy w miesiącu. Kto by do takiej pracy poszedł? Dziwne, ale wszyscy, którzy tylko mogli to sobie jakoś załatwić.
Bo pensja marynarza wówczas proszę państwa to był nędzny dodatek na napiwki w portowych barach. Marynarz, czy to kapitan, czy najniższy kucharz "jarzynowy", żył dobrze, bo..."handlował", jak się to powszechnie mówiło. Unikało się takich brzydkich słów, jak kontrabanda, przemyt, czy szmugiel, chociaż dokładnie właśnie to się robiło.
Jeżeli marynarz nie pił i się nie łajdaczył, co jak wiadomo było raczej rzadkością, to mógł się dorobić sporego majątku. Tak właśnie jak to orłowskie osiedle wybudowane za zegarki marki Atlantic.
Choć to raczej pospólstwo. Królowie niegdysiejszego marynarskiego przemytu mają domy w Gdyni, na Kamiennej Górze, gdzie posiadłości przekraczają sporo wartość milona dolarów.
 
No tak, ale wracajmy na ziemię... Jak to wszystko z tym przemytem i cinkciarzami się kręciło?
 
Na początek, trzeba było mieć trochę pieniędzy na start. Tak, żeby chociaż zacząć od 100 dolarów (pamiętajmy – wówczas to prawie dziesiąc pensji).
Armator płacił marynarzom pewną kwotę w dolarach, tzw. dodatek dewizowy. Jak to w komunie, istniał skomplikowany system stref pływania, przeliczeń itd. O ile dobrze pamiętam, dzienna stawka wynosiła 2,5 dolara dziennie. Więc jeżeli marynarz był miesiąc poza krajem, nie wydał ani grosza na zachodnie cuda, jak Coca Cola, Big Maca, czy taksówkę do miasta, to mógł zgromadzić 75 dolarów. To był ten pierwszy krok do powstania "fortuny".
Byłby jednak frajerem, gdyby tylko gromadził, dane mu od państwa dolary. Marynarz musiał nimi obracać, aby je pomnażać.
Weźmy tylko takie dwa przykłady:
Za zgromadzone 75 dolarów, kupował w Hamburgu, Antwerpii, czy Rotterdamie 15 par jeansów. Informacja dla młodzieży – za komuny jeansów kompletnie nie byłow sklepach! To był towar nieosiągalny i pożądany. Po przyjeździe do kraju musiał oczywiście te spodnie dobrze ukryć na statku, żeby mu celnicy natychmiast nie zarekwirowali, albo obłożyli niebotyczną opłatą celną. A potem, podczas postoju, wynosił codziennie, po jednej lub dwóch parach spodni do domu. Gdy już miał wszystko bezpieczne, zanosił to do znajomego handlarza i sprzedawał mu to ze 100% zyskiem. Płacono oczywiście w złotówkach, więc musiał się skontaktować ze znajomym cinkciarzem i z powrotem zamienić walutę na dolary, czyli twarde. Tak oto gromadzona przez miesiąc uczciwie waluta, dzięki czarnemu rynkowi wzrastała do 150 dolarów.
Inny przykład – zarobione 75$ marynarz inwestował w zakup 75 butelek wódki w Peweksie lub Baltonie. Sobie tylko znanym sposobem przewoził to przez bramy portowe na statek i tam w specjalnej kryjówce ukrywał. Pamiętajmy – 75 butelek, to prawie 13 kartonów wódki, po 6 litrów w pudle. I jeśli 40 członków na burcie miało ten sam pomysł, to nagle na statku trzeba było ukryć 520 kartonów wódki lub około 3200 litrowych butelek. Wierzcie mi, to potężna logistyczna operacja. I wielce ryzykowna. Kontrabanda nie mogła być odkryta przez celników w Polsce przed wyjściem statku w morze, jak też przez celników w kraju docelowym, na przykład w Finlandii. No i na koniec, trzeba było jeszcze to tam wszystko sprzedać. A to był najbardziej ryzykowny fragment procederu, bo oczywiście nie było tam hurtowników, którzy za jednym razem zakupiliby ponad 500 kartonów wódki. Ponieważ o tym będzie w innej opowieści, zostawmy to w spokoju i załóżmy, że udało się nam wszystko sprzedać – całe 75 butelek (Cholerna praca!). Przebicie, np. w Skandynawii było świetne. Za jedną butelkę płacili równowartość 10 dolarów!
UWAGA! To są tylko rozważania teoretyczne. Gdybym miał ścieżkę, pozwalającą dostarczyć w Polsce na statek chociażby 10 kartonów wódki, następnie gdybym miał na statku dziuplę pozwalającą tą wódkę ukryć, a na koniec skandynawskiego odbiorcę towaru, to dzisiaj pewnie siedziałbym na Seszelach, a nie przed kompem, albo byłbym Kulczykiem-bis.
Mam jednak pewne podejrzenia, że paru takich specjalistów było...
 
Więc widzicie, za komuny, marynarz, czytaj przemytnik, całe swoje pracowite życie poświęcał przerzucaniu towarów przez granice, walce z socjalistycznym system ekonomii, organizowaniem zabezpieczaniem i pomnażaniem dochodu. Praca zawodowa była tylko koniecznym dodatkiem.
 
Warto tutaj wspomnieć, że dla przeważającej części pływającej braci nie było tak różowo. Bo statki pływały po całym świecie. Co miał naprzykład dorobić sobie marynarz, który płynął do Wietnamu i stał tam 6 miesięcy w delcie Mekongu? Choć zawsze coś tam się kombinowało.
Jednakże najlepsze były linie europejskie. Szybko, sprawnie i duży obrót. To była ta arystokracja i to teraz są te milionowe domy na Kamiennej Górze. Zachód natychmiast odpowiadał na zapotrzebowanie marynarzy i w Hamburgu, Rotterdamie, czy Antwerpii powstawały sklepy dla marynarzy. Tak zwani żydzi. U żyda kupowało się wszystko to, na co aktualnie był zbyt w Polsce. Nawet, gdy nie wiedziałeś, to oni ci podpowiedzieli, że na przykład najlepiej teraz idą swetry szetlandy, albo rajstopy kabaretki. Albo nawet mleko dla niemowlaków Milupa.
 
Inne dalekie linie też miały swoją przemytniczą specyfikę. Na przykład na Wielkie Jeziora amerykańskie, głównie do Chicago, woziło się suszone grzyby. Wyobrażacie to sobie? Grzyby! Ale też lisy, najlepiej srebrne pieśce. A do Brazylii prawdziwy ruski kawior w pół kilowych puszkach, Z kolei na Afrykę wszystko – od kremów Nivea, po tranzystorowe radyjka i resztę AGD.
Znam przypadki przemycania instrumentów muzycznych, nawet pianin do Meksyku. Kamieni szlachetnych i pół-szlachetnych z Zatoki Perskiej i Indii do Europy. Był okres, że Polska była zawalona takim jednym "piaskiem pustyni". Przemyt kości słoniowej, przemyt drewna tropikalnego, złotych monet i wiele, wiele innych.
Co przemycano i w co się wdał gang na jednym polskim statku, że w tajemniczych okolicznościach, jeden po drugim, zginęło trzech kapitanów. Zwłoki ostatniego wyłowiono na wschód od Gdańska w Górkach Zachodnich, z przymocowaną do ciała dużą gaśnicą.
Jest tego bardzo dużo i wiele z tego będzie tematem następnych opowieści.
 
*
 
Tutaj tylko chciałem naszkicować, żeby sobie romantycy i ci, co śpiewają szanty, uzmysłowili sobie, że za komuny życie marynarza to była ciężka przemytnicza praca. Niebezpieczna i ryzykowna. Można było stracić cały majątek, a nawet życie.
Wszystko to powodował komunizm. Stała ekonomia niedoboru. Idiotyczne przepisy, gnębienie obywateli, powodowały, że człowiek szukał obejścia, jakiegoś rozwiązania, by dało się żyć nieco lepiej.
 
Tak właśnie, na tak zwanym komunistycznym czarnym rynku, samoistnie powstał system, składający się z marynarzy, cinkciarzy i handlarzy, który sprawnie zaopatrywał kraj w najbardziej pożądane dobra. Przez władze oficjalnie był tępiony, ale nieoficjalnie niejeden komendant komisariatu, czy naczelnik Izby Skarbowej składał zamówienie na kupon krempliny, paskudnego, syntetycznego materiału, ktory w pewnym momencie stał sie hitem przemytu.
*
 
Komunizm upadł, choć według mnie tylko się przepoczwarzył.
Nie ma już cinkciarzy? Bo po co? Najsilniejsi i najsprytniejsi z nich są teraz właścicielami kantorów. Można nawet powiedzieć, że mali, byli przestępcy wspierają teraz w obrocie finansowym, dużych gangsterów, czyli banki. Oczywiście całkiem legalnie i zgodnie z prawem.
A warto tu dodać, że spora część ówczesnych cinkciarzy, to była czysta ubecja, trzymająca swą ciężką łapę nad wszystkimi dziedzinami życia i gospodarki, więc oczywiste jest, że także nad czarnym rynkiem. Teraz są poważnymi finansistami konkurującymi z bankami w wymianie walut, stosujący te same tricki, spready, ceny zakupu i sprzedaży, private banking i tak dalej.
 
Marynarze przestali przemycać, jak ręką uciął. Niektórzy już po transformacji ciągle mieli jeszcze te szmuglerskie ciągoty, ale zostali szybko wyeliminowani, lub jak znajomy kapitan, odsiadują 10 lat za przemyt w potwornym więzieniu w Arabii Saudyjskiej.
Przemyt przestał się opłacać, bo praktycznie wszystko już w kraju można kupić. Oraz teraz marynarze zarabiają przecież "twarde". I bardzo sobie cenią. Do tego stopnia, że stali się wzorowymi członkami międzynarodowego morskiego społeczeństwa, wspaniale pracującymi, nie nadużywającymi alkoholu, zdyscyplinowanymi i godnymi zaufania.
Historie o kontrabandach opowiada się teraz, jak legendy.
 
Ponadto, oprócz marynarzy, już 3 miliony Polaków jeździ po świecie i zarabia pieniądze właśnie w "twardych".
"Z najnowszych danych NBP wynika, że w ubiegłym roku Polacy pracujący za granicą przysłali do kraju 17,4 mld zł (4,2 mld euro). To środki porównywalne z tymi, które inwestują u nas zagraniczne firmy.
Według wstępnych szacunków prof. Krystyny Iglickiej, rektor Uczelni Łazarskiego, w ubiegłym roku wyjechało z Polski około 140 tys. osób.
- To są niezwykle duże pieniądze przesłane legalnymi kanałami. Do nich trzeba dodać trzykrotnie większą kwotę przywiezioną z zagranicy w kieszeniach i walizkach rodaków - komentuje dla "Dziennika Gazety Prawnej" Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha. "
[ http://www.hotmoney.pl/Ile-emigranci-przywoza-do-Polski-To-duze-pieniadz... ] .
 
I tutaj ciekawostka – mimo, że marynarze porzucili ostatecznie szmuglerski proceder, przynależny do ich profesji, inni polscy obywatele przejęli system kontrabandy.
Stałem statkiem badawczym dość długo w Haugesund, w Norwegii, przed mobilizacją i rozpoczęciem naukowego projektu i powoli zaczęły mi się kończyć papierosy. W Norwegii to masakra, paczka byle jakich papierosów kosztuje bagatelka – 16 dolarów, czyli prawie 50 zł!!! [ http://www.cigaretteprices.net/ ] . Znajomy Norweg doradził: - nie bądź głupi, idź do Polaków, pracujących w stoczni i bedziesz mógł kupić dużo taniej. I poszedłem. Trafiłem do dobrze zaopatrzonego kantoru, gdzie mozna było dostać polską wódkę, piwo, no i rózne papierosy. Kupiłem marlborasy, jako rodak, a nie skalniak (Norweg) promocyjnie, po 8 dolarów za paczkę.
To i tak 100% zarobek.
No, no, no... zawsze byliśmy obrotnym narodem. I nadal jesteśmy.

8.61538
Średnio: 8.6 (13 votes)
portret użytkownika tańczący z widłami

Re: Przemytnicy i cinkciarze

Dzięki Jazgdyni, że przybliżyłeś mi szczurowi lądowemu kulisy związane z marynarskim fachem. Nigdy bym nie pomyślał, że to funkcjonowało na taką skalę.
Bywało zapewne śmiesznie, gdy marynarz wchodził na statek w T-shircie i hawajkach a schodził po chwili w trzech parach jeansów, ubranych jedne na drugich i pięciu wełnianych sweterkach :)))

Pozdrawiam
NIEPOPRAWNY INACZEJ

@TzW

Witaj

To były czasy!
To był matrix, równoległy świat. Wszyscy udawali, ze nic nie widzą. A celnicy sami znosili nam skrzynki z pomarańczami.

O tym jeszcze będzie.

Pozdrawiam

Masz rację.

Ekonomię socjalizmu wpajał mi przymusowo (na AWFie własnie) pewien facet dziś ideolog i ikona filozofi prawicowej opozycji; pan B. ......wski. O tym w jego zyciorysie nie przeczytasz ale indeks z jego wpisem mam.

Nathanel

Nie da się iść dwiema drogami na raz..

@Nathanel

Oni się bardzo szybko przefarbowali. Znaczy się ludzie bez kręgosłupa i jaj, gotowi głosić wszystko co im mocodawcy karzą.

Pozdrawiam

ha !!

..szczury lądowe też nie były gorsze...przydział z książeczek walutowych, kupowało się na Słowacji korony i trza je było "tylko" przywieźć do Polski...Słowaki miały nosy jak wyżły...byli też pracownicy, którzy pracowali na Słowacji, taki mógł ci przerzucić towar (na Słowacji tańszy i dostępniejszy)... na Orawie (nie będę przytaczał nazwy wsi rozlewano najprzedniejszą Finlandię :)))...wiem, bo kiedyś się wypierniczył tir z pustymi butelkami marki Finlandia wiozący te butelki do "rozlewni"...he he

...a ile gorzołeczki i piwa nawlekłem ze Słowacji..miałem fajny motor Kawasaki LTD 454 (chopper), słowakom się podobał i za każdym razem prosili mnie, żebym przejechał na "zadnim kole"...a w kuferku miałem trzykrotność "przydziału" he he he a ta adrenalinka :))) pozdrawiam niepoprawnie

@Trybeus

No popatrz Trybie!

Zapomniałem, że przecież górale to byli przemytnicy, że hej!
Napisz coś o tym. Słyszałem coś o zielonych szlakach, a i też o współpracy przygranicznej ;))).

Widzisz, dwa krańce Polski, a podobne doświadczenia.

Zdrufko

portret użytkownika wilk na kacapy

Ci marynarze przemytnicy to w wiekszosci byla PZPRowska swolocz

nosila legitymacje po to by miec parasol ochronny do przemytu.
Ta swolocz w zadnego Lenina nie wierzyla tylko w DOLARA,ale zeby go miec musieli sie zaprzedac PZPRowi i udawac jacy to oni wierni sa komunie.
Ta swolcz miala kontakty z jeszce wieksza swolocza, amianowicie z celnikami ktorzy juz byli na wyzszym poziomie wtajemniczenia bo wiekszosc wspolpracowala z SB lub byla ich ludzmi o czywiscie oni tez nalezeli do PZPRu.
To ta swolocz dyktowala ceny rynkowe np, jeansow bo opodatkowywala je znaczy swolocz marynarska musiala dac w lape tym zlodziejom.

Istniala tez biedota marynarska ktora nie potrafila i niechciala sie zeswoloczyc i na wlasna reke cos tam potrafila przemycic ale to bylo male piwo w porownaniu z ta wyzej opisana swolocza.
To wlasnie ta bidota na sobie przenosila po dwie pary jeansow czy jakies drobiazgi.
Bo partyjna swolocz przenosila obok celnika dwa nabite "jamniki"jeansow.

Smieszne bylo jak po swolocz ktora przyplynela z rejsu podjezdzaly ich zony,te amercedesy,golfy BMWice byly parkowane zdaleka od poru zeby sie w oczy nie rzucaly.

Potem wieczorem byla balanga w specjalnych nocnych klubach w Gdyni gdzie najlepsze trunki laly sie strumieniami i gzdie dokonywano transakcji i rozliczen w tych imprezach brala udzial swolocz i ta plywajaca i ta ladowa.

@Wilk na kacapy

Była swołocz

bezkarna, butna i mająca dowolny wybór statków. jeżeli ktoś pływał tylko na tzw. "zdrojach" po Europie, to nie był zwykły, przeciętny marynarz.

Ale wilku, takie wówczas było życie. Byłeś szlachetny, dumny i niezłomny, to wybierałeś dla siebie i swojej rodziny, żony, dzieci,życie w bidzie.
Czy to jest szlachetna postawa wobec swoich bliskich?

portret użytkownika wilk na kacapy

Widzisz mialem wybor plywac na promie dwa tygodnie w domu

dwa na morzu, Gdynia - Szwecja,ale warunkiemn bylo sie zewslowoczyc - krasc pod plasczykiem czerwonej ksiazeczki a moze i bardziej byc kapusiem na dodatek bo na promach plywalo duzo obcokrajowcow i mozna bylo od nich wyciagnac informacje.Z kazdego rejsu 2 tygodnie przywozili wartosc nowego malucha,ale nie wybralem jednak dla swojej rodziny super zycia,niezeszmacilem sie, zylismy normalnie i to jest uwazam szlachetne,a jesli masz inne zdanie na temat szlachetnosci ze lepiej bylo krasc zeby rodzina miala dostatek to juz jest Twoj punkt widzenia.
I zadne tam stwierdzenie ze "takie byly czasy " nie usparwiedliwia zdnego zlodzieja, bo w Polsce byla cala grupa poza marynarzami uczciwie pracujaca za srednia pensje i z niej zyjaca.

@Wilk na kacapy

Nie zeszmacić się - z tym całkowicie się z tobą zgadzam.
Ale powiedz, bo dobrze pamiętasz te czasy, czy jak miałeś mleko na statku i go nie piłeś, lecz zbierałeś po tym kartoniku, który ci się należał i brałeś do domu dla dziecka, to było OK? No było, nikogo nie okradałeś. Czy jak sobie zabrałeś do domu pół metra miedzianej rurki do łazienki to już było zeszmacenie?

Była różnica... jak wiesz, na każdym statku była nieoficjalna klika, która kręciła grube lody. Zazwyczaj kapitan i ochmistrz, a do tego, ktoś z marynarzy lub bosman, jakiś mechanik. I często między nimi był ubek, który ich zabezpieczał przed władzami, tzn. celnikami, wopistami i milicją. To była swołocz.

Nigdy nie byłem w takim gangu. Bo gdybym był, to też pewnie miałbym dom na Kamiennej Górze. Wszyscy pozostali marynarze coś tam działali na własną rękę. Jedni lepiej, drudzy gorzej. To nie było zeszmacenie. To była konieczność dziejowa. Kto dobrze rozróżnia, co jest dobre, a co złe, może sobie we własnym sumieniu odpowiedzieć, czy był w porządku.

Ps. Będę się upierał, że takie były czasy.

Nooo, to to lubię, co ja gadam... uwielbiam !

Astra
10/10 i dawaj o tych 3 zaginionych kapitanach.
Super morskie opowieści :)))

@Patria

O tym tajemniczym statku (na razie nie zdradzam nazwy) wkrótce będzie tekst.

Cieszę się, że to lubisz, bo bedzie tu cały morski cykl (szkic do książki)

Serdeczności

Po tylu latach na morskich szlakach, jak najbardziej napisz.

Astra
Będziemy Twoimi pierwszymi recenzentami :))
Ale nie bój żaby, pisać potrafisz, będzie oki..
pozdrawiam

Mama z Ojcem mieszkali w Brzeźnie

przy marynarskiej rodzinie. Mama wstała nocą za potrzebą i natknęła się na gospodarzy, którzy byli w kuchni zajęci "rozbrajaniem" powracającego z rejsu pana domu.
W jaki sposób udawało mu się przemycić duże pudła lub plastikowe wiadra z proszkami do prania lub butlami mydeł czy szamponów to było już ich tajemnicą. Stało toto dumnie w łazience.

portret użytkownika wilk na kacapy

@Tadman nie wszytko bylo z przemytu marynarz mial prawo kupic

i przywiesc tez bez cla duzo rzeczy ale pojedynczych nie w iloscaich tego samego towaru wskazujacy na handel.
Mrynarze tez wysylali czasem paczki bedac dlugo poza krajem,na rozne adresy zeby nie placic cla.

@Wilk na kacapy

To są drobne rozsypane fragmenciki ówczesnej rzeczywistości.

Postaram się to uporządkować.

portret użytkownika wilk na kacapy

Ten temat to oczywiscie temat MORZE przez lata od powojny

zmienialo sie duzo.
Te zaraz powojenne rejsy byly bardzo ciekawe od podszewki, ale te poznijsze tez kiedy to ladunki na statkach nie byly kontrolowane i plynely gdzie indziej niz mialy plynac.
Marynarze musieli o tym milczec bo to moglo ich wyslac do Neptuna.

Opowiedz jak marynarze zarabiali w swiecie, kupujac w jednym porcie cos, co na koncu swiata w innym porcie szlo z wielkim przebiciem.

Albo do tej pory jak sie wejdzie do starego polskiego domu w Ameryce to sie widzi mrowie PRLowskich badziew z krysztalami wlacznie kupowanymi jeszcze od marynarzy z Batorego.
Taki Batory jak zawijal do portu w Ameryce to dopiero byl bazar,Polonia kupowala wszytko jak szlo od "biednych" marynarzy czy sie przyda czy nie.Ale wodka zawsze sie przydawala i tej bylo najwiecej,nozna bylo tez skladac zamowienia na nastepny rejs.Batory to byl w Ameryce jak Pewex w Polsce dla Polonusow.

@Wilk na kacapy

Cierpliwości

Będzie o tym wszystkim.

Byłem świadkiem zakupu w Indiach przepięknie rzeźbionej w całości kości słoniowej, która później była sprzedana w Antwerpii. Ale na takie interesy trzeba było mieć tysiące dolarów. A dla mnie w tamtych czasach 100 dolarów to było dużo. Bądźmy uczciwi. O tych różnicach między płotkami i rekinami też opowiem. I roli "żydów" z Hamburga i Rotterdamu i roli ubecji, która właśnie wtedy, w tych miastach rozgrywała akcję "Żelazo".

Ps. Moi przyjaciele Norwegowie ciągle jeszcze proszą o kryształy. Tak to się utrwaliło ;)

portret użytkownika matka trzech córek

Jazgdyni

Czy nie jestem nadto próżna, biorąc do siebie słowa: "...Tutaj tylko chciałem naszkicować, żeby sobie romantycy i ci, co śpiewają szanty, uzmysłowili sobie, że za komuny życie marynarza to była ciężka przemytnicza praca. Niebezpieczna i ryzykowna. Można było stracić cały majątek, a nawet życie..."?

Chciałam Cię zapewnić, że zdaję sobie sprawę z trudnej pracy marynarzy.
Przez kilka lat, mój brat (były stoczniowiec), zatrudniał się na statkach.Gdyby po którymś kolejnym rejsie nie zachorował na sepsę, pewnie pływałby nadal. Teraz tylko wspomina to, co go fascynowało: Singapur i latające ryby:)
...........

Kapitan od szant, to inny rodzaj marynarza:)Ciekawe, czy poznałeś go osobiście?

Pozdrawiam, 10 - tekst - super!

@M3C

Witaj

Nie chcę romantykom burzyć obrazu. Wprost przeciwnie - chcę go wzmocnić o nieznane morskie szczegóły.

Singapur to cud, który powstawał na moich oczach. Tak się składało, że odwiedzałem go w odstępach mniej więcej 10 letnich i widziałem, jak cud powstawał.

A latające ryby? Wyobraź sobie tropikalny ocean; nie ma ani krztyny wiatru. Morze jak lustro. Dziób statku rzeźbi w wodzie ostry trójkąt fal, które rozchodzą się od burt coraz dalej i dalej. Przepłoszone nagłym falowaniem i hałasem ptaszory, ryby z gatunku belon, wyskakują z wody i długim, kilkudziesięciometrowym lotem lecą w powietrzu trzepocząc płetwami, jak skrzydłami...
Te latające ryby, plus igrające przed dziobem delfiny i wieloryby, to małe prezenty natury, dla marynarzy całego świata

Pozdrawiam
Ps. Masz namyśli z tymi szantami Makowieckiego?

portret użytkownika matka trzech córek

Doceniam:) Uwielbiam ciekawostki:)

Szanty: też na "M",
http://www.szantymaniak.pl/artykuly/przywlaszcza...

Parę lat temu,będąc w Szczecinie, zdarzyło mi się odwiedzić największy żaglowiec. Byłam pod wrażeniem:)Gościnni Rosjanie , w strugach deszczu, dwoili się i troili, by zaimponować gapiom.
Ale, za nic, nie popłynęłabym na otwarte morze.
Nie umiem pływać:)

Pozdrawiam:)

@M3C

No i już wiem - to kapitan Mieczkowski :).

Gdzieś, kiedyś, teraz już w mrokach niepamięci, co zapewne będzie mnie dręczyło, już się spotkaliśmy.

A morza należy się bać. Potrafi być okrutne.

Pozdrawiam

Pamietam,

ale mam dwie uwagi: "żydzi" z Hamburga czy Rotterdamu (i gdzie indziej też), to nie byli "żydzi", to naprawdę byli prawdziwi żydzi. Podobnie jak supplier'zy na prawie całym świecie. Wielu z nich miało polskie nazwiska. Organizowali oficjalne dostawy na statki i towary do przemytu też.
Nawiasem mówiąc w takich sklepikach Polacy oglądali i kupowali pojedyncze sztuki. Sowieci (zazwyczaj trójkami - pojedynczych nie puszczali ze statku), kupowali towar całymi półkami albo paletami.

Co do cinkciarzy to w 100% to byli ubowcy i konfidenci UB. Gdyby ktoś z zewnątrz spróbował handlu walutą zaraz by go znaleźli w Oruni bez głowy albo wcale by go nie znaleźli.

Pozdrawiam

cui bono

@syntetikus

Witaj

Nie chciałem być tak dosłowny.
Jeden taki większy, po transformacji nawet otworzył sklep "Montana".
Tak to byli Żydzi, cały ten morski handel.
A ruskie? Kiedyś, pamiętam, jak już im odpuścili, to widziałem w Kilońskim ich nieduży stateczek, gdzie wszędzie na pokładzie, na rufówce, nawet na pelengowym stały używane samochody. Tym także handlowali.
A cinkciarze - jak nie ubecy, to konfidenci. W tym nikt bez licencji UB nie mógł robić. To była ich wyłączna działka.

Pozdrawiam